w Kairzu

[ 1836 słów i 10 minut czytania ]
„Wylądowałem” wtedy w Kairze po morderczej przeprawie z półwyspu Synaj. Były lata 90-te, ja sam i bez jakichś dziwnych internetów. Wtedy internet dopiero wchodził pod strzechy, a jak ktoś miał e-mail (WTF?) to, żeby go przeczytać, najpierw to sobie drukował i prosił żeby dla pewności wysłać mu też faxem.
Przy okazji, było to tuż po krwawym zamachu. Grupa terrorystów zaatakowała wtedy autobus przewożący niemieckich turystów w pobliżu Hotelu Europa w Kairze.
Zamachowcy otworzyli ogień do autobusu, zabijając 18 osób.
W latach 90. XX wieku w Egipcie obowiązywała stosunkowo surowa regulacja dotycząca alkoholu, głównie ze względu na wpływ islamskich praw i tradycji na życie publiczne, ale po tym zamachu… było jeszcze gorzej.
A ja, umęczony, bez kasy, sam, z doskonałą nieznajomością czgolowiek… Ech, wtedy przy mnie, Johny English kryptonim operacyjny „Fasola”,, to chodząca kompetencja i szczytowy profesjonalizm.

Każdy prawdziwy, profesjonalny zawodowiec ma we krwi zdolność wtapiania się w tłum tubylców. W małym placu u nogi (tej jeszcze nieodrąbanej) ma lokalną kulturę, jej system monetarny, adresy skrzynek kontaktowych i handlarzy walutą – tylko tych czarnorynkowych. My, fachowcy, pojawiamy się niepostrzeżenie, załatwiamy swoje agenckie sprawy i elegancko znikamy… jak zjawy.

 

Lecz Kair, do którego właśnie się dobiłem, jest tylko drobnym pionkiem na szachownicy, na której rozgrywam tę partię. Mimo że jest miastem olbrzymim, pięknym, zaraźliwym… Nie, nie, co ja gadam, nie jest miastem, jest Klejnotem Nilu. Tego Nilu. Nie ma się z czego śmiać! Kolbuszowa na Podkarpaciu też leży nad Nilem!

 

Choć to gigant, miasto wspaniałe i trochę zapuszczone, gdzieniegdzie pełne śmieci, kabli, kibli i kebabu, to kosmopolityczne to miasto, mekka szpiegów, akcji specjalnych, pity i kawy w dużej ilości pity. Lecz nie dla mnie i nie dziś.

 

Teraz jest tylko nieistotnym przystankiem w podróży do miejsc, gdzie o „większe, z możnymi tego świata, stawki się gra”. Wpaść tu i wypaść tam.


Czy jak rasowy zawodowiec wylądowałem w nim niepostrzeżenie?
Czy jak przystało na wytrawnego szpiega przybyłem z fałszywą legitymacją, fałszowaną dwuzłotówką i atramentem z chińskiego pióra?
Czy niezauważony przez tajne służby przemknąłem się cichcem i wyjściem dla agentów oraz personelu? Czy od niechcenia pozbawiwszy głów niewygodnych świadków dwóch, wymknąłem się jak Brus w swych cichobiegach w ciemne chaszcze?
A gdzie tam! Od razu by się kapnęli, kim jestem i że jestem!

 

Wbiłem w Kaira na luzaka, w dżinsach, trampkach, białym podkoszulku i z wiernym moim plecakiem (którego potem ukradli mojemu bratu nad morzem nieżywi już teraz głupcy) z półwyspu Synaj. Co na Synaju robiłem, powiedzieć nie mogę, ale powiem, że zakutany w alpinistyczny sprzęt puchowy do przetrwania w ekstremalnych himalajskich warunkach, nie spałem całą noc, dygocząc z zimna na pustyni i tylko patrzyłem, jak moi towarzysze, jakichś dwóch egipskich geodetów albo robotników – pewnie wolnych niewolników – smacznie chrapie, owiniętych kawałkiem folii i w jednym klapku.
To zapamiętam na zawsze. Od samego patrzenia nigdy tak wcześniej nie zmarzłem!

 

Było minęło, jest dzień, upał listopadowy. Do Kairza przybyłem autobusem, dla niepoznaki przebrany za turystę. Demonstruję w ten sposób postawę „Nic do was nie mam, Tajne Służby. Jestem zwykłym lamerskim turystą”. Oczywiście, tajne te służby na pewno mnie już śledzą i wiedzą, iż perfekcyjnie nie władam setkami języków, w tym dialekty, (ledwie władam własnym), i równie doskonale nie znam lokalnych zwyczajów i zwyczajnych lokali.
„Spokojnie Policjo Polityczna, Agentury obcych Wywiadów i Wywiadówek, Przedstawiciele Bojowników i Akwarystów, przybywam w pokoju!”

 

Nie chcę tu żadnej rozróby, nie jestem na robocie, a szukam jedynie pokoju, może być bez przedpokoju i spokoju. Nic specjalnego, ot przenocować jeno, pył podróżny z siebie zmyć, zjeść słynnego kebaba od Stefana (ponoć nauczył się je robić w Sosnowcu – bo mają tam specjalne Sosy na bazie Sosny) i się zmyć.
Chyba nie dali się zmylić i zbyć.

 

Wybrany losowo taksówkarz mówił łamaną angielszczyzną – dokładnie tak jak ja – sam nie mógł tego zgadnąć. Tak, musi dla kogoś robić. Gram więc dalej swą grę: 

– Do hotel, czip hotel, pliz mię wieź, ile płacę from de mountain?

– Jes mister, jest taki, ja znam wery czip hotel, specjal price for ju, my friend!

 

Tym, którzy się już zgubili w tej opowieści, a dodam, że ja nigdy się nie gubię, przypominam:
Jesteśmy w Kairze, są lata 90-te XX wieku, panuje tu Islam, a ja jestem niezgubiony, ale przejazdem. Nie mam smartfonu, ani fonu, a nawet domofonu.
Za to jestem sam i na siebie jedynie zdany. Ale cóż, taki fach… „Wiecznie w drodze”.

 

No właśnie – droga wije się między zgrabnymi, niezadbanymi blokami bez fasad, bo jakiś Fassal zapomniał je wykończyć, nim dał się konkurencji wykończyć. I tak im już zostało. 7-pasmowa droga po horyzont zapchana jest pojazdami w 13 rzędach, zawzięcie walczącymi o każdy centymetr powierzchni i każdego pieszego, którego da się utrafić zderzakiem, choćby w nogę. Porozumiewają się klaksonami i ustawioną na ful z powodu klaksonów muzyką ArabDisco na franczyzie Polo Disco.

 

– Tyle dróg budują, a nie ma dokąd jechać – zagadnąłem filozoficznie Himilsbachem, gdy staliśmy w korku, aż po Cieśninę Bosfor ciągnącym się chyba.

– Him is Bach? Ach… Bach! Ja, ja. Ja znaju jeju mister! Szedł Szopen i Bach! ha ha – wyszczerzył się do mnie swymi doskonałymi brakami w uzębieniu, z lekka już utrudzony uturbaniony szofer.

 

A ja, ukojony szarpaną jazdą, staccato klaksonów, moderato molto bene wykwintnej melodii arabskiej, na disco polo licencji, zasnąłem. Kiedy się obudziłem, byliśmy na miejscu. Choć spałem, moje szkolenie nie, dlatego doskonale wiedziałem, gdzie jestem.
My, agenci, nawet we śnie jesteśmy jak te gołębie co śpią jeno połową głowy.

 

Uroczy hotel, na szczęście z wymontowanymi niebezpiecznymi przecież windami, z kilkoma oknami jedynie dla lepszej wentylacji i z artystycznym graffiti, od razu przypadł mi do gustu. Idealnie wpasowywał się w moją przykrywkę taniego turysty z dzikich północnych krajów, gdzie po ulicach, co każdy mały Mustafa wie, biegają nie tylko zimą białe niedźwiedzie.

 

Gdy w końcu wszedłem na 12. piętro, na którym zlokalizowany był mój przytulny hotelik, perfekcyjnie ufryzowani brodaci panowie portierzy, w ilości sztuk 5, i podkoszulkach o specjalnych wycięciach na bicepsy (żeby się w nie w ogóle zmieścić) przywitali mnie tradycyjnym – zdrastwujtie towariszcz.
Siet – pomyślałem – i całą przykrywkę szlag trafił.

 

Dobrze choć tyle, że to nie są zawodowcy, tylko jakaś lokalna bojówka walcząca o Wegetariański Kebab dla Każdego! Ale, mimo to, że to amatorzy, dobrze się przygotowali, musieli w trakcie mej jazdy przeczytać sfabrykowane dossier o mnie, gdzie jak byk stoi – 3 klasy ruskiego w technikum.

 

No nic… skoro oni to wiedzą, to już wiedzą, że ja to wiem, że oni to wiedzą.

 

– Dobra chłopaki, karty na stół. Potrzebuję bilet kolejowy 5 klasy na osobowy do Luksoru, na ten odchodzący o 21, załatwicie?

 

Zostawili karty, w które udawali że grali, zmierzyli mnie wzrokiem, roześmiali się śmiechem, od którego wszystkie noże na kwartale się stępiły, a ich przywódca, chyba właściciel tego lokalu, niski, smagły i śmigły mówi mi:

 

– Wiemy coś za jeden. Tyś jest biedny turysta, c’nie? Załatwimy ci ten bilet, który kupić samemu właściwie jest niemożliwe, a i poczęstujemy lokalną kuchnią. Od razu mówię, to nie są jakieś kababy z Sosnowca, a na koniec wyprawimy w podróż, byś dokończył swą misję. Lecz za te cuda i dziwy (jeśli potrzebujesz) i ty musisz uczynić coś dla nas.

 

No oczywiście, jak zwykle! Wiadomo, gdzie się nie ruszysz, każdy czegoś chce. Cóż, specjalne, kształcone latami, doskonale w praktyce umiejętności wszędzie są potrzebne i w cenie.

 

– Wiemy mister, żeś przybył z zagranicy, a ty zapewne wiesz, gdzieś jest?

– W Egipcie?

– Jest Mi-Ster, w Egiptu Arabskiej Republice, gdzie Islam zakazuje alkoholu pod Karą Mustafą i ścięciem głowy. Dlatego drogi on jest, ten alkohol, jebutnie drogi, coś jak za prohibicji w USA, a sprzedają go tylko cudzoziemcom, w specjalnych jednostkach handlowych zwanych „Bez Cłowe”, z wbiciem tego zakupu do paszportu, i uwaga: lub legitymacji!

 

Tu mnie mają, już miałem się wykpić i wyjąć asa, znaczy się podrabianą jednorazową legitymację zniżkową. Tak, przejrzał mnie. Nie miałem wyjścia – musiałem się zgodzić – lecz chęć do współpracy udałem tylko, a drugą stroną synaps, jak gołąb, dumałem nad planem.

 

Jak tylko pójdę po flaszkę, zniknę, gdyż nigdy się nie gubię, i wiem dobrze, gdzie jestem (to Kair, c’nie?). W Kairzych ja zniknę zaułkach, na pociąg wbiję od drugiej strony, potem w długą i w obce strony. Nigdy mnie nie znajdą.

 

– No to mamy deal – ucieszył się. – Ty teraz pojedziesz z moimi z bandy frendami i paszportem (lub legitymacją – mrugnięcie okiem) po alcokontrabandę, oni ci pomogą, a ja w tym czasie natychmiast załatwiam bilet 5 klasy na osobowy do Luksoru, 1500 km w jedną stronę, wyjazd 21. It’s correct for ju mister turisten?

 

Ach, więc to tak? Z przyjaciółmi mam iść?
Nici z planu A, teraz do planu B przyda mi się kawałek polana.
Ok, można z frendami, może i są wielkości podręcznych kontenerów oceanicznych, ale ja, bracie…

 

Po dużej wódzie lepszy jestem w dżudzie.
Techniki karate ćwiczyłem z bratem.
Na bramce stoję, i proszę ja ciebie, ja nikogo się nie boję!

 

Już widzę, jak od niechcenia ich obezwładniam techniką spłoszonego motyla, porażam wrażliwe nerwy, polanem w zęby i znikam we mgle kairzych kanałów.

 

– Ale bagaż zostaw tu, to w końcu jest hotel, bagaż bezpieczny, a niebezpiecznie chodzić po nocy i mieście z bagażem, podejrzane być to może i nie daj boże.

 

I mnie zaszachmacił! Plan B padł, muszę współpracować.

 

I pojechaliśmy, kluczyli zaułkami, kłódkowali uliczkami, łańcuchowali ciasnymi przejściami przez ciemny, nocny, piękny w swym nieładzie Kair, ten nieturystyczny, ten dla lokalsów.
Nie zmylili mnie zaś, jestem w te klocki lepszy niż Liam Nissan w Uprowadzonej 2.

 

Mogliby mi zawiązać oczy, wyłączyć światła i zatkać uszy, a ja i tak bym wiedział, gdzie jestem!
Zliczam ilości i częstotliwości kocich łbów poprzez opony i siedzenie. Tak szkolą najlepszych, którzy dzięki temu nie gubią się nigdy, no i są najlepsi! Tam też, gdzieś w czeluściach, przy okazji zjadłem niezapomniany posiłek, po którym dwa miesiące brałem zastrzyki w brzuch gorsze niż te na wściekliznę – tak bywa jak się je lokalne żarcie, proszę ja ciebie… I popija wodą z kranu.

 

A kiedy w końcu na koniec dotarliśmy do sklepu „Wolno Cłowego”, co był w uliczki końcu, okazało się, że jest on zamknięty. I znów mnie wiozą, znów kluczymy, zliczam łby, wypatruję punktów, oceniam topografię, i coś im dla zmyłki truję, ale w głowie knuję, i myślę, że to już chyba koniec.

Zaraz i bez zwłoki, pozbędą się teraz niepotrzebnej im już mej zwłoki.
Ale póki ręce mam niezwiązane (nie mają cieniasy trytytek), będę walczył. Tak dumam kiedy nagle pada – Wysiadaj mister, my jeszcze mamy coś do załatwienia.

 

To polecił mi ten mniejszy, bo tylko on był w stanie trochę obrócić głowę na szyi niczym postument Statui Wolności. Więc to tak, strzelą mi w plecy w zaułku i jak psa porzucą.

 

– Panowie – gram na zwłokę, by zbyt szybko nie być zwłokami – a mój bagaż, a pociąg, a… i no, gdzie my jesteśmy, bo ten, trochę się zgubiłem…

 

Gdyby mogli, popatrzyliby po sobie. Jakby się dało zaklinowanymi w podsufitce głowami kręcić, to by kręcili, ale się nie dało. Rzucili więc tylko gdzieś przed siebie
– Oj mister, mister, przecież stoimy przed hotelem. Bilet i bagaż już czekają… Bon voyage, i no już… Sio Mi stąd.


Wysiadłem i pojechałem dalej, zanużając się w noc i Egipt tą 4 klasą osobową, co tylko o klasę wyżej jest od składu towarowego lub węglarki.

3 myśli na temat “w Kairzu

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑