Atak

[ 431 słów i2 minuty czytania ]

Słabłem. Warunki straszne, ale walczyłem. Mimo że jesień, to zima—w zaawansowanej, dobrej formie.

Nie to co ja!

Gołoledź, błoto pośniegowe. Zmagałem się i gnałem, nie miałem sekundy do stracenia!

Czułem, wiedziałem—jest słabo. Nie bacząc na postępujące odrętwienie, stawałem na wysokości swoich kierowniczych umiejętności.

Półprzytomny, na automacie, jak autonomiczne—ledwie widząc teraz przez zalane oczy potem i otumaniony stresem mózg—niemal ciągłymi, ledwo kontrolowanymi poślizgami pokonywałem przestrzeń… i czas!

Ten cholerny czas! Muszę zdążyć! Bosz, muszę zdążyć! Od tej resztki zimnej krwi, umiejętności, doświadczenia, refleksu i odrobiny szczęścia zależała moja przyszłość.

Zależało ludzkie życie!

Coraz słabiej, niepewnymi ruchami rąk i nóg, dokonywałem cudów w szalonej walce z czasem i samym sobą, bo tu już chyba tylko cud mógł pomóc.

Jak mogło do tego dojść? Jak mogłem do tego dopuścić? Czy mogłem tego uniknąć?

Te i setka innych myślopytań przemykało mi przez zrozpaczoną głowę z prędkością karabinu maszynowego. I nie, nie wiedziałem. Widziałem już tylko pytajniki.

Nie, chyba nie mogłem tego przewidzieć.

Przeważnie ogarniam rzeczywistość, przewiduję nieprzewidywalne, rozpoznaję zagrożenia i jestem przygotowany. Mam nawet scyzoryk w kieszeni!

Ale taka akcja… Boże Szumiący… No skąd miałem wiedzieć?

Żyj! Żyj jeszcze tylko chwilę!

Już prawie jesteś! Wystawiłem głowę przez okno—może rześkie -4 trochę mnie ocuci.

Uff… ciut lepiej. Upały jakby zelżały.

Przeklęta pogoda. Jedź, no jedź! – wyłem cichutko do pełznącego przede mną marudy.

Czy zima zawsze musi zaskoczyć drogowców?

Nie mogłaby ich raz zaskoczyć jutro?!

Stawałem na rzęsach, stawałem na nogach, wychodziłem z siebie, słabłem…

Jak mam to zrobić? Jak zdążyć, dojechać, nie tu skończyć?

Już widać? Wejście? Tak jakby, chyba… Nie wiem, ledwie widzę.

Jeszcze chwila. Wytaczam się z auta, nie gaszę silnika, nie zamykam drzwi. Słaniając się w świetle upiornie niebieskich świateł, wlekę się do wejścia.

Zataczając, ciężko dysząc, podpieram ścianę i brnę jak przez melasę.

— Lekarza! Ludzie, wezwijcie lekarza! – błagam coraz słabszym głosem.

Zaczynam tracić zmysły. Zaczynam odpływać…

Sialala, tralala…

— Co się stało? Jak panu pomóc? Co się dzieje?

Jacyś się zbiegają, ktoś łka, pochylają się, filmują. Chaos i groza.

— On odchodzi! Ludzie! On odchodzi!

— Czy ktoś wie, co się stało?!?

— Co mu jest? Jakie objawy?

— Skąd się tu wziął?

— Ratujcie go! To chyba zawał!

Ostatkiem sił, opadając na zimną podłogę izby przyjęć, chwyciłem za fartuch pochylającą się pielęgniarkę i wychrypiałem resztą głosu i świadomości:

— Byłem w odwiedzinach… U babci… Spała… Czekałem… Zacząłem oglądać… Turecki serial… Skąd miałem wiedzieć…? SE…RIAL… TU…Re…cki… Dobijcie… mnie!

— Jaka dawka? Hej, ocuć się! Ile przyjąłeś?!?

— …Cały odcinek…

Ludzie z opuszczonymi ramionami zaczęli się rozchodzić.

Kręcąc z niedowierzaniem głowami, bezsilnie milczeli.

Ktoś w ciszy uronił łzę.

Tak, było jasne. Dla niego nie ma już ratunku.


3 odpowiedzi na “Atak”

  1. Awatar Robert
    Robert

    Pinoc jest, duch puszczy, dobrze leczy i nie jednego już wyrwał z czeluści „niebytu”. Z Turkami też sobie poradzi niczym Jan the czeci…

    Polubienie

    1. To ten puszczy duch co po nim gesty huh?

      Polubienie

      1. Awatar Robert
        Robert

        w rzeczy dokładnie samej

        Polubienie

Skomentuj