[ #szosopasta na 505 słów i 3 minuty czytania ]
Ocean z rykiem szarżował piach. Potężne, białe fale, w odwiecznym rytmie rozbijając się o brzeg i cofając swe zachłanne jęzory, obiecywały – mamy czas, kiedyś zabierzemy, co nasze, do ostatniego ziarnka.
Ranek, słoneczny i ciepły, nie zawiódł. Z falą, dużą i chętną do współpracy, stworzyli duet idealny na początek dnia. Warto było wstać przed światem, by samotnie przemierzać puste, śpiące drogi – byle dalej, byle na południowe, bezludne plaże.
Dalej od ludzi, bliżej dzikiej przyrody i tańca dwóch żywiołów: wody i wiatru. A te dwie potęgi były dzisiaj łaskawe dla nieproszonego gościa, który, z nogą przywiązaną do mizernej deski, próbował uszczknąć dla siebie odrobinę brutalnej mocy. Naładować akumulatory swej duszy ich niespożytą energią, a ciało pozbawiać sił w morderczej walce o oddech, gdy fala, śmiejąc się w twarz takim leszczom barowym, bezlitośnie rzucała nim o betonową wodę, kamienne dno i niespodziewaną plażę.
Uwielbiał takie dni, gdy mógł wsiąść na swojego wiernego scramblera z samodzielnie wymyślonymi i własnoręcznie spawanymi dodatkami, dzięki którym mógł zabierać deskę i śmigać, kiedy chciał, nad ocean, śmiejąc się z zapchanych ulic, korków i gotujących się we wnętrzach swych klatek kierowców czterokołowców – uwięzionych tam przez siebie samych.
Tych spętanych bezpiecznymi schematami obiadoziemniaków i piłkonożnej konformistów. On był wolnym, niezależnym duchem, przelatując bokami między blokami, omijał bezsilnych, zamkniętych w pułapkach klimatyzacji, smartfonów i wygodnych foteli nieszczęśników.
Wiele pracy i serca włożył w resurrectio tego Café Racera, znalezionego gdzieś u podrzędnego Dilera Szczęścia Za Okazyjną Cenę. Wielu takich jeszcze zostało – z proporczykami trzepoczącymi na wietrze, parciejącą gumą i kolejnymi przecenami za szybą – czekających na lepsze czasy, które nie nadejdą.
Odeszły wraz z przybyciem autostrad, elektryczności i hydrofobowych ekranów dotykowych. Przypadkiem go zobaczył – wystającego dziurawym kołem gdzieś zza rogu. Ciche, przykurzone, nieszczęśliwe coś, pogodzone ze swoim przeznaczeniem, bez wiary w przyszłość – najstarszy w schronisku pies.
Zakochał się od razu. Bez targowania zabrał te pozostałości pięknych czasów nieposkromionej, analogowej wolności. Wiele olejo-litrów, kluczo-dokręceń, szlifierko-polerowań i roboczo-spawaczo-godzin później cofnął czas, przywrócił blask, dał drugie życie.
nigdy nie wątp w swoją dobrą gwiazdę!
I tak powstała jak feniks z popiołów – indywidualna interpretacja motocykla: szorstki, ostry, zimny buntownik, dla którego liczą się tylko jego własne reguły.
Tak… Ten dzień zaczął się dobrze, a będzie tylko lepiej. Za chwilę przemkną bocznymi drogami, specjalnie okrężną, dłuższą trasą, by po przemykaniu oceanicznymi tunelami fal zaznać radości drogi – by przedłużać ten czas samotnej niezależności.
Ucieczki poza obszary rządzone przez krochmalone, białe koszule pozbawionych wyobraźni niewolników konsumpcji i kontroli. Pomkną z rykiem, na początku ganiając się z mewami, wygrywając tę gonitwę, ścigani ich prześmiewczymi okrzykami. Potem będzie gonitwa tylko ze sobą i wiatrem.
Tak, ten dzień zapowiada się pięknie.
Ale teraz, jeszcze leżąc na piachu, pozbawiony sił, każdą cząstką siebie czuł potęgę, z którą się zmierzył. Był szczęśliwy – całym sobą, każdym mięśniem, naciągniętym ścięgnem, obitym biodrem, bolącą nogą.
Ten trening ciała i ducha, te zmagania tytanów. Czy może być coś lepszego niż woda, wiatr, ruch, zmagania?
— Ziemniaki!
— Ziemniaki? Jak to, ziemniaki!?
— Skończ obierać ziemniaki na obiad, Kofi Rycerzu! Tu ziemia! Znów gdzieś pływasz na Jawie? A może na Harleyu? Dość już tego odpływania, wracaj… do obierania.


płyta typowa dla 2 u (znaczy się zajefajna) ale jakoś mnie szczególnie ubodła…jest dalece osobista
P.s.
definicja scramblera chapebau bas
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Cóż… zawsze biorę najlichsze kwiaty, najkrzywsze donice, połamane koty, uszkodzone płoty… Nie muszę mieć najpiękniejsze i najlepsze, nie używam instagrama
PolubieniePolubienie