[ #szosopasta na 709 słów i 4 minuty czytania ]
Po nieudanej akcji „Berlin” niespodziewanie wylądowałem w wielkomiejskim Budapeszcie. Nic to, tu zawsze czuję się jak u szebie. To dzięki wyszmienitym leczom i doszkonałym lekczjom zgrabnego duetu Mann-Materna, dzięki którym nauczyłem się błyskawicznego węgierskiego… Węgierszkiego!
Też chcesz umieć? Nicz prostszego. Ot, zamieniasz w wyrazach „sy” na „szy” i już to masz i umisz. Oto kilka prostych przykładów do potrenowania na początek: autobus → autobusz, dyskont → dyszkont, solarium → szolarium. Proszto, pszyjemnie i błyszkawicznie dodajesz szobie kolejny język do czałej gamy tych doskonale czy nieznanych.
Uwaga! Piszałem to po węgiersku. Jeszli pszeczytałesz i zrozumiałesz – brawo, już czytasz, rozumiesz i umiesz po węgierszku!
Szedłem przez nocny Peszt (to ta druga strona Budy). Było ciepło, chyba z 80 stopni w cieniu, wilgotność subiektywna – 147%. Już noc, a na drugim brzegu, po lewej stronie (chociaż prawidłowo to Peszt jest po lewej, ale ja szedłem w prawo, więc będąc po lewej, to mimo że prawą, Budę miałem po lewej, chociaż ona naturalnie jest po prawej – i czego nie rozumiesz?), leniwie toczącej się rzeki, stłoczone na stokach, rzęsiście oświetlone, jasne niczym w dzień – widziałem zamki, pałacyki i wille.
Złoto, skrzące się przepychem po horyzont, swą pychą i zupełnym brakiem umiaru w żarówkowej gospodarce, pokazywało wszystkim środkowy palec, śmiejąc się z pomysłów typu: nakrętki pancernie przytwierdzane do plastikowych butelek, biodegradowalne słomki sprzedawane w plastikowych opakowaniach i bilety lotnicze tańsze od kolejowych.
Po prawej, spowici pseudobezpieczną ciemnością parku, otuleni tylko w zaduch letniego miasta, przepocone ciuchy i brak wyboru, leżąc byle jak i byle gdzie, pachnący ujemnie, umęczeni życiem bezdomni/uchodźcy/pracownicy sezonowi/niemiejscowi z biletem w jedną stronę/plażowicze na dobiciu/klienci biura podróży „Przy Nas Spartanie To Cieniasy” – niepotrzebnych skreślić – odpoczywali po codziennej walce z życiem.
Promenadą, którą szedłem (pociągniętą wzdłuż Dunaju brukowaną ścieżką), przechadzali się ludzie ściągnięci nad rzekę złudną nadzieją, obietnicą odrobiny wieczornego nadrzecznego chłodu po dniu w miejskim piekarniku rozkręconym na full. Nic z tego. Jest dziesiąta, słońce swe termojądrowe paliwo rozlewa już daleko na zachodzie, a skwar, okraszony smrodem Dunaju, pozostał.
Nawet teraz, późno w nocy, nad tą rzeką, ciągnącą – zdawać by się mogło – hurtowy chłód lodowców Alp, gorąco było nieznośne.
A ja, idąc w noc, pomiędzy kontrastami tak jaskrawymi, że musiałem ubrać przeciwsłoneczne okulary, przyglądałem się czujnie nowoczesnemu światu. Tym ciągnącym się w nieskończoność stolikom, okupowanym przez bogatych cham… turystów… bez zahamowań, i usługującym im, ubranym na czarno (żeby nie było widać częstotliwości i jakości prań), ogorzałym, umęczonym po całym dniu, a z braku sił i energii – wyssanej przez głupotę turystów i letnie słońce – już nawet nieuśmiechniętym „tipowym” sztucznym uśmiechem pracownikom usług.
Widać, jak tanie loty, łatwy niczym pstryknięcie palcami dostęp do każdej części globu i bogaty zachodni pieniądz zabija różnorodność, koloryt świata, jego oryginalność i styl. Już nie jest ważne, gdzie jesteś. Wszędzie są ci sami tani turyści o guście umiarkowanym i umownym, więc wszędzie są jednakie dla nich atrakcje i usługi.
Ciupaska zmienia się na muszelkę, miniaturka piramidy – ze schodkowej na klasyczną, chusta – na czapkę, ale i tak wszystko Made in China.
Wszędzie te same znane rytmy prostej melodii ponadczasowego, jednosezonowego światowego przeboju, pizza uniwersalna, kebab kebabopodobny. Na rzece, ciągnące się po horyzont 300-chyba-metrowe barki, niczym statki pasażerskie transoceaniczne, jak wynurzone wieloryby, czekają na swoich emeryckich niemieckich pasażerów, by zabrać ich „z Tui” w luksusową podróż po czasach i rzece.
Śniadzi muzycy, w białych, rozpiętych pod szyją koszulach i czarnych sztuczkowych spodniach z podwójną kantką, przed wejściem na pokład, przycupnięci na swych futerałach, dopalają ostatnie papieroski.
Kiedy tak szedłem, nagle, jakbym dostał z piąchy (co oczywiście nie jest możliwe przy moim refleksie, czujności i wytrenowaniu strasznego pana) – od dysonansu, ale tylko lekkiego.
Na przybrzeżnym, rzęsiście oświetlonym parkingu strzeżonym, pomiędzy innymi a jednakowymi, nierozróżnialnymi SUV-ami, zobaczyłem samochód schludnie przykryty pokrowcem. Po same koła, pieczołowicie, z uwagą przykryty.
Jakoś tak… tknął mnie ten widok. W miejscu, gdzie z jednej strony śpiący, o lepszym życiu (może być tylko prysznic) śniący ludzie (raczej bezdomni, bo mało kto ma takie hobby), te wszystkie tysięczne – oferujące chwilowe zapomnienie bez gwarancji – knajpy, ci słaboklasowi, tani ludzie…
A z drugiej strony pełne przepychu, nieodrzecznie potężne statki rzeczne, na tle kunsztownych willi unoszących się stokami ponad… Pewnie by smród nie zakłócił dobrostanu możnych.
Stanęła mi przed oczami scena z „Wykidajły”.
Czy są jeszcze robione samochody, które warto schować pod pokrowcem? Czy w jednorazowej taniości jakieś są jeszcze wartości? Czy to już relikty lat minionych?


Doskonale napisane, daje do myślenia
PolubieniePolubienie
a jak szedlesz lewym brzegiem w prawą stronę to to to było w górę rzeki czy w dół rzeki…a mapy?
PolubieniePolubienie
Nie szedłem, szprawdze szkoro pytasz
PolubieniePolubienie