[597 słów, 3 minuty czasu czytania]
Jechałem i z lekkim niedowierzaniem patrzyłem na krajobrazy przetaczające się za oknem.
Patrząc, dumałem, jak w sposób najprostszy wytłumaczyć dzieciom „efekt cieplarniany”. Może odwołam się do przygód z przeszłości?
– Pamiętasz, synu, jak kiedyś cię zamknąłem w aucie? Na zewnątrz 22 stopnie – nie za zimno, nie za ciepło, w sam raz. Pogoda ładna, słońce świeci, grzeje przez wszystkie szyby, i przez szklany, nieotwieralny szyberdach również. Siedzisz tam sobie, szyby zasunięte, auto zamknięte, a słońce wlewa swe termojądrowe paliwo do środka. Na zewnątrz ciepło – ale bez przesady – a w środku robi się rześko, potem ciepło, gorąco, a na koniec…
– Przyszedłeś i powiedziałeś: „Tylko nie mów mamie”?
– Y… No… To cały czas obowiązuje, aż do śmierci. A im dłużej będziesz milczał, tym dłużej będę żył. Ale chodzi mi o to, że słoneczko sobie grzecznie świeci, a gazy cieplarniane są jak te szyby – zatrzymują to jego świecenie w środku. I niby nic, ale robi się coraz goręcej, jak w aucie! No, to tak właśnie działa efekt cieplarniany na naszej planecie.
– Ta…, ale tato, to dlaczego jest wiosna, połowa kwietnia, globalnie się ociepla, a jest -2 i sypie śnieg?
– …Y… No…. To ten… Nie garb się, gówarzniu!
„Cholera, nie nadaję się na edukatora, instruktora ani nawet na operatora saturatora” – dumając, jechałem i patrzyłem na przyprószone wiosennym śniegiem pola, zacinający radośnie śniegodeszcz. Na drodze nie lodowisko, ale ślisko.
Normalna „Jesień Średniowiecza”. W średniowieczu mroki i ponuro, ale to mało było, i nadeszła jego jesień, co by było jeszcze „przytulniej”.
Pogoda a’la „listopadowa ulewa”, błota jak bagna, trakty nieodśnieżone, bo pługi zaprzężone w woły utknęły po lasach, gdzie zbójcy. Z nieba hybryda deszczo-śniegowa umila tam mrok, miejskie lampy na łój oszczędnie wyłączone, tęczowo-radosne kolorowe odcienie szarości. Księżniczki niby obecne, lecz nieśliczne, pachnące piwo robione z chińskiego przemysłowego torfu… i ogólnie… no tak – do dupy.
Tak to chyba wtedy było. Dosłownie, jak teraz.
Dobrze, że choć zimówki zmieniłem na nówki, a dokładnie to wielosezon-nówki! Przekorny zawsze ubezpieczony, a strzeżonego pan nie strzyże.
Uzbrojony w tę gumową zbroję wielorazową, szosową, mogę się poczuć bezpiecznie i pewnie w tych niepewnych, średniowiecznych czasach, kiedy nawet na globalnym ociepleniu nie można polegać.
A tak naukowcy i telewizja zapewniali, że to potwierdzone i na bank!
Yhm, chyba na Kasę Stefczyka.
Jadąc, dumam, a dumając, jadę, gdy z bocznej, podporządkowanej, bez patrzenia i nawet hamowania cienia, wyjeżdża Mi_ prosto pod koła jakaś ofiara niespełniona.
W ogóle się nie zatrzymał i ładuje idealnie w Mi_bok przodu. A ja, bezmyślnie jak idiota – po hamulcach – a przecież mam tak dobre ubezpieczenie(!). Ale cóż… nie miałem czasu, żeby dumać ani o szkodach całkowitych, ani nad techniką hamowania, celnie opisaną mi na kursie doskonalenia jazdy przez znakomitego instruktora:
– Mi_! Z całą siłą i całym sobą stań na tym! PEDALE… y… sory… HAMULCU!!!
…Ułamek sekundy i było po wszystkim. A gdy mgły się rozwiały i zatrzymałem się na środku tego skrzyżowania, kiedy jednak nie doszło do zbliżenia, bo ta łajza też w końcu mnie zauważyła i wyhamowała, popatrzyłem w lusterko wsteczne i ucieszyłem się w duchu.
Wielokrotnie się ucieszyłem!
Ufff… Jak to dobrze, że nie wziąłem do siebie tych rad instruktorskich w temacie mojej orientacji, że nie stanąłem całym sobą i nie nadstawiłem tyłka.
Jak dobrze, że miałem wielosezon-nówki, które nie wgryzły się w asfalt jak zimówki, niczym madagaskarski lew w zad zebry, lecz w trybie – „jak coś jest do wszystkiego, to jest do dupy” – poszyły lekkim poślizgiem, dając mi te dodatkowe centymetry ucieczki!
Jak to dobrze, że ten tir za mną również miał „dobrą” orientację!
Inaczej skończyłoby się to, jak w „Pulp Fiction” – bolesnym zrobieniem Mi_ z dupy przez tira gabarytów pana Marsellusa.
Ot, „Jesień Średniowiecza”.


Dodaj komentarz