#szosopasta na 809 słów, 4 minuty czasu czytania.
Toyota Avensis 1 to samochód szpiegowski, gdyż dobry szpieg, w przeciwieństwie do Najlepszego Szpiega (My name is Bond, James Bond), nie zajmuje się hazardem, degustacją wykwintnych trunków, podrywaniem dam (najlepiej mężatek) oraz arcytrudnymi arcyrozgrywkami z arcywrogimi.
Nie paraduje na widoku w tych całych Omegach.
Dobry szpieg, robiąc swą skromną, żmudną robotę – w inwigilacji, dezinformacji, pozyskiwaniu informacji i korzystaniu z publicznej ubikacji (w której wcześniej ukrył broń i mikrofilmy) – musi być niewidoczny i niezawodnie wtapiać się w otoczenie.
Potrzebujesz dyskretnie przerzucić informatora, wyrzucić bez zwłoki wroga zwłoki, podrzucić gdzieś granaty, by kogoś nimi podrzucić, czy nierzadko zwyczajnie w oczy się nie rzucić?
Bierz Avensis 1 — niewidzialnie zrobi co trzeba i jeszcze poholuje Astona, gdy jego krzemowy mózg nie ogarnie sytuacji.
Niepozorna, niezawodna, niezniszczalna, a przy tym łatwa do naprawy. Wygodna i cicha kabina, spory bagażnik oraz dobre fotele miło uzupełniały całość.
Wady? Jedna – już jej nie robią.
Miałem taką kiedyś. Dzielnie służyła w mej robocie pod szyldem: „Pomagać, nie Utrudniać”.
A było to w czasach, gdy Mi_M. dzieci były na etapie „Happy Feet”. To, że dzieci przeważnie, kiedy nie płaczą, są zawsze happy, i że jak gdzieś idą, to biegną, mając bardzo sprawne swoje feet, to każdemu wiadomo.
Ale „Happy Feet” to inna liga, to film jest o pingwinach!
I był taki czas (jak u niektórych Muminki czy pieprznięty Kubuś P.), że pingwiny rządziły niepodzielnie. Taki syndrom TPZ – Totalna Pingwinia Zajawka.
Pingwiny były wszędzie. Wyłaziły z szafy, rysunków, książek, lodówki oraz telewizora.
No, JPRDL, Antarktyka w domu!
(Antarktyka, nie Arktyka – tu pingwinów nie ma, misie je zeżarły)
Choć muszę tu dodać kronikarskim obowiązkiem, że najwięcej pingwinich gatunków to żyje jednak w okolicy Nowej Zelandii.
Aż nadszedł ten trudny dzień, gdy wszystkie substytuty przestały wystarczać, gdy brakło papieru na rysunki, kopie filmu całościowo wykupione ze sklepów zostały zdarte, a wynajęty hangar na maskotki przestał się domykać.
Moment, kiedy trzeba było się wykazać inicjatywą, podjąć męską decyzję, wziąć na klatę rzeczywistość i pokazać dzieciom żywego pingwina.
Skąd wziąć żywego pingwina na północ od równika i Galapagos?
Tylko z ZOO.
A gdzie wtedy w ZOO były pingwiny?
Dla ułatwienia dodam, że nie musiało być to najdalsze ZOO w okolicy.
Po przeglądnięciu specjalistycznych periodyków, przedarciu się przez firewalle, zatopieniu w darknecie, wejściu w mroczny świat tajnych informacji, opłaceniu służb za informacje — złotem, platyną i bitcoinem (miałem jednego, i teraz byłbym milionerem to oddałem za widzę… o pingwinach) — okazało się, że najbliższe i najżywsze pingwiny są w [Tajne przez Poufne Spalić przed Przeczytaniem]: Wiedeń, Austria, 600 km. Na południe jedź.
O kur… ka (taki nielot) Daleko. Ciut.
Co tam, dla Avensis i Mimnie taka wyprawa to chleb powszedni.
Jednakowoż w równaniu: 1 Avensis 1 + jeden Mija + dwójka nieletnich obywateli (którzy w sumie mają mniej lat niż Pi do kwadratu dzielone przez dwa) – żona (gdyż w domu zostaje ona).
Oj, to jest najwyższa matematyka.
To jest prawdziwa, arcytrudna agnecka misja, gdyż:
Weź to towarzystwo nie zawiedź i zawieź (bezpiecznie), nakarm (koniecznie), przypilnuj (energicznie), zaprowadź (ostatecznie), pokaż pingwiny (nie wrzeszczeć!) i wróć (w komplecie) — zrób to sam i cało.
– Ok, M., to my jedziemy, a Ty sobie od nas odpocznij.
Zrób jakiś miesięczny program regeneracyjny all-in-one SPA/Wellness/Wczasy/Kurort/Sanatorium w dwie noce i jeden dzień.
A my się udamy konfrontować teorię wyobrażeń dziecięcej fantazji z pingwinią rzeczywistością. Taki post PRL – Przedszkolny Real Live.
Jakoś udało się domknąć na full wypchany bagażnik, nie zabijając przy okazji żadnego pluszowego pingwina, z których każdy KONIECZNIE musi jechać odwiedzić kuzynów.
Cudem udało się zapiąć podekscytowane towarzystwo w zafotelikowane fotele.
W przerażeniu udało się pożegnać ze spokojnie ostrzącą swój nóż na moje gardło M. żoną, patrzącą Mi_ głęboko w oczy wzrokiem – „luz, kochanie, bądź spokojny, tym jednym nie musisz się martwić, popełnię twoje samobójstwo, jak coś IM się, KURWA, stanie”.
i Pojechaliśmy.
Nocna trasa, przy pomocy niewyobrażalnych ilości adrenaliny, Avensis i przykitranej na czarną godzinę kopii Happy Feet, przebiegła bez ekscesów.
Nad ranem zatrzymałem się na odpoczynek.
Dzieci już dawno sobie smacznie śpią, ale ja mam przed sobą cały z nimi dzień i powrót, też muszę odpocząć.
Regeneracyjnie przymknąłem oczy.
…A kiedy przespałem się chwilę, i po chwili nagle, rześko i cichutko obudziłem, pełen sił, z optymizmem patrząc w przyszłość, pojechałem dalej — Do Celu, Do ZOO, Do Pingwinów!
Potem było już łatwo.
Dzień wstał piękny, auto odstawiliśmy na parking.
Przed otwarciem ZOO zjedliśmy pyszne śniadanie w parku.
A parki w Wiedniu tamtych czasów czyste i piękne były.
Kupiliśmy bilety, sznurkami spętałem brykające, pełne energii towarzystwo.
Wypożyczyłem wózek dla całej zgrai pluszowych kuzynów zPolskich i wbijamy pędem w kierunku Władców Antarktyki.
Najpierw pingwiny, potem lwy — sorry Władco Zwierząt, znaj swoje miejsce w szeregu.
Podchodzimy pod piękny basen.
W koło skały, zimna woda leje się kaskadami do rozległego akwenu.
Rozglądamy się dookoła, cali szczęśliwi… no i przede wszystkim cali.
Podziwiamy, patrzymy, szukamy i znajdujemy. Kartkę z napisem:
„Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH PINGWINÓW BRAK, NAJBLIŻSZE ŻYWE PINGWINY W BERLINIE”.
Ale, że co?!? że jak?!? że gzie?!?
O NIEEEEE!
Zanim zacząłem w furii systematycznie demolować misterne konstrukcje, nim w słusznym gniewie wziąłem odwet na bileterkach, przed ucierpieniem niewinnych zwierzęta…
…Nagle się zerwałem, kolanami wyłamując kierownicę — na szczęście uderzeniem głową zamortyzowałem ją od drugiej strony.
Solidna robota — nie pękła, poczułem to dokładnie czołem.
Radosny śmiech dzieci, obudzonych moją ekwilibrystyką i rykami, powoli doprowadził mnie do przytomności.
Uff!
Sen, jak to dobrze, że to był tylko podróżny, koszmarny… sen.

ale czego sie bac
z Wiednia do Berlina to tuz, tuz, za zakretem 🙂
PolubieniePolubienie
Tak, weź taką dwójkę i jedź… zobaczysz zakręt
PolubieniePolubienie