Wiało

Poniższy wpis pochodzi z książki „z szos past stos”, cz. 1 ½, którą zainteresowanym polecam uwadze – i można ją sobie pobrać za darmo stąd:
https://szosami.com/wp-content/uploads/2025/04/zszospaststos.pdf


#szosopasta na 822 słowa, 4 minuty czytania

O tym, że jestem poliglotą, dowiedziałem się przypadkiem. Później. Póki co byłem… byliśmy tylko zamustrowani.
Ale że co?

No, dostaliśmy pozwolenie wejścia na pokład oraz kamizelki ratunkowe, czyli nadmuchiwane przyrządy jak na basenie, które utrzymują rozbitka przebywającego za burtą tak długo na powierzchni, dopóki nie zostanie on przejechany przez własny jacht lub spieszącą na pomoc inną łódź ratunkową.

Ależ wtedy wiało!

Była „cofka” — cofka występuje też jako cofanie wód z morza do rzeki, a nie tylko to, co ci przyszło do głowy. Chociaż, w świetle dalszych wydarzeń… Na Bałtyku sztorm.

My, zaparci na Żeglarstwo przez duże „Ż” (wielką sztukę,
przeważnie z metalu, której sens polega na tym, aby posuwać się powoli i donikąd, chorując przy tym z zimna i ponosząc olbrzymie koszty), siedzieliśmy przybici do kei oraz koi i znudzeni oglądaliśmy obiekty dryfujące, czyli wszystko, co unosi się na powierzchni i nie przyjmuje zaproszenia na coś mocniejszego.

No i na cud przyrodniczo-fizyczny patrzyliśmy, bo z powodu „cofki” te dryfujące obiekty płynęły od morza w górę rzeki (taki paradoks, jak sraczka — rzadko, a często; tu podobnie: niby w górę, a w dół — tylko że na mapie).
Siedzieliśmy tak i śpiewaliśmy szanty — taki horrendalny… nie, wróć — chóralny śpiew. Z założenia w każdym kraju śpiewa się tradycyjne dla obszaru językowego piosenki, i dlatego w Polsce przeważnie takie jak „Sacramento” i „Whisky John”.

Czekaliśmy, aż będzie można wypłynąć z portu.
Tym razem szliśmy na Szwecję!

Sztorm nie ustępował, czekanie się przedłużało, śpiewanie
również, aż okoliczna ludzkość — lud spokojny i cierpliwy — przy-
szła z petycją, widłami i prośbą:
— Zakończcie już, kurwa, te ryki.

Co było robić? Zostało nam picie.
To piliśmy.

Gdy się okazało, że sztorm w końcu przycichł, fale są już tylko czterometrowe, a to, co pijemy, to nalewka na mazucie ze 120-procentowego spirytu, ze mnie nie było już co zbierać.

Aż w końcu jakoś popłynęliśmy!
Oficerowie śledzili rozwój wypadków pod pokładem, przy radarze — takiej niezwykle realistycznej odmianie gry komputerowej, spotykanej często na większych sztukach pływających.

Przy pomocy „radara” gracze (oficerowie wachtowi) starają
się uniknąć kolizji z innymi jednostkami pływającymi, widocznymi na monitorze. Śmieszne, bo refleks czasami ich zawodzi, ale są wyluzowani — przecież to tylko gra, ma się kilka rzyci… żyć, c’nie?

Reszta załogi uwijała się przy żaglach oraz obieraniu ziemniaków, a moje umarte, ale doskonale zakonserwowane w spirytusie zwłoki przykitrano gdzieś schludnie w kubryku.

Takie pomieszczenie mieszkalne patodeweloperskie
załogi, stosowane na okrętach i statkach w celach wytwarzania dodatkowego ciepła poprzez zbieranie metanu.

Zdaje się, że na chwilę umarłem.
No, ale był powód do picia — przecież kapitanowi urodziło się
dziecko! Trzy lata temu, ale dziecko to dziecko!

I tak, płynąc po niezupełnie płaskim morzu, nieliczni złoganci zabawiali się, używając do tego bomu — czyli poziomo przymocowanej żerdzi, do której przyczepiony jest żagiel — i którą doświadczony żeglarz potrafi opróżnić cały pokład z nie wiadomo po co stojących i gapiących się głupio innych członków załogi.

Pozostała większość, z powodu lokalnej niepłaskości morza, po oddaniu wodzie tego, co z mozołem udało im się wcześniej ugotować i zjeść, śledziła kilwater — taką poziomo biegnącą po wodzie kreskę, ślad po żaglowcu, przeważnie się wijącą pozostałość po jego przepłynięciu.

Uwaga: „Poziomość” kierunku ma tu bardzo istotne znaczenie, gdyż kiedy zauważysz, że ten cały kilwater nagle zaczyna biec pionowo, to oznacza, że nie jest dobrze…
Masz przejebane. Dno przeważnie jest dość głęboko, ale za to niezbyt daleko.

A ja spoko, dalej sobie nie żyłem. To już chyba drugi dzień,
ale pewności nie miałem. Z poziomu podłogi w kubryku słabo widać, szczególnie jak się jest martwym.

Po trzech dniach — taki światowy standard i umarcia, i płynięcia do Szwecji — nagle ukazał się nam ląd ten upragniony.

To znaczy im się ukazała, ja już znowu żyłem, ale jeszcze
nie umiałem chodzić.
Jaki piękny to musiał być widok! Nie powiem — nie wiem.

W każdym razie udało się. Mimo przeciwności losu przechytrzyliśmy śmierć i dopłynęliśmy.
Tak, teraz tylko pozwolenie na wejście do portu… i pijemy!

Pozwolenie niestety jest wymagane przez urzędników, a wiadomo, jaka tam w Szwecji biurokracja. Kiedy statek wpływa na obce wody — a Szwecji to chyba jeszcze obce wody — trzeba się wylegitymować i takie tam dyrdymały.

Jako ciekawostkę dodam, bo skoro tu doczytałeś, to wkręciłeś się w opowieść jak liny i inne dziadostwo w część podwodną statku, czyli śrubę, że w krajach tropikalnych istnieje zwyczaj okazywania przez marynarzy zamiast dokumentu pewnej kwoty w walucie i wręczania jej oficerowi lokalnej służby w momencie podawania sobie rąk.
Miło jest dodać przy tym parę przyjacielskich słów w rodzaju:
— Proszę, Maj Frend, to dla ciebie. Kup sobie za to coś ładnego.

Ja właśnie zaczynałem drugie życie. Już chodziłem, zaczynałem mówić i z radością noworodka rozglądałem się wkoło.
Byłem cholernie ciekaw, jakie nieodwracalne zmiany zaszły w moim mózgu po wypiciu tej trucizny i cudownym przywróceniu do życia.

I to wtedy okazało się, że zostałem poliglotą.
Gdyż nigdy wcześniej nie znałem szwedzkiego.
To pewne jak trampocła.

A tu proszę — doskonale rozumiem ludzi wkoło.
Dodam dla porządku, że nie tych, z którymi tu przybyłem.
Zszedłem na ląd i rozumiem wszystko, bezbłędnie i z rozmachem!

„O ja cię, jednak taki mały zgon przy pomocy środków
w krajach cywilizowanych uznanych za trutkę to jest niezła
sprawa” — pomyślałem i wbiłem do pierwszej z brzegu, zaraz na brzegu kawiarni, po czym, w idealnej szwedczyźnie (bo okazało się, że także mówię tym językiem!), zamówiłem kawę.

A pani mnie zrozumiała!

Czekam, rozglądam się bardzo uważnie i widzę kartki pocztowe, na stojaku, a na każdej z nich napisano (o ja cię, to też zacząłem czytać w obcych językach?):
„Pozdrowienia z Ustki.”

2 myśli na temat “Wiało

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑