Dzień Kota

 Ze 20 lat temu, pracując, jechałem DostawCzakiem „Norrisem” (takie duże pudło na kołach, Jak Chuck – niezniszczalne, stąd nazwa).

Była już noc i gdzieś w lasów ciemności musiałem się zatrzymać, żeby… No cóż, toalet tam, po drodze, nie ma.
Ciemno, jak to w lesie w nocy. Gdy zrobiłem, co zrobić musiałem i wsłuchałem się w ciszę lasu, COŚ mi się otarło o nogę. Chwilę później, gdy odzyskałem przytomność i okazało się, że to dopiero pierwszy zawał (wstawaj mięczaku i nie jęcz), zacząłem się czujniej wsłuchiwać w tę ciszę, wpatrywać w ciemność i macać wkoło. Jest naprawdę ciemno, więc choć intensywnie patrzę, to i tak nic nie widzę. Ale COŚ coraz bardziej natarczywie ociera się o nogę i chyba jakbym COŚ słyszał? Tak, dokładnie… warkot. Ale w nocy, w lesie?
To był samokot, a raczej kot – sam, w wieku może ze 2 miesiące, a może nawet mniej. Nie chciał powiedzieć ile.
Ktoś go chyba porzucił, bo w takim miejscu na przechadzkę na pewno nie wyszedł bez mamy. A mamy tu nie mamy. Wziąłem go więc ze sobą, bo co miałem zrobić? I coś było chyba na rzeczy, bo drugiego tak nienawidzącego jeździć autem zwierzęcia nie spotkałem. Tułał się potem z nami wiernie po różnych dziwnych miejscach zamieszkania. Mieszkając w centrum dużego miasta, na poddaszu, potrafił wyjść oknem, ale już często nie potrafił wrócić. I gdy nie wracał dzień lub dwa, a nocami było słychać, jak woła pomocy, to trzy pary wielkich oczu, patrząc z wyrzutem i natarczywie, czekały, co zrobię.
I znowu: co miałem zrobić? Łaziłem po tych cholernych strychach, dachach i podwórzach (kursy wspinaczkowe się przydały, siła mięśni również). Jak po akcji w lesie byłem jedynie jednorazowym amatorem, tak teraz zostałem mistrzem-fachowcem. Niedoścignionym znajdowaczem kotów… kota.
Był z niego dzikus, nieokrzesany kocur i niereformowalny brutal. Ani pogłaskać, ani przytulić. Mądry, ale nie okazywał tego za często, bez powodu i byle komu.
Twardziel, pierwszego dokonał po 18 latach, żywota. Niezły wynik jak na kota.
Minął miesiąc, może dwa. Rodzina jakoś w końcu doszła po stracie do siebie. Przestali mnie już nienawidzieć, bo to ja, skoro to mój kot, pomogłem mu się przestać męczyć (ale chory był bardzo i ktoś tę decyzję podjąć musiał).
Nastał listopad, a wraz z nim ponury, mglisty, jesienny poranek. Zimno. Zawiozłem jak codzień młodzież do szkół, a siebie – prawie do pracy. Prawie, gdyż zapomniałem komputera i postanowiłem po niego wrócić. Wracam więc, wysiadam z auta, a tam, to znaczy tu, koło domu, po drugiej stronie ulicy coś wyje i płacze. Ludzie chodzą, nikt nie reaguje, nasz mały ludzki standard (mnie to jednak nigdy dziwić nie przestanie).
Oczy już nie te, ale słuch na jedno ucho jeszcze ujdzie. I znalazłem, jest (przypominam, kto jest mistrzem zdnajdowaczem), zwinięte w kłębek w dziurze leży, jęczy i ledwo dycha. Złapałem za kark, bo za nic innego się nie dało i do lekarza- znanego wszem i wobec, szanowanego jak nie wiem co, najlepszego muzyka wśród motocyklistów, najlepszego motocyklisty wśród weterynarzy i najlepszego weterynarza wśród muzyków. Człowieka talentów tak wielu, że trzeba by osobny rozdział tu napisać o Nim, Mariuszu Ka!
-Przetrącona miednica, pewnie po czoło-bocznym zderzeniu z pojazdem i kto wie, co jeszcze, pewnie białaczka, parwowiroza. Kłębek sierści i rozpaczy. Może być, że nie będzie z tego nic!
I znowu: cóż miałem zrobić?
-Qrwa! Spróbujmy leczyć i wyleczyć!
-Dobra już, dobra, wypij kawę, a My powalczyMY.
I trzy tygodnie później, po uiszczeniu określonej ustawą i cennikiem kwoty okupionej debetem i kredytem hipotetycznym, uratowane zabrałem do domu. Słyszałem, że koty mają po kilka żyć, więc chyba temu leśnemu dzikusowi nie było z nami źle, skoro przemyślał swoje postępowanie i wrócił. Ale nie, jak wcześniej, jako kocur i dzikus, tylko jako kotka i to bardzo łagodna.
Jak zapominam komputera, to się po niego nigdy nie wracam. Ten raz jeden, jak sięgam pamięcią, stało się inaczej. Przypadek? Nie ma przypadków.


Dodaj komentarz