Hel…lo? U Win!

[1355 słów, 7 minut czasu czytania]

No dobra, może Im nie „win”, ale za to zostałem tym, jak mu tam…? Pracownikiem roku!
Opłaciły się wczesne wyjazdy, późne przyjazdy, mistrzostwo w kontaktach
interpersonalnych, umiejętność pracy z klientem, i nożem.

Znajomość pakietu office, prawo jazdy kategorii na C (Czołg) i częste treningi na strzelnicy w Kraw Madze były dodatkowym atutem.
A napędem tego sukcesu był proch, diesel i kawa.

Wstajesz rano – kawa,
W południe – kawa,
U klienta – kawa.

Po wylaniu betonowych bucików, gdy czekasz aż zwiąże – kawa.
Zanim wyłuszczysz „klientowi” cel swojej wizyty, nim pojmie z jaką kapitalną ofertą, ale niestety skoro ty wpadłeś, to zapewne nie dla niego jest ta kapitalność, a mimo to chętnie częstuje cię kawę, którą popijasz kawą… a między czasie pijesz kawę.

Po latach tej praktyki człowiek zostaje, jak psy pawłowa, uzależnionym od kawy, ale przy okazji staje się też znawcą – na tym etapie byle czego do ust się nie wleje.
Wyczuwa się wszystkie niuanse, detale, aromaty, staje lepszy w piciu kawy niż samurai w cięciu mieczem.
Zostaje Kawoholikiem, Kawoznawcą i Kawowyznawcą.

„Bez kawy świata nie jestem ciekawy i tracę dla życia miłe przejawy”
Jako się rzekło, pracownik roku, poza uściskiem ręki prezesa zarządu, proporczykiem cenionego zespołu sportowego, i repliką colta z rękojeścią wyłożoną masą perłopodobną, wygrał wczasy wypoczynkowe w kurorcie.

„Jedziecie, odpocznijcie, sił nabierzcie, bo czasy takie że roboty będzie po kokardę”
5 gwiazdek i All Inclusive w kurorcie, wartym krocie.
Ciężko się naharować musiałem, mało chorować, dużo zwłok pochować, i nieźle okombinować – tak, ten wypoczynek musi się przydać.

Pojechałem, a słońce, po długim, poślizgowym lądowaniu awaryjnym, rozbiło się kilkaset kilometrów dalej na zachód, rozlewając swe termojądrowe paliwo na pół widnokręgu i zostawiając za sobą ścianę łososiowych i liliowych chmur, które przebiły się przez warstwy atmosfery i buchnęły w przestrzeń kosmiczną.

Jako debeściak nie tylko kierownicy, mistrz także długich tras, bez mrugnięcia okiem zagłębiłem się w noc błyskając radośnie swymi fioletowo-niebieskimi ultradługimi światłami i już rano dnia następnego stawiłem się w kurorcie.

Po drodze miałem okazję podumać, nad życiem i nad ideą Boga jako wirusa, która sprawdza się tylko, jeśli kupuje się całą tę burzliwie rozwijającą się dziedzinę fizyki cyfrowej.

Taka cyfrowa fizyka ma kilka odmian: wszechświat jest symulacją chodzącą na jakimś komputerze albo sam wszechświat jest wielkim komputerem, w którym materia jest sprzętem, fizyka oprogramowaniem, a każdy przeskok elektronu obliczenie… O Kurwa… nagłe awaryjne hamowanie, unik i kontra, lekko mną rzuciło, ale już opanowane…

Nie, nie, wszystko dobrze, ten mały, drobny incydencik tylko mnie otrzeźwił, przywrócił do żywych i zaostrzył apetyt na wypoczynek.

Ot, w rozważaniach o cyfrowym Bogu na chwilę chyba przymknąłem oczy (dziwne, bo pierwszy raz w życiu Mi_ się to przydarzyło), ale spoko, od razu obudził mnie przeciągły ryk, jak syreny okrętowej, przejeżdżającej ciężarówki i jej dużo dłuższe niż moje i wypalające spojówki, nawet przez powieki, światła sprowadziły mnie na ziemię.

Otrzeźwiony, już w pełni obudzony, z dawką adrenaliny w układzie krwiokofeinowym pojechałem dalej.

Na miejscu, w kurorcie – cóż za cudne miejsc, no raj! – po całej nocy w drodze, bach do wyra, a koło południa, po odespaniu przeprawy przez mrok – wstaję, za oknem piękne, bezchmurne niebo!
Klimat ideał, widoki wspaniałe.
Relaks, wypoczynek, regeneracja – czas start!

Ale najpierw, wiadomo, czas na kawę!
Na dole w szokująco szykownej stołówce już z daleka lśni i wabi swymi chromami oraz wielkością, ekspres ekspresów.
Nie, to nie jest ekspres ekspresów, to lamborghini ekspresów!
Kawowe V-12!

Wskaźniki, rurki, pokrętła, ciśnieniomierze, podgrzewacze i cuda!
A obok dziwy. Ale nie, te nie interesują mnie.
Nie widziałem takiego czegoś nigdy!
Nie wiedziałem nawet że nie widziałem, bo nie myślałem, że się takie da zrobić!

Raj, tak, bezwzględnie jestem w raju!
Jakaż z tego musi być kawa, cudownie nieziemska! Objawienie!
„Dotkniecie Boga!” To rozumię, więc jak umię, wciskam guzik: „flat black” potrójne espresso i leci?
Czka i… tak! Coś leci!
Hmm… Leci? Coś nie bardzo leci, bardziej prycha.

Co to jest, kurwa, to coś, co tam ciurka?!?
Nakapało byle co i nawet nie będę tego próbował, żeby się nie otruć na wstępie! Co to za syf?
Kawę, kawę poproszę, albo was tu wszystkich skoszę.

Jeszcze raz pusz de baton i znowu to samo, albo jeszcze gorzej. Pasta do butów wielokrotnego użycia wymieszana z mazutem świeżo zrzuconym z okrętowego silnika, i takie samo w smaku.

Albo coś się musiało popsuć albo to ja kogoś będę musiał popsuć.
No ale nic, jestem na urlopie, nie powinno się brać roboty na wczasy więc nerwy na wodzy a pistolety w olstra.

Teraz, trudno, bez kawy idę wypoczywać, ale jak wrócę to pewnie naprawią, przecież nie jest możliwe, żeby nie naprawili.
To jest hotel wielogwiazdkowy dla sław i pokątnych rosyjskich oligarchów, tu ludzie nie dadzą się źle traktować za swoje pieniądze, duże pieniądze.

Zaraz się zbuntują, ktoś zwróci pilną uwagę.
Ale to nie ja, moje uwagi przeważnie są szybkie, proste, jednoznaczne i nieodwracalne w skutkach.
Pierwszy dzień nie będę tu robił siary. Na start, kultura musi być, bo ciężko jest drugi raz zrobić pierwsze dobre wrażenie.

Parę godzin bez kawy się wytrzyma!
Boże, ale kawy to mi się chce…
Bóg nie posłuchał. Nie naprawili. I nastał kolejny dzień.

Tak jak wczoraj, piękne bezchmurne niebo roztacza swe wdzięki nad obezwładniająco cudownym krajobrazem, dzień się kroi niczym roztopione ciepłe masło.
Wstałem rześko, skoro świt, schodzę do działu restauracyjnego gdyż?
Kawa first!

„Drodzy panowie i piękne panie, dajcie Mi_ kawy, a nikomu nic się nie stanie”
A tu, to samo! Ktoś do połysku wyglancował lambo ekspresów, świeci się jak psu… sierść, ale tego co tu ciurka nie da się pić!
Próbuję, no ale się nie da…

Zaczynam lekko się trząść, nie wiem czy z nerwów, odstawienia roboty czy braku kofeiny, bo to już drugi dzień a nie przypominam sobie żeby się zapisał na odwyk.
Zgłaszam moje obiekcje – przecież uzasadnione – obsłudze!

-Tak, tak, wszystko wiemy i wszystkim się zajmiemy. Dosłownie parę godzin, proszę wytrzymać parę godzin, i dzień piękny na basenie spędzić. Kawa na pewno wieczorem będzie już wyśmienita, obiecujemy. A może tym czasem rozpuszczalna?
Zapamiętałem sobie imię z plakietki, za taki żarcik, przed wyjazdem, dobrze będzie na kimś potrenować formę, przestrzelić broń.. i czyjeś kolana.

Spędziłem dzień na basenie, ale nie taki znowu super, a wieczorem? Nic, ekspres mruga zachęcająco ale to wszystko na co go stać.
Następny dzień to samo, rano nic, popołudniu nic!
I co z tego, że pogoda ideał, basen, woda, leżaki, wszystko doskonałe, jak nie mam kawy?

A personel cały czas wykrochmalony, z nienaganną dykcją, uprzejmie informuje, że już się tym zajmą, specjaliści w drodze, wieczorem będzie, a teraz może wody albo fusiara?
Że tak grzecznie zapytam: co tu się odpierdalala?!

Kolejny dzień. Mam już w dupie te baseny! Mam gdzieś tę pogodę, wylane na widoki.
Nie chce mi się jeść tych dewolajów, grochówki, pyzów jak od mamy i ruskich ze skwarkami.

Pić, bawić i wypoczywać też mi się nie che.
Poproszę kawy!
Kolejny dzień bez kawy!

Nieumyty, niegolony, w jednym pomiętym podkoszulku i dwóch różnych klapkach, balansując na krawędzi nerwów i o ujemnym zapachu, wałęsam się po pokoju szukając, czyszcząc noże i ostrząc tłumik i nóż polimerowy.

Ok, pieprzę, to nie wydział kultury i sztuki! Jak się ma do czynienia z taką tu sztuką to ciężko zachować kulturę, dlatego dzwonię do biura turystycznego tego, i od tej cholernej wycieczki też!
Niech oni coś poradzą, klient nasz pan! Tak czy nie?! Za coś się płaci?!

A jak nie, to ja do nich po urlopie wpadnę z wizytą roboczą. I im przeprowadzę audyt… granatnikiem ręcznym.

– Biuro turystyczne? Już prawie tydzień jestem w tym kurorcie. Wszystko pięknie, pogoda, warunki, ogólnie super, ale są pewne ważne braki, mogą Państwo coś zainterweniować?
– To pan, Panie Szosa?
– Nie, Paracelsus Wallace! I zrobię wam jesień średniowiecza… No pewnie że ja, Szosa!
– Hmm. Wie pan, jakby to powiedzieć. Sprawa jest delikatna… Bo… No jak to powiedzieć… Pan jechał na te wczasy, co nie? No i wie pan, kurde, no miał pan wypadek, wjechał pan pod tira, i cóż, głupia sprawa ale… jak to delikatnie ująć. Nie przeżył pan!

Minuta ciszy i refleksji…
Minęła, jak wszystko
– Yhm, dobra, biorę to na klatę. Każdy kiedyś umrze, ja wiem to najlepiej. Taki fach. Ok, to techniczne pytanie: gdzie trafiłem? To jest Piekło, czy Raj?

Dobre pytanie, trudna odpowiedź… Może ujmę to tak: kawa jest?
– Jest.
 – A DOBRA?

2 myśli na temat “Hel…lo? U Win!

Dodaj własny

  1. ciekawe co mnie będzie czekało w moim piekle i niebie….samochody na bakterie i extraklasa w dodatku w języku sąsiada z za Odry

    Polubienie

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑