#szosopasta na 808 słów, 4 minuty czasu czytania.
Zostałem Handlowcem Roku!
Opłaciły się wczesne wyjazdy, późne przyjazdy, mistrzostwo w kontaktach interpersonalnych i umiejętność pracy w zespole. Znajomość pakietu Office i prawo jazdy kategorii B były dodatkowymi atutami.
Napędem wszystkiego, jak zwykle, była kawa.
Wstajesz rano – kawa,
w południe – kawa,
u klienta – kawa.
Kawę popijasz kawą… Przez to człowiek zostaje uzależniony od kawy i staje się też znawcą – na tym etapie byle czego do ust się nie wleje.
Wyczuwa wszystkie niuanse, detale, aromaty, staje się lepszy w piciu kawy niż samuraj w cięciu mieczem. Zostaje Kawo-holikiem, Kawo-znawcą i Kawo-wyznawcą.
„Bez kawy życia nie jestem ciekawy.”
Jako się rzekło, Handlowiec Roku – poza uściskiem ręki prezesa i proporczykiem cenionego zespołu sportowego – wygrał wczasy wypoczynkowe w znanym kurorcie, 5 gwiazdek, all-in-kluzif.
Słońce, po długim, poślizgowym lądowaniu awaryjnym, rozbiło się kilkaset kilometrów dalej na zachód, rozlewając swe termojądrowe paliwo na pół widnokręgu i zostawiając za sobą ścianę łososiowych i liliowych chmur, które przebiły się przez warstwy atmosfery i buchnęły w przestrzeń kosmiczną.
A ja, jako debeściak kierownicy i mistrz długich tras, zagłębiłem się w noc, radośnie błyskając fioletowo-niebieskimi ultradługimi światłami, i już rano dnia następnego stawiłem się w kurorcie.
Mały, drobny incydencik po drodze tylko zaostrzył mój apetyt na wypoczynek.
Gdzieś w nocy, na chwilę, przymknąłem oczy za kółkiem (dziwne, bo pierwszy raz w życiu Mi_ się to przydarzyło), ale spoko — niemalże od razu obudził mnie przeciągły ryk, jak syrena okrętowa, przejeżdżającej ciężarówki. Jej dużo dłuższe i wypalające spojówki, nawet przez powieki, światła sprowadziły mnie na ziemię.
Otrzeźwiony, w pełni obudzony, z dawką adrenaliny w moim układzie kofeinowym, pojechałem dalej.
Na miejscu, w kurorcie, bach do wyra, a koło południa, po odespaniu nocnej przeprawy – wstaję. Za oknem piękne, bezchmurne niebo! Klimat ideał, widoki wspaniałe.
Ależ to będzie piękny wypoczynku czas. A teraz czas na kawę!
Na dole w stołówce — szok i niedowierzanie!
To nie jest ekspres, to Lamborghini ekspresów! Kawiarniane V-12! Wskaźniki, rurki, cuda! Nie widziałem takiego czegoś nigdy! Nie wiedziałem nawet, że się takie da zrobić!
Raj, jestem w raju! Jaka z tego musi być kawa – cudownie nieziemska!
Wciskam guzik: „flat black” (potrójne espresso) — i leci? Coś leci, coś nie leci, coś prycha. Co to jest, qtfa, to coś, co tam ciurka?!?
Nakapało byle co, nawet nie będę tego próbował, żeby się nie otruć na wstępie! Co za syf!
Kawy! Muszę kawy! Jeszcze – i znowu to samo, albo jeszcze gorzej. Mazidło jak pasta do butów wymieszana z asfaltem – i takie samo w smaku. Coś się musiało popsuć!
No nic, nerwy na wodzy, idę wypoczywać. Zaraz naprawią, przecież nie jest możliwe, żeby nie naprawili.
Ludzie się zbuntują, ktoś zwróci uwagę. Ale nie ja – pierwszy dzień, nie będę robił siary na start. Kultura musi być. Ciężko jest drugi raz zrobić pierwsze dobre wrażenie.
Parę godzin się bez kawy wytrzyma!
Boże, ale mi się kawy chce…
I nastał kolejny dzień.
Piękne, bezchmurne niebo, cudowny dzień się kroi, a ja rześko, skoro świt, schodzę do stołówki…
Kawa first!
„Dajcie Mi_ kawy, a nikomu nic się nie stanie!”
A tu – to samo!
Tego się nie da pić!
Próbuję, no ale się nie da… Cały się trzęsąc, z braku kofeiny i z nerwów (bo to już drugi dzień!), zgłaszam moje obiekcje (przecież uzasadnione!) obsłudze!
– Tak, wszystkim się zajmiemy, proszę wytrzymać parę godzin, dzień piękny, na basenie spędzić. Kawa na pewno wieczorem będzie już wyśmienita, obiecujemy!
Wieczorem — nic. Następny dzień rano — nic. Po południu — NIC!
Co z tego, że pogoda ideał, basen, woda, leżaki, wszystko ideał, jak nie ma kawy?
A personel uprzejmie: że już się tym zajmą, że specjaliści w drodze, że wieczorem będzie, że może wody albo rozpuszczalnej w szklance?
Fak! Co tu się odpier… lala?!
Kolejny dzień.
Mam już w dupie te baseny! Mam gdzieś tę pogodę! Nie chce mi się jeść, pić, bawić i wypoczywać.
KAWY!!! Poproszę kawy!!!
Cztery dni bez kawy.
Agresja na twarzy, nieumyty, niegolony, w jednym śmierdzącym i pomiętym podkoszulku, na krawędzi nerwów… i smrodu, wałęsam się po pokoju, szukając wyjścia z tej tragikomedii absurdów i pomyłek.
Pieprzę, to nie wydział kultury i sztuki!
Jak się ma do czynienia z taką sztuką, to ciężko zachować kulturę!
Dzwonię do tego biura turystycznego, od tej cholernej wycieczki!
Niech oni coś poradzą… Klient nasz pan! Tak czy nie?! Za coś się płaci?!
– Biuro turystyczne? Cztery dzień jestem w kurorcie. Wszystko pięknie: pogoda, warunki – ogólnie super. Ale są pewne ważne braki. Mogą Państwo coś zainterweniować?
– To pan, Panie Mi_?
– No ja! A kto?
– Hmm… Wie pan, jakby to powiedzieć… Sprawa jest delikatna.
Bo… Jak pan jechał na te wczasy, to miał pan wypadek. Wjechał pan pod tira. I, cóż… głupia sprawa, ale… nie przeżył pan tego wypadku.
– A to gdzie ja trafiłem? To TO jest Piekło? Czy Raj?
– Yhm… trudne pytanie. To może tak: A kawa jest?
– Jest!
– A DOBRA?

jak dobra kafa to niebo, a jak czarna to może być i piekło. Ale nie czymaj już w napięciu…gdzieś wasz mość trafił był
PolubieniePolubienie
a kawa… jaka była? 🙂
PolubieniePolubienie