#szosopasta na 1137 słów, 6 minut czasu czytania
„Czyś ty wybranka punka, czyś ty dziewczyna skina,
najważniejsza, najważniejsza jest rodzina.
Czyś ty skinheada stryj, czyś ty punkowy wuj,
najważniejsi matka twa i ojciec twój.
Czyś ty jest ojciec punk, czyś ty małżonek skin,
w życiu liczą się tylko żona, córka i syn.”
Katana to taka z (ale nie zawsze) dżinsu kurtka krótka.
Obiekt westchnień młodych lat.
Wtedy nosiły ją (wymalowaną farbami, czasem bez rękawów, zarzuconą na skórę i takie tam) zIrokezowane Punki.
Przynajmniej tak to sobie wyobrażam teraz.
Katana to także samurajski miecz (miecz jak u rycerza, niby szpada typu szabla, ale nie rapier) i jeden z najważniejszych symboli bushido, reprezentujący: honor, lojalność i odwagę. Wiara w tętno duszy w mieczu katany sprawia, że jest ona postrzegana jako przedłużenie samurajskiego wojownika.
Mniej więcej o tym Akira Kurosawa nakręcił w 1954 film, powszechnie uznawany za jeden z najważniejszych w historii kinematografii.
Często określany jako najlepszy film nieamerykański, będący inspiracją dla setek produkowanych później filmów akcji.
Ba, sam Kevin „Bodyguard”, ochroniarz Whitney Huston, widział „Siedmiu samurajów” (jap. 七人の侍), bo to o tym filmie mowa, chyba z 700 razy, a co najmniej 56.
Akcja 七人の侍 toczy się w okresie Sengoku i przedstawia grupę rolników, którzy zatrudniają siedmiu bezpańskich samurajów (rōninów), aby pomogli im w obronie wioski przed bandytami.
Panowie Samurajowie przybywają ze swoimi wiernymi katanami (lecz nie w katanach, tylko w kimonach) i robią porządek z chuliganami.
„Siedmiu Samurajów” to jeden z niewielu japońskich filmów znanych szeroko na Zachodzie i doczekał się wielu remake’ów, ot, na przykład western „Siedmiu wspaniałych” z 1960.
Western, w którym siedmiu zajebistych rewolwerowców, niepoprawnych zabijaków, fachowców w pracy stalą i kulą, z powodów nawet im samym nie do końca znanych, decyduje się pomóc wiosce „zwykłych” ludzi.
Pomóc w walce z agresorem, adwersarzem, przeciwnikiem i oponentem.
W porywie dziwnych uczuć i emocji, z powodu jakiejś empatycznej gorączki – gdyż za skromne wynagrodzenie zdecydowanie poniżej ich kwalifikacji – idą walczyć z żądnym krwi, pozbawionym skrupułów i moralności Przywódcą Bandy Oprychów, mającym do pomocy bandę oprychów.
Siedmiu zawodowców plus garść amatorskich cywilów z cepami to dość niewiele przeciw okrzepniętym w boju złoczyńcom, co silnie nastawieni na zysk ekonomiczny oraz zadawanie emocjonalnego, psychicznego i fizycznego bólu są.
Ale podjęli się tego zadania, gdyż cóż… czasem po prostu tak trzeba.
„Siedmiu” nie wiedzieli zbyt wiele, kształceni nie byli, w dodatku dobrzy też nie byli, a i tak co należy – zrobili.
Wstali, wsiedli, pojechali, opór stawiali, odpór dali, koniec końców – i przy dużych stratach własnych – wygrali.
Ta, przeniesiona na Dziki Zachód, historia ze Wschodu jest uniwersalna.
I myślę, że sprawdziłaby się nawet gdzieś w centralnej części mapy (patrząc na nią z naszej perspektywy), i to w dodatku na co dzień.
Mój ojciec najbardziej lubił westerny, a z nich ten o „Siedmiu wspaniałych” upodobał sobie szczególnie.
Dlatego, kiedy w kinach pojawiła się współczesna wersja tego starego filmu, ja również – w porywie bliżej niesprecyzowanej emocji – poszedłem i zaoczyłem tę nowoczesną wersję.
Byli tam komboje, Indianin, dobro i zło, oraz Denzel – i dużo się działo.
Opierdolenie wpierdalających obok przykitrane chipsy to była betka przy tym, co na ekranie.
Wzruszyłem się straszliwie i – czy to z powodu wzruszenia, nostalgii może, albo wypitego alkoholu, nie wiem – ale nagle chciałem być, chociaż przez chwilę, jak Oni!
Nie, nie ci od chipsów.
Lajk Magnificent Seven, tu bi!
Tylko co tu zrobić, by się upodobnić?
W kapeluszu wyglądam do dupy, colta noszę w kaburze pod marynarką, konno do domu nie wjadę, bo się do windy nie zmieścimy…
Wiem!
W szale wzruszeń – to dla Ciebie, Ojcze – poszedłem do fryzjera i zrobiłem się na irokeza.
Indianin ze mnie słaby, nie mam tipi, toporka ani konia, więc w „irokezowaniu” poprzestałem na fryzurze.
Bo „Irokez” to taki Indianin, ale i fryz.
JPRDL, jak już mi przeszło wzruszeń uniesienie i zobaczyłem, co zrobiłem (nigdy nie chodź po pijaku do fryzjera!), stwierdziłem, że o fak… no dobra… trudno.
Biorę na klatę i lepiej, niech będzie tak, niż golić to do gołej czachy.
Słowo – koniec z goleniem czachy!
I miałem przez jakiś czas na głowie fryz ala irokez.
Gustownie, kurwa, siwy.
Chwilowo pozostaje jakoś żyć i czekać, aż to odrośnie, oraz cieszyć się, że nie zacząłem chodzić w katanie z kataną.
Chodzę, oddycham, zapuszczam poboczne włosy, a pewnego dnia przychodzi do mnie syn.
Doprecyzuję, gdyż różni się tu kręcą – mój.
Przychodzi i mówi, że miał na lekcji rozwiązać krzyżówkę historyczną.
Dostał ksero z hasłami i rubryczkami do wpisania, ołówek w dłoń.
I… czas, start!
Ruszyła umysłu maszyna ospale.
Ale, żeby nie wiem jak system wytężał,
i jak bardzo się on tam sprężał,
to nie udźwignął,
taki to był wiedzy
zajebisty ciężar.
Cały w nerwach, bo od ręki zna hasło (inteligentny to on jest – ale wiadomo, inteligencję dziedziczy się po mamie), za to z poszczególnymi odpowiedziami już gorzej.
Co zrobić młody człowiek ma, jak wpisać hasło, które zna, jeśli nie wypełnił całej reszty krzyżówki z powodu pytań, na które odpowiedzi nie zna?
Można to sobie zwizualizować: pot z czoła leci, ołówek do połowy obgryziony, ze zmartwiałych palców leci – i nic, zero, null, kosmiczna pustka przetykana czarnymi dziurami niewiedzy.
Z głowy na papier nic leci, chyba więcej już nie skleci.
Wikipedia umysłowa padła od przeciążonych serwerów i już się nie podniosła.
Cholera no, jest przecież hasło!
Na wyciągnięcie ręki jest, ale musi być wypełniona cała krzyżówka, bo jak inaczej?
Resety synapsowych systemów się przeciągają, czas kończy, zagłada wielkimi krokami od czoła klasy już się zbliża, więc rzutem na taśmę, w ostatniej „wencie” (wenta to taka miara czasu z piłki ręcznej), wpisał:
8 poziomo: „srutututu”
11 pionowo: „tralalala”
I jest całość – jakoś wypełniona!
Brawo, Ja! Kto jest mistrzem?
I może się pani nie kapnie – w końcu „na koniec dnia” chodzi przecież o hasło.
Oddał krzyżówkę, pani sprawdziła i mówi:
– Chłopcze, czy ty stroisz sobie ze mnie żarty? Co to ma być? Jutro przyjdziesz z rodzicem!
Jednak się kapnęła.
A że rodzica ma… cóż, między innymi, to ja.
Po wyjaśnieniu mi całego zajścia, przedstawieniu dowodów (materiały w archiwum)…
Jak już się okazało, że jednak dobrze słyszę, kiedy wrócił mi zmysł mowy i jakoś nie umarłem od wewnętrznego śmiechu, zadumałem się nad katanami, wojownikami, samurajami, irokezami, bushido, honorem, lojalnością i odwagą.
A po dłuższej tej zadumie mówię:
– Dobra, synu. Może nie jest nas siedmiu wspaniałych, ale jesteśmy w jednej drużynie i należy się trzymać razem. Mimo że nie mam w tym żadnego interesu, nie zostawię cię w biedzie, pomogę i pójdę do pani.
Acha, i taka rada od bardziej doświadczonego chłopca: póki co, nie mów o tym mamie.
Nastało jutro.
Poszliśmy do szkoły: On, Ja i mój Siwy Irokez.
– Dzień dobry, kazała pani przyjść, to jesteśmy.
Pani podniosła głowę znad biurka, patrzy na mnie, na syna…
Zsynchronizowała ostrości, poprawiła dioptrie, akomodowała soczewki i jeszcze raz, na niego, i znów na mnie, tylko trochę jakby wyżej – chyba na przesłonięty włosami sufit ponad moją głową – i mówi:
– Aha. No tak. Wszystko jasne… To już nic.
Uff… nawet gładko nam poszło, niczym cięcie… kataną.

grunt to mieć dobra katanę, może trochę poszarpana, może z ćwiekami, koniecznie z naszyfkami i autografami…wtedy pory i psorki są pofściągliwi
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Psory i Psorki
PolubieniePolubienie