Wó-Da

190/365 #szosopasta na 1044 słowa, 6 minut czasu czytania.

LSST (Legacy Survey of Space and Time) – zapowiedziany przez teleskop Vera C. Rubin startuje w pełni w drugiej połowie 2025 roku i będzie fotografować całe niebo widoczne z południowej półkuli co kilka dni przez 10 lat. Oczekuje się, że zidentyfikuje 20 miliardów galaktyk.
Szacuje się, że cały widzialny wszechświat zawiera 2 biliony galaktyk (2 000 000 000 000), a każda galaktyka zawiera kilkaset miliardów gwiazd.

Wspominam o tym, gdyż od dawna wiadomo z „Gwiezdnych Wojen”, „Obcego”, „Marsjanina” i innych poważnych periodyków, że w każdej z miliardów galaktyk, aby coś naprawić, wystarczy mieć WD-40 lub taśmę klejącą.
Jak coś się nie rusza, a ma się ruszać — smaruje się WD-40.
Jeśli zaś coś się rusza, a ma się nie ruszać — klei taśmą.

Tak, i jechałem sobie kiedyś, spóźniony bardzo, rowerem gdzieś pod rozgwieżdżonym niebem Wielkiego Zadupia – miałem chleb kupić do domu (mama mnie zabije!) — jechałem i chłonąłem Wszechświat.
Co i rusz próbowałem zagłębić się w ten naniebny absolut, ale nie mogłem, bo zapierającą dech atmosferę zakłócał skrzypiący Mi_ łańcuch.

Widok był nieziemski i bezczeszczenie go tym chamskim skrzypieniem było wielkim faux pas.
Wyjąłem więc oliwkę z podręcznego zestawu drobiazgo-akcesoriów, które każdy zapalony cyklista — nawet jadąc po chleb składakiem Wigry 3 — woził ze sobą: zapasowe obręcze, dętki do klejenia na ciepło, imadełko do łańcucha, ściągacz do korb, zestaw kluczy imbusowych i dynamometrycznych, zapasowe szprychy.

Kilka kropel popuściłem, nasmarowałem, zakręciłem, przetarłem szmatą — i już, w ciszy lekkiego szmeru dobrze smarownych mechanizmów, mogłem bez przeszkód nawiązywać Kontakt, dumać nad wszechświatem i naszą i chleba na czas – nieistotnością.

Tak, nie smarujesz nie jedziesz, dlatego wszystko się smaruje — scyzoryk, zawiasy w drzwiach, urzędnika, łańcuch, silnik.
Gdzie nie spojrzysz, w całym Kosmosie — oliwi się i smaruje, a oleje zmienia.

Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, ale nawet smażalnie we Władku czasem zmieniają olej do smażenia frytek.
I tylko w Serwisie Autoryzowanym Samochodowym, do którego kiedyś zajechałem, żeby mi profesjonalnie wymienili olej w skrzyni biegów — w końcu są Autoryzowani! — powiedzieli, że w skrzyni biegów automatycznej oleju się nie wymienia!

— A w silniku, też nie? — chciałem jak gwiazda zabłysnąć.
— A nie, to tak, ale co 30 tysięcy — zostałem szybko, jak czarny karzeł, zgaszony.

Nowość!

O ja głupi! Zostałem gdzieś w prehistorii technologii, gdzie się olej co 10 tys. zmieniało.
Ileż czasu i kasy zmarnowałem na te niepotrzebne serowisoleje zbyt częste.

Coś w tym chyba musi być, bo technika na cywilizację mocno napiera.
Nieubłaganie i niepostrzeżenie.

O, à propos niepostrzeżenie — „Co roku niebo staje się wyraźnie jaśniejsze”, donoszą naukowcy z Centrum Badawczego Nauk Geologicznych GFZ!
Liczba gwiazd, które można dostrzec gołym okiem — np. przy piwku, z dachu albo przez szyberdach — dramatycznie maleje.
Dzieje się tak dlatego, że nocne niebo staje się coraz bardziej zanieczyszczone sztucznym światłem.

Kiedyś (wtedy, jak jechałem rowerem Wigry 3) tak nie było. Gwiazdy było widać — i smarowało się to, co się ma ruszać.

To były Stare Dobre Czasy — tak samo dobre jak te, kiedy „wylądowałem” w listopadowo pustych Bieszczadach.

Od Sanoka jechałem drogą, a ta z biegiem czasu i kilometrów coraz bardziej ciemniejąc, pustoszała, by na koniec, gdzieś w całkowitej głuszy, na dobre opuścić cywilizację.
Kiedy całkiem pozbyliśmy się Ziemina i ich produktów nietrwałych, wysiadłem na nocny chłód, światła samochodu zgasły, a kiedy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, okazało się, że jest tak ciemno, że aż jasno.
To gwiazdy tak mocno świeciły — i nie widziałem nigdy wcześniej, nawet na rowerze, ani jak dostałem w głowę z półobrotu — i chyba nie zobaczę już nigdy więcej – takiego nieba.

„Jeżeli bylibyśmy sami we Wszechświecie, to byłoby to straszne marnotrawstwo przestrzeni” — pomyślałem, cytując dr Eleanor Arroway z Kontaktu,
i oślepiony nagłym tym cytatem, wizją, która z niego wynikała, oraz ilością punkcików na niebie — pojechałem dalej, szukać jakiegoś wyszynku, bo to opić i w rozmyślaniach się zatopić.

Nie było łatwo coś znaleźć — wszyscy po sezonie opuścili już tę głuszę.
Wiedziony mym zawodnym nosem, kiedy przedzierałem się w pełnym kamuflażu przez knieje, wyczułem w końcu dym z ogniska palonego jałowcem, gdzie wesoło na gitarze grupa harcerzy śpiewała szanty.

Ok, no dobra — trafiłem, bo szyld podświetlany był przy drodze, no i koślawy stał drogowskaz.
Bezcenną wskazówką okazały się też światła w oknach i dym z komina.

Wchodzę — niezamknięte. Ale to jeszcze nic nie znaczy.
Patrzę w głąb — nie dość że niezamknięte, to otwarte.
Knajpą okazuje się to sioło, i dobrą bo pierogi są, a wódka zimna jak wzrok gospodyni na mój widok.
:Kiego tu licho niesie po nocy i po sezonie. Skaranie, znów Wó-De będą pić:.

Cóż, skoro tak przewidziała, to nie chciałem jej zawieść.
Trochę też zmiękła, gdy okazało się, że jestem wypłacalny.

I tak od słowa do słowa, przy kominku, gdzie skwierczały polana, od pierogów ryskich z omastą i zimną Wó-De w 40 mln porcjach polaną.
przez dzikie polany i gwiazdy z nich widziane (i te inne, co już w Warszawie), przez gór połoniny, zieloność krzaków, jeziora i lasy,
przeszliśmy w rozmowach z właścicielem do Forresta… ups… pardon’t, Gump — do Forestera, Subaru.

To auto — takie starsze, podwyższone kombi. Kiedyś nie było SUV-uff i innych wynalazków.
Albo miałeś sedana, coupé, kombi, terenówkę na ramie, albo Forestera — takiego mutanta, mieszankę zombi z kombi i małym SUV-em, z napędem na 4 koła.

Potem, z biegiem lat i pilnego słuchania klientów, z pokracznie pięknego, trwałego, dzielnego i niezniszczalnego pojazdu, zrobili nowomodne suv jeździło,
tak różne od innych, że podobne do wszystkich.
Lecz to na inną okazję historia.
Wtedy i tamto — to było genialne auto, z doskonałym, pancernym, niezniszczalnym silnikiem.

Historie — jak wódka — płynęły wartko.
Jakie to nasz dzielny Forester terenówki nie wyciągał z zasp, bo kiedyś w zimie to śniegi bywały po powały!
Jakie bory i lasy przejechał pod górkę, jakie kuligi ciągnął, i nawet chyba Gierka widział, a jeszcze jedna „setka” to wyjdzie, że i wiózł.
I teraz to nie to, co przed wojną!

— A co z tym Foresterem się podziało? Gdzie on teraz pięknie wymuskany stoi, pod jaką plandeką czeka na lepsze czasy? Bo takie auto to skarb — zapytałem, wzruszony tą piękną historią i czynnikiem smarującym 40-procentowym, wprowadzonym do organizmu.
— Nie masz ci go już, nie masz ci go! Silnik w nim padł tak, że nie opłacało się robić.
— Silnik padł? W Foresterze? To przecież nie jest możliwe!
— Ano padł, oleju nie zmieniłem na czas i kaput.
— Ale nie zmienić oleju to jeszcze nie taka tragedia, można dolać i zmienić potem.
— Hmm, tak… no… chodzi o to, że ja oleju w nim nie zmieniłem… nigdy.

2 myśli na temat “Wó-Da

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑