Martini Wytrawny

[991 słów, 5 minut czasu czytania]

„-Martini! – wycedził tylko. Chwilowo nie był w szampańskim nastroju.

– Wstrząśnięte czy mieszane? – dopytał barman.
– Mam to w dupie! – odrzekł Bond”.

Jeśli raz jeden nie chcesz być jak Bond. James Bond to: Wlej – trzy części ginu, – jedną część wódki, – i pół części likieru lillet, lub całą część… dobra, co się będziemy rozdrabniać, lej pan dwie części tego całego Martini Wytrawnego.
Nie miej w dupie – wstrząśnij z lodem, nie mieszaj (ostatecznie, zależnie od sytuacji – „miej w dupie” – mieszaj), udekoruj spiralką z cytrynowej skórki.
Wypij, i zamówić kolejny.
 
Powyższy przepis to tajemna receptura (spalić przed przeczytaniem!) na drink „Vesper”.
„- Dlaczego „Vesper”?
– Bo kto raz spróbuje, nie będzie chciał pić nic innego!” – powiedział Bond, J. Bond w „Cassino Royale”.
To samo można by powiedzieć o Porsche, a szczególnie o 911.

Nawet nie chodzi o samą pięknie powyginaną blachę pokrytą cud kolorem i skrywająca ultranowoczesną technologię i bajkowe wnętrze, lecz głównie – jak w drinku w którym przeważnie chodzi o smak – o jazdę.
O te przyspieszenia, precyzję wejść w zakręty, doskonały układ hamulcowy (bo nie wygrywa ten co szybko startuje tylko ten co późno hamuje), strojenie, zawieszenie i silnika mruczenie – 911 – to jest wspaniały, doskonalony przez dziesięciolecia, instrument do jazdy a… Kto raz jeździł, nie będzie chciał jeździć niczym innym.

Szkoda tylko, że będę musiał. Nie mam tyle narządów wewnętrznych do sprzedania, żeby mi starczyło na takie auto, ale nawet bez nerki, oka oraz ręki – przyjemność z jazdy byłaby nie do podrobienia!
Coś może być jeszcze lepsze od Porsche?
Bardzo Porsze: lepsze od Porsche jest Porsche na dwujezdniowej, trzypasmowej drodze bez ograniczenia prędkości.

Tak, tak, są jeszcze takie drogi w Europie, ale zostały już tylko w Niemczech (i na wyspie Man).
Wiele można mówić o tych całych „Niemcy”, ale jedno jest pewne – samochód z drogą to potrafią zestroić.
Między Stuttgartem a Norymbergą zrobili sobie za parę miliardów marek niemieckich plac zabaw dla dorosłych. Droga bez ograniczeń prędkości, szeroka jak lotnisko, a po horyzont ciągną się łagodne łuki, profilowane zakręty, wszędzie bezkolizyjne zjazdy do jakiegoś magicznego „Ausfahrtu”, lekkie wzniesienia i, jeśli masz w czym, maksymalne uniesienia.

A ja miałem! BMW, którym się poruszałem po tej wspaniałej szosie, było wtedy, jak i ja – w pełni szczęścia.
Po mieście taka bemka, ze swoimi setkami koni pod maską, niutonometrami tira i twardością zawieszenia strojoną przez dentystów sadystów, snuje się smętnie, wyje z bólu jak na borowaniu bez znieczulenia uwięziona na smyczy skrzyżowań, szarpie za obrożę sygnalizacji świetlnych, patrzy umęczonym wzrokiem na przejściach dla pieszych.

Ale wyjedź nią z miasta, wypuść się na autostradę.
Natychmiast jak ten marynarz trafiony celną „kurwą” – nabiera bystrości spojrzenia, chyżości ruchów, sprężystości w stawach a klata się wypina.
I w długą… Tak, w tym sercu o wielolitrowej pojemności z dodatkami, ukryty jest duch Granturismo czy innego M-powera. Wtedy właśnie, uwolniona od urbanistycznych barier, pokazuje swą prawdziwą charcią naturę.

Cóż, przy 250 km na godzinę ma ściągane cugle, elektronika z tym swoim małym, krzemowym rozumkiem nie zna się na żartach, negocjacjach i nieczuła jest na prośby czy groźby, ale, gdyby nie to… poszłoby się więcej.
Dobre i te marne 250, nieczęsto można pojechać z taką prędkością jeśli się nie ma tysięcy zł na mandaty i puli punktów do rozdysponowania.

Jechaliśmy (może już lecieliśmy) pełni uniesień, i już chyba uniesieni.
Lecimy tuż nad ziemią 250, jesteśmy panami tej drogi, jesteśmy niewyprzedzalni, jesteśmy najlepsi!
Kiedy nagle…
Borze Bukowy, jeśli ja jadę 200, to ile jedzie To co właśnie, z 5 km, błyska mi światłami i zbliża się niepokojąco szybko?

Podumam może nad tym później, teraz, czym prędzej czas zwolnić pas, i zjechać na prawą, by obok… to coś bziuuut… przemknęło sobie bezpieczenie.
I z rykiem silnika obok Porsche 911 przemyka.

Piękne, jak green zielone, pewnie w kolorze Grün des Alpenwaldes an einem frostigen Wintermorgen, i tak samo jak jedzie – wygląda – jak pocisk.
Nowej pewnie generacji to pocisk, bo przemieszcza się po autostradzie z prędkością hipersoniczną i każdego kto mu stanie na drodze, przed przejechaniem ostrzeliwuje promieniami reflektorów.

A jest tu pole do popisu, szerokie na trzy pasy jest to pole. Jest gdzie robić uniki i patrzeć, przez ułamek sekundy, z jaką gracją ten pocisk przelatuje, i jak go goni dźwięk.
Dużo refleksji jak na czas ten krótki i jeszcze tego wszystkiego, co tu napisano nie wymyśliłem, a Porsche już zniknęło za horyzontem tych zdarzeń.

Ciekawe kto tym jedzie? Oj, to jasne! Kierowca jakiś testowy musi to być, przecież niedaleko Stuttgart z fabryką Pocisków typu Porsche.
Uspokoiłem się ciut, zakleiwszy tą dedukcją dziury wybite przez 911 w moim ego, i delektując się marnymi dwustoma na godzinę, jadę dalej, by po chwili pozyskać nową wiedzę w temacie prędkości, techniki i ekonomii. Okazuje się, że takie prędkości wciągają paliwo szybciej niż Mastif Hiszpański stada bizonów.

Stacja paliw pojawiła się znikąd, dokładnie wtedy, kiedy jej potrzeba, czyli już niebawem.
Zjeżdżam i precyzyjnie podstawiam się pod instrybutor, a obok, już zatankowane, stoi to piękne, zielone Porsche w kolorze „Grün des Alpenwaldes an einem frostigen Wintermorgen”.
No tak, ma to sens! Żeby mieć takie osiągi, taki pojazd trzeba mocno odchudzić. Lekki być musi jak koliberek, zamiast klamek pewnie tasiemki z aksamitu, za fotele robi tylko karbonowy stelaż obciągnięty nanotkaniną o ujemnej wadze, kubki od kawy bez kawy – za ciężka – trzyma się między nogami, a za zbiornik paliwa robi naparstek.

Tankuję, się wpatruję i kombinuję: Kim jest kierowca, kto też tak jeździ takim autem?
Ktoś z Formuły1? a może z LeMansa? Albo z Nascar ktoś mi doskonale nieznany?
A może to Sally Carrera z „Cars”ów tylko w zielonym incognicie?

I kiedy tak sobie dumam z budynku stacji wychodzi cała na czarno, cała czarna, brunetka.
Automatycznie jak każdy hetero sapiens wciągam brzuch, przeczesuję rzednące włosy gdyż ona idzie w moim kierunku, i zagaduję ją wstrząśnięty jak Minionek w Minionkach do ulicznego hydrantu:
– Heloł Buena Vista, ich heiße Otto und du? – no… w myślach ją zagaduję!
– Ich heiße Eva! – Odpowiada ona… zapewne też w myślach, bo zupełnie mnie nie zauważając wsiada do tego swojego 911, wrzuca cegłę na gaz i niezmieszana odjeżdża ta…
w Porschu koloru Green Eva.

2 myśli na temat “Martini Wytrawny

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑