#szosopasta na 860 słów, 4 minuty czytania.
Niedawno trafiłem w miejsce przedziwne, fascynujące i egzotyczne.
Byłem tu już kiedyś, bardzo dawno temu, ale wtedy nie było tak pełne feerii barw, przy której paw musiałby pójść na terapię; dźwięków klasy Narodowego Stadionu; i zapachów mogących złamać najtwardszego wyjadacza, który wyjadł już wszystko, co nawet Makłowicz miał do zaoferowania.
Miejsce, gdzie kobiety w hijabach, chadorach, abayach czy innych cuchach, legginsach i gorsetach przepychają się między brodatymi autochtonami w portkach pikowanych i kapotach haftowanych.
A wymieszani przybysze nieśpiesznie, w sportowym obuwiu, mieszają się z rodowitymi mieszkankami w chustach.
W tym przedziwnym tyglu kultur, form, rodzajów, ras i gatunków.
Kosmicznie kosmopolitycznie zrobiło się jakby.
Ale wrócimy do tego później.
Na razie tam jadę, i mimo że weszliśmy w porę deszczów, a ogromny grafitowy ołówek szykuje się, by kreślić ukośne linie wody w powietrzu, jest już nierano, parno i ciepło.
Podnoszące się mgły, panoszący naganiacze, pasące stada zwierzyny i ogólnie słaba widoczność nie przeszkadzają w widoczności przemyślnie poprowadzonej linii wielkopowierzchniowych przydrożnych reklam.
Opisano na nich językami świata, w których ja nie umiem nawet milczeć, jakie cuda czekają tych, co wytrwają i do końca kilkunastu kilometrów wąskiej drogi dotrą.
Tak — ktoś tu zadbał o rozmach. Marny graczu — nie masz szans przeoczyć; kiedyś tej wielkości budowano wieżowce mieszkalne.
Przyroda nieudolnie próbuje konkurować z tymi atrakcjami, ale co ona może? Przegrywa. No i dobrze.
Pogoda tu zmienna jest, mgły często przetykane niskimi chmurami, i przeważnie, gdyby nie reklamy, nie byłoby na czym oka zawiesić — i raczej nikt w to miejsce nie przyjeżdża dla jakiejś przyrody.
Przygody!
Niemal od razu, zaraz po zjechaniu z drogi ekspresowej, widać gruntownie przemyślaną strategię marketingową tego niesamowitego zakątka.
Masz tu wszystko – od zabiegów powiększających biust, oraz środków na porost włosów, przez reklamę woskowego muzeum z królową Elżbietą i pingwinami z Madagaskaru, po minizoo.
W napisach nierzadko arabskich brodaci panowie reklamują też – no jak nie jak tak – lokalne przysmaki: pizze, kebaby lepsze niż w Turcji, a nawet serniki regionalnie oryginalne.
Ech, szlak – tak, zdradziłem się zbyt wcześnie, bardziej uważny czytelnik już wie: trafiliśmy na Bliski Wschód.
To niesamowite, jak tu na tych… jak wiem? — piętnastu kilometrach drogi? — teoria reklamy, co dźwignią jest handlu, przechodzi w praktykę najwyższych lotów.
Myślę, że ta niedociągnięta trasa ekspresowa, przechodząca w ciasną, długą, wiecznie zakorkowaną lokalną, to specjalny zabieg, by można było, ciągnąc się tępo żółwim tempem, zapoznać, zapisać i zapamiętać te wszystkie atrakcje, które już, już za chwileczkę, tuż za zakrętem na nas czyhają.
Ale dość o tym, bo jest. W końcu jest!
Dotoczyłem się do miasta.
Pozostaje już tylko, powiem to nawet ja – mistrz parkowania tyłem – z niemałym trudem, odnaleźć miejsce parkingowe i udać się na ten słynny, na cały świat, pasaż — ulicę, która od jakiegoś już czasu jest też Parkiem Kulturowym i objęta została ochroną konserwatorską.
Wszystko tu jeden ma cel: zachowanie historycznego i kulturowego charakteru głównej ulicy wraz z jej zabytkowymi budynkami i krajobrazem.
Miejsce to – pełne pradawnej kultury i sztuki ludowej – ma w zamyśle chronić zarówno oryginalną architekturę, jak i bogatą tradycje oraz cudowną atmosferę tego miejsca, będąc jednocześnie przestrzenią dla turystów i lokalnych wydarzeń kulturalnych.
I bardzo dobrze ją chroni.
Od razu rzuca się w oczy, z jak niewiarygodnie dużym wysiłkiem udało się tu poukrywać te perełki kultury i sztuki — w przemyślny sposób skryte za powierzchowną fasadą byle jakości, bezguścia i kiczu.
To jest niesamowite, jak działaczom udaje się uchować cuda przeszłości, a jednocześnie połączyć je ze straganami z lokalnymi wyrobami sprowadzonymi bezpośrednio z Chin.
Tu gdzie trwa ciągła sprzedaż dewocjonaliów obok pluszaków i plastikowych mieczy świetlnych – synkretyczny bazar, gdzie sacrum i profanum dzielą jeden stolik.
Ukryć za tandetą, a jednak zachować różne elementy starodawnej kultury, utknięte między walącymi po oczach fioletowymi neonami bawialni dla dzieci – to najwyższa ze sztuk.
Niemal pochować ją pomiędzy restauracjami serwującymi pizze, w których panie w czarczafach pospołu z ubranymi luźniej, ale w czapkach, Skandynawkami — którym wszędzie ciepło — wcinają margerity, aż im się chyba uszy trzęsą.
Obok nich zapiekanki gigant zajadają wytatuowani i wysportowani młodzieńcy z fryzurami na zero i tradycyjną torebką.
Kebaby „lepszy niż u mamy” szamają szlachetni, ubrani w tradycyjne stroje woźnice, a po lokalne „wariacje na temat egzotycznych owoców w serowych plackach” stoi kolejka dłuższa niż po meblościankę za komuny.
Niestety, nie byłem tu długo, nie mogłem więc dotrzeć w każdy bijący blaskiem neonów zakątek, spróbować tych słodkości z salonów Pałacu kultury wielkości, czy innych stylizowanych na lokalne przybytków w przybudówkach.
Cóż, taka praca, ale choćbym był i tydzień, wiem — nie nudziłbym się ani chwili pomiędzy tymi wielkoświatowymi atrakcjami.
I tylko wyjeżdżając, kiedy mijam napis:
ZAKOPANE ŻEGNA, WRÓĆ NIEBAWEM! — nachodzi mnie refleksja: „Wróć? No, ba. Na pewno…”
Na pewno… wolę otworzyć sobie brzuch zardzewiałym widelcem w nieudolnej próbie popełnienia 切腹, niż tu wrócić.

Chciałabym tam być.
PolubieniePolubione przez 1 osoba