Nach Berlin

[1062 słowa, 6 minut czasu czytania]

Młodzież zakończyła to coś szumnie nazywane „edukacja”.
Po odrzuceniu słabych ofert z jakichś Cambige, Oxfrot, Collegium Humanum oraz innych wiodących na rynku uczelni, będąc przed błyskotliwą karierą na MiT (Miotła i Talerze) poprzedzoną praktykami w okienku MacDrive, cała ta nasza kochana Młodzież bezwzględnie zasłużyła sobie na wypoczynek.

Czas regeneracji, relaksu, słońca i wakacji, czyli kiedyś – malowania płotu, teraz to leżenie odłogiem w pokoju, w alternatywnej wersji porządku (z francuskiego zwanej „le burdel”) i chatownie (czatowanie… tylko nie wiem na co).

Lecz po paru dniach, basta! W celu uchronienia ich przed odleżynami, a globu przed efektem cieplnym od nadmiaru przesyłanych terabajtów danych, zapada decyzja: „Mówicie Młodzież, gdzie chcecie jechać, obiecałem, wykonam, pojedzieMi!” – powiedział do nich ojciec tzn. ja.

A Młodzież po licznych dyskusjach, rozkminach, deliberacjach oraz zwykłych kłótniach popartych trzaskaniem nawet obrotowymi drzwiami, zadecydowała – My by chcieli nach Berlin!
Dlaczego nie nach Dubaj, Śniardwy, Korea czy Pieniny? Nie wiadomo, to jest młodzież, oni funkcjonują w innej rzeczywistości.

Mają tam pewnie jakieś tabele przeliczeniowe oraz inne wykreso-rankingi, w których ujęty jest poziom „siarowości” oraz „coolowości” zależnie od wyjazdu. Jak jedziesz w ich wieku nad morze z rodzicami, to jest „siarowość” 100, ale jak dokładnie w to samo miejsce pojedziesz robić dokładnie to samo, tylko z kumplami, to jest to „coolowość” 100. Dlaczego? Bo rówieśnicy i ich opinie są w tym wieku najważniejsze, decydują o życiu i szczęściu. Trzeba to uszanować.

Ok, widocznie z kartą kredytową w postaci rodzica (skoro już musi) Berlin dobrze wygląda w relacjach, ma duże przebicie na snapach i dostaje wiele „pozytyworeakcji” tam, gdzie się reaguje „reakcjami”.

Na szczęście ich ojciec również nie ma nic do tego kosmopolitycznego miasta. Pełnego atrakcji, piwa, kiełbasy i super samochodów, które gdzie indziej służą tylko do podziwiania (takie są super) w przerwach na masaże maski pianą oraz nabłyszczanie, a w Berlinie służą po prostu do tego, do czego je zrobiono – do jeżdżenia. Spoko, to miasto jest Ok na szybki wypad. Niech będzie nach Berlin, jakoś się przetrwa.

Lecieć tam nie ma sensu. Jest na tyle blisko, że za tę kasę się nie opłaca. Jeszcze się samolot dobrze nie rozpędzi, a już trzeba lądować. Dłużej trwają instrukcje na wypadek lądowania na morzu niż sam lot nad lądem.
Przy tych zabójczych cenach za bilety człowiek się wykosztuje, a młodzież nic nie zobaczy po drodze, no i ślad węglowy.

Jechać autem też nie ma sensu. Jest na tyle daleko, a paliwo kosztuje teraz tyle, że jedziesz, jedziesz, jedziesz, lejesz i płaczesz, no i wychodzi Mi_ , że Polska jest krajem samych wygranych w totka i mnie jednego przegranego – tylko tyle mogę stwierdzić po cenach darmowych autostrad zaproponowanych narodowi.
W dodatku jedziesz, jedziesz i nic nie widać, tylko tiry i ekrany dźwiękochłonne, Młodzież przegapi całą drogę w smartphony i całą drogę przegapi. No i ślad węglowy.

Co zostaje? Po Niemiecku – zu fus lub zu zug.
Zu fus odpada – nie mamy tyle czasu na pielgrzymki.
Ale zu Zug… Tak, tu już można powalczyć jak się umie. Ja umiem.
Każdy głupi może oddać nerkę czy zaciągnąć 30 letni kredyt i kupić jeden bezpośredni bilet międzynordowy z darmową kawą rozpuszczalną.

Nie, my profesjonaliści na podróż patrzymy po gospodarsku i wyciśniemy z niej, co się tylko da.
Zaopatrzyłem się w zapas energii na tydzień, zaciemniłem pokój (siadając w piwnicy), dostarczyłem sobie skrzynki różnych napojów oraz wykupiłem godziny obliczeniowe na najszybszym komputerze świata. Tak przygotowany, po 3 godzinach jogi i medytacji, metodycznie zacząłem przeczesywać sieć w poszukiwaniu optymalnego i taniego połączenia kolejowego Polska-Berlin.

Po wielu roboczo-godzinach pracy, litro-hektach napojów energetycznych, terabajto-megaramów i przegrzaniu się oraz superkomputera, nadeszły wyniki prac. Były one tak dziwne, że myślałem, iż sztuczna inteligencja nabawiła się cynicznego poczucia humoru, no bo wyszło, że jest tak:

Słuchaj Mi_ mnie. Jak jedziesz pociągiem z młodzieżą to mają dziesiątki procent zniżki za ten naukowy przedwakacyjny trud zwany „edukacja”, a do tego jak jest was więcej niż jeden to dochodzą kolejne dziesiątki procent zniżek (hurt) za grupę.
Dosłownie tyle jest tych zniżek i last minut, że jakby nie granica, to by wyszło, że jeszcze chwila i PKP będzie dopłacać do tego biletu!

Ach tung… tak… Granica! Okazuje się, że przez granicę kursuje pociąg łącznikowy, który jest za darmo! Tak, dobrze czytasz: Za darmo! Chyba to taka przemytnicza inicjatywa „Ponad Granicami”. Po co zasuwać z paczkami przez rzekę skoro jest most z szynami?

Ale, skup się Mi_tu! Masz furę zniżek od pekape, do tego pociąg łącznikowy graniczny za free ale i tak nikt nie przebije tych tam „Niemcy”. Gdyż rozumiesz – możesz tam (u tych „Niemcy”) kupić teraz bilet miesięczny, który wychodzi taniej niż jednodniowy na komunikację miejską w samy tylko Berlinie… I to na CAŁE Niemcy ten miesięczny! Tylko intercity nie jedź i będzie git.

O ja cię! Jak tak się podchodzi do biznesu, to ja już się wcale nie dziwię, że przegrali wojnę.
A więc mamy TO! Podróż nie dość, że ciekawa, z przesiadkami w różnych interesujących miejscach, to w dodatku tak tania, że urząd skarbowy na bank będzie sprawdzał mi bank, czy to nie jest jakiś międzynarodowy przekręt.

Mówiłem, jestem dobry w te klocki. Wszystko dopięte do ostatniej minuty, każdy transfer przewidziany i opisany na mapie, każdy krok bezbłędnie rozpracowany, każdy numer pociągu, siedzenia, peronu i toru zapisany i zapamiętany.

To co? Zostaje wyszukać przytulny, w sam raz na naszą kieszeń, dopasowany do standardów podróży młodzieżowej nocleg spośród tysięcy oferowanych w Berlinie tłumnym turystom przez tubylców, i iść się pakować.

Ponieważ na bookingu jestem stary i znany wyjadacz, mam już nawet platynową odznakę z napisem „Gieniuś” za zasługi, to luzacko wrzucam miejsce i daty przybycia w wyszukiwarkę, gdyż wiem, że w ofertach będę brodził jak flaming w bajorku. W oczekiwaniu na stos wyników siorbię sobie kawę oraz wołam cała ta Młodzież, aby razem z nimi wybrać przytulne hostelowe noclegi i przy okazji objawić im tę radosną nowinę iż proszę ja was is das Ich bin Berlin!

Zgodnie z oczekiwaniem – Yes, Jest, Booking zapiszczał radośnie wynikami swych poszukiwań: „Cześć, Mi_, Informuje się, że Berlin w tym czasie ma 99,99% zajętych miejsc noclegowych, ale jest spoko i z radością możemy zaproponować Ci 8 doskonałych ofert w cenach zaczynających się od 3 tysięcy za dobę.”

Kawą się zakrztusiłem, ekran rękawem zasłoniem, w sobie się zebrałem i radośnie zaordynowałem:
– E… no tak, to ten… słuchajcie Mi Młodzież, mam doprawdy świetne wieści! W sportowym są na przecenie fantastyczne buty górskie i dlatego zamiast do tego całego Berlin, pojedziemy połazić po górach, w Beskid Niski, z namiotem! Ale super, co nie?

2 myśli na temat “Nach Berlin

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑