Szosanna na szosowości

235/365 #szosopasta na 1224 słowa, 6 minut czasu czytania.

„Położyłem się wieczorem i obudziłem się rano.”
To jest jedno z najpiękniejszych zdań świata. Jak mogłem tego przedtem nie zauważyć? Ile razy wypowiedziałem to zwyczajne, proste zdanie, nie zdając sobie sprawy, nie wiedząc – jak ślepy – że to przecież opisanie cudu.

I nie bez powodu tak zaczynam.

Kiedyś, wyruszając w swą zimową trasę, w Monachium (precyzuję: Mona Chium), tym arcydoskonale zorganizowanym bawarskim miasteczku gdzieś w okolicach Alp, zamknęli lotnisko – co nie wydarzyło się tam od 300 lat.
Gospodarze i browarzy, już chyba czas otwierać swe gospody i stragany na szlaku poprowadzonym do Szwecji przez zamarznięty Bałtyk!

Zima tamtej jesieni nie zaskoczyła Drogowców. Kiedy zobaczyli, co się dzieje za oknem, odpalili swe maszyny, narobili w nich popcornu, usiedli wygodnie i oglądali przednie widowisko.
To jedyne, co mogli w tym czasie zrobić, gdyż wszelki trud jest daremny.
Przepalanie ton paliwa (czy – jak w Nowym Jorku – kilowatów w pługach elektrycznych, które i tak na koniec z zasp muszą wyciągać diesle), odsypywanie tego, co pada – bez sensu jest i „nie nada”.

Za odgarniającym pługiem naczelnym musiałoby przecież jechać kilka satelitarnych pługów pomocniczych, które załatwiłyby się z tym, co napadało chwilę po jego odpłużaniu.
A i tak, po ich przyjeździe, byłoby tak samo jak przed.

Pojechałem w tę trasę, po odśnieżaniu zasapany, a po pachy zasypaną.
Ruszyłem miksem dróg o różnym stopniu nieodśnieżania – od lokalnej osiedlowej, poprzez leśną, krajową, międzystanową, aż po autostradową – a i tak wszystkie jednakowo nieodśnieżone.
Moja trasa była, jak to mówią do żołnierzy ich przełożeni: od domu aż do godziny 18.
I w całości na oponach Allsezon, nazywanych różnie – całoroczne, wielosezonowe, gówno nie opony – jak coś jest do wszystkiego, to jest do dupy.

Teraz ostrzegam: jeśli ktoś tu jest świeżo po zawale, miał jakiś przeszczep, wylew, wypływ lub aviso z urzędu, albo zwyczajnie wczoraj pił i jest jakiś taki strachliwy, wszystko go przeraża i jakoś tak się czuje wczorajszym – niech uważa.
Poniżej mogą występować elementy horroru, hardkoru, hogwardu oraz wysiłku fizycznego.

Było tak: po odśnieżeniu trzech pojazdów w końcu natrafiłem na swój. Przydała się mi ta zaprawa – po nabraniu wprawy i techniki zacząłem w końcu wyprzedzać opady, wygrywać z żywiołem i już po trzech godzinach byłem tak szybki, że udało się odśnieżyć nie tylko szyby, ale i karoserię.
Nie zwlekając – ruszyłem.

Tu wniosek racjonalizatorski do zapamiętania na przyszłość: zaczynać odśnieżanie od tablic rejestracyjnych.

Jazda po drogach przypominała jazdę po alpejskim stoku z przeszkodami slalomu giganta i kopalni odkrywkowych, przykrywających lodowisko. A całość nigdy nie ratrakowana.
Początkowo cztery wyryte w białej nawierzchni ślady sugerowały kierunek przemieszczania się, a próby wyprzedzenia tych, którzy po nich udali się na sobotnie zakupy, były niczym przebijanie się wodolotem przez wzburzone fale.
Niebezpieczne, powoduje mdłości, buja poprzecznie i wzdłużnie, od choroby lokomocyjnej po podłodze chodzą pawie.
Ale innego wyjścia nie było.
Ci, co nie bacząc na okoliczności przyrody – optymistycznie, z musu lub zwyczajnie z głupoty – udali się ze swych wsi po dyskontprowiant do miast, poruszali się z prędkością Korzeniowskiego na mecie.

Żeby w ogóle gdzieś dojechać, musiałem stosować na nich technikę „Wodolot”, inaczej chyba bym się cofał w czasie i przestrzeni, a śnieg dopadłby mnie swymi opadami.

Tym, co niezwykle mnie zdziwiło, było to, że te całoroczne opony spisywały się w tych warunkach dokładnie tak samo jak najlepszej klasy zimówki!
Dokładnie tak samo słabo.
Posuwałem się do przodu – cały czas w dokładnie kontrolowanych poślizgach. Buksowałem na zbyt ubitym lub zbyt kopnym śniegu i nie miałem nawet złudzenia przyczepności, ale… co zdziwiło mnie niebywale – opony jakoś dawały sobie radę.

Skoro tak napieprza, że nie widać różnicy – to po co przepłacać?

Owszem, trzeba mieć świadomość ich ograniczeń – brak trzymania bocznego, kompromis w bieżniku – i technikę trzeba mieć, ale przede wszystkim lubić tę zabawę.
No i zamiast nerwów – dobrze mieć tytan, przyda się też prywatny pojazd terenowy 4×4 z wyciągarką, jadący z nami, za nami, w razie „jakby co”.

Jechałem. Godziny mijały, a warunki – z kilometra na kilometr – tylko się pogarszały.

Najpierw, niczym w Krainie Lodu, było biało, i tym białym gównem ciągle sypało.
Potem doszedł do tego jakiś deszczośnieg. Drogi nieodśnieżone zamieniły się miejscami w pokryte breją i falami nierówne okopy na froncie pod Verdun, a na koniec z pomocą nadeszła zamarzająca w locie mżawka, która spacyfikowała mi wycieraczki.

Opadając z iście stratosferycznym chłodem, na końcowym etapie zamarzała, zwiększając wagę mego osobowego pojazdu do masy przeładowanego tira.
To doskonale – masa daje większy docisk, a spojler w moim kombi odpadł już jakiś czas temu.

Nadal jechałem, a Zeus musiał się nieźle bawić tam w górze – boskie zakłady obstawiano wysoko – bo do stawki i mżawki dorzucono coś jakby mgłę i zmierzch, które już całkowicie zmusiły mnie do przełączenia się na wszystkie pozawzrokowe zmysły.

Wyłączyłem radio, żeby lepiej widzieć – i jechałem. A trudność przemieszczania się wzrastała wykładniczo
(nie wiem, co to znaczy, ale fajnie brzmi).

Autostrada, na którą w końcu się przebiłem, była idealnie płaskim, białym, ciągnącym się po horyzont pasem startowym, na którym mogły lądować transgalaktyczne okręty.
Coś w stylu:
„Steergard postanowił lądować, uczyniwszy wpierw Hermesa kometą. Kadłubowe kingstony, rozwarte wzdłuż burt, zaczęły toczyć ze zbiorników pianę, która, rozdmuchiwana zastrzykami gazu, otoczyła cały okręt wielkim kokonem nieregularnie skrzepłych bąbli…”

Mając na uwadze, że nadszedł czas testu autostradowego – a zapewne nie została ona specjalnie przygotowana na mój przejazd, a te mijane w rowach auta oraz na poboczach to nie są statyści, tylko raczej optymiści, co zapierdalając po 150, wierzyli w moc nowoczesnej technologii – jechałem w pełni skoncentrowany.
Do tego stopnia, że stałem się jednością z maszyną.

Wyczuwałem każdy niuans, mikroruch, odchyłkę bezwładności mierzoną w ułamkach i milimetrowy uślizg – nawet tyłka na fotelu.
Byłem jak Robocar. Zostałem częścią samochodu, drogi, śniegu i przestrzeni.

W totalnej koncentracji, gaz naciskałem tylko siłą podmuchu powietrza – niczym od ruchu skrzydłem motyla. Kierownicę muskałem opuszkami dwóch palców. O hamulcu dawno już zapomniałem, a prędkości redukowałem tylko oporami powietrza.

Każdy, każdy ruch był minimalnym, lecz maksymalnie przemyślnym elementem długiej sekwencji w partii szachów z arcymistrzem, którą zamierzałem wygrać.
A powietrze aż gęstniało od mojej koncentracji, energii i adrenaliny, która musiała W TAKICH WARUNKACH buzować w kabinie niczym tornado.

Panowała cisza absolutna… chyba, bo ja – totalnie skoncentrowany na drodze, z oczami utkwionymi w szybę – nic nie słyszałem i mogłem sobie tylko wyobrażać ten strach i przerażenie jazdą w takich warunkach.

Nie jechałem sam, a obok siedząca kobieta musiała przeżywać katusze!
To musiało być niewiarygodnie wręcz, totalnie traumatycznie stresujące – tak jechać na bocznym siedzeniu, zdanym w tych warunkach jedynie na cudze umiejętności!
Strach, przerażenie, frustracja – ale i być może też ciut uwielbienia dla techniki, stylu, umiejętności i zimnej krwi kierowcy?

Tylko domyślałem się tego. Nie mogłem oderwać oczu od drogi. Jeden pochopny, niewłaściwy ruch – i nieszczęście gotowe.
Lecz w tej, chyba ciszy, podprogowo, pozazmysłowo wyczuwałem wszystkie potężne emocje, które targały osobą obok – M. (kryptonim: „Żona”).
Musiała być przerażona… ale – no, kto by nie był?
Każdy by był. I jestem pewien, że w tej nabożnej ciszy, w skupieniu, trzyma za mnie kciuki i jest dumna, że tak sobie doskonale radzę!

Bo dałem radę.
I sukces zwieńczył to dzieło!
Autostrada została pokonana! Powoli zjeżdżałem w bok zjazdem – kontrolowanym bocznym poślizgiem.
Po 45 minutach bezdechu zaczynałem oddychać, ocierając z czoła pot (reszta płynów wsiąka w dywanik).
Krzyczę i tańczę w myślach hakę i już mam zawołać:
– O ja cię… WIDZIAŁAŚ, JAKA BEZBŁĘDNA JAZDA!?

Kiedy z bocznego siedzenia słyszę jakieś dziwne mamrotanie.
Po czym – po wygodnym obróceniu się na drugą część tej części, w której plecy tracą swą szlachetną nazwę – słyszę smaczne chrapanie i dalsze jak gdyby nigdy nic, spanie.

3 myśli na temat “Szosanna na szosowości

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑