Kroniki War Z

Nota prawna

Projekt inspirowany książką Maxa Brooksa World War Z.
Utwór niepowiązany z autorem ani jego wydawcą.
Wszystkie postacie, wydarzenia i miejsca są fikcyjne i jeszcze się nie wydarzyły.

Wstęp redakcyjny

Piętnaście długich lat, a raczej zim.
Tyle trwało umęczone milczenie tej części świata — długie, ponure, przerywane wyciem zwłogów i wiatru.
Lat wypełnionych zawziętą walką, głodem, śmiercią, trzaskiem kości i lodu na zamarzających kablach.
Piętnaście lat walk, cierpienia, spustoszenia i wyniszczenia.

Dopiero teraz, gdy radioaktywny pył po wymianie ciosów Pakistanu z Iranem wreszcie opadł, a z reaktorów porzuconych elektrowni przestał unosić się dym, możemy myśleć dalej niż do najbliższego zmierzchu.

W końcu pozwolić sobie nie tylko na ulotną nadzieję, ale czynić stabilne plany.

Zwłogi [popularna polska nazwa Zombi z połączenia słów zwłoki, zombi i zagłada – przyp. red.] — Zło, które pod postacią zombi wypełzło ze szlamu zalanych wsi  chińskiej tamy — zostały wytępione na tyle, że znowu śnimy sny, a nie tylko walczymy o przetrwanie, dobijając siebie nawzajem, by oszczędzić losu gorszego niż śmierć.

W końcu my, resztki dawnej redakcji, wróciliśmy do pracy gdyż wciąż wierzymy, że słowo ma sens.

Nawet jeśli wydrukowane na papierze-odpadzie, odrzuconym przez wojsko jako nieprzydatny, i jeśli prezentujemy je tylko na rozpikselowanych ekranach z odzysku.
Tak naprawdę, zawsze chodzi przecież o treść nie formę.

Pamiętamy – kiedyś byliśmy gazetą, głosem, informacją – i teraz znów chcemy się nimi stać.

Odkąd tylko się da, ze strzępów informacji, odbić stratosferycznych fal, krótkofalarskich pisków i urywków zasłyszanych rozkodowanych meldunków wojsk, próbujemy opisywać dla was świat: najpierw jak walczył, potem jak wygrał i teraz jak się rodzi ze zgliszcz.

I w końcu, kiedy przydziały prądu się zwiększają, UPS-y mogą pracować krócej, a kolejne podniebne pociągi satelitów zaczynają służyć ludzkości – znów możemy poszerzyć działalność i uruchomić sieciowy portal.

Prosząc was o przysłanie świadectw, listów, wspomnień i ulotnych myśli z tych mrocznych lat, nie przypuszczaliśmy, że będzie aż taki odzew.

Wiele tygodni, wstrząśnięci, czasem ubawieni, otwierając oczy szeroko z niedowierzania, zawsze ze łazami i ściśniętym gardłem — siedząc nocami — czytaliśmy to, co do nas przysyłaliście.

Nie chcemy jednak wracać do czasów najgorszych.
Czasy ukorzenia, ucieczki i bólu minęły – oby na zawsze, i ran tych nie będziemy sypać solą.

Niech spisane – zamknięte za potężnymi, antyatomowymi drzwiami bunkroarchiwów ONZ – zostaną tam bezpiecznie, jako świadectwo dla potomnych.

Tu i teraz – w naszym cyklu – przedstawimy wasze relacje, zwykłych ludzi.
Ludzi którzy widzieli tych, dzięki którym możemy oddychać, żyć i pisać.
Dziś jesteśmy pamięcią — i próbą ocalenia pamięci o tych, którzy sprawili, że w ogóle jeszcze coś się odradza.

Uruchamiamy internetowe — „Kroniki War Z”.

„Na pierwszy ogień” idzie ten, dzięki któremu Polska nie jest białą plamą na mapie jak martwa Islandia – gdzie nie świeci już nic, prócz zorzy.

Legenda który zatrzymał Upadek na linii Wisły – Generał.

Nota redakcyjna

Redakcja „Kronik War Z” działa w oparciu o pozostałości dawnej infrastruktury informacyjnej.
Nasza siedziba znajduje się w dawnym schronie pod kompleksem radiowym na obrzeżach Krakowa — po tej „dobrej stronie Wisły”.

Zasilanie zapewniają agregaty prądotwórcze, panele słoneczne z odzysku oraz, wciąż zawodnie, działająca sieć energetyczna.

W skład zespołu wchodzą byli dziennikarze, technicy, operatorzy, a także ci, którzy po prostu pamiętają jak pisało się słowa, zanim zaczęło się nimi handlować.
Ci, którym udało się przeżyć.
Jest nas niewielu.

Powszechny Internet — w ograniczonym zakresie — przywrócono miesiąc temu.
Czy to wystarczy?
Musi.

Nie da się, jak kiedyś, zaśmiecać serwerów niekończącymi się rolkami o niczym – potrzebne są one wojsku, tworzącej się administracji i odnawiającej się Polsce.
Ale do komunikacji — w sam raz.

Celem naszej akcji jest ocalenie ludzkich historii, zanim ostatecznie zamilkną klastry pamięci biologicznych serwerów, na których zostały umieszczone.

Dlatego: Każdy, kto posiada świadectwa, wspomnienia lub nagrania dotyczące bohaterów odbudowy, może przesłać je do redakcji przez stary kanał transmisyjny pod adresem: /kroniki/wwz/red/

Materiały będą weryfikowane, sprawdzane, redagowane i w miarę możliwości – zamieszczane. 
Redaktor dyżurny: K. S.

Odcinek inauguracyjny: „Generał” — Prolog

Świadectwo 1: Szeregowy Piotr Kowalik

„W odpowiedzi na prośbę redakcji przesyłam moją historię. Nie wiem czy się nada, ale tak było.
Szeregowy Piotr Kowalik.
Czy znałem Generała? Nie, ale o nim słyszałem, jak wszyscy.

Wisząc w chamkach, rozpiętych wiele metrów nad ziemią, słuchając wycia wiatru, wpatrując się  w ponuro szary krajobraz bez przyszłości, drżąc z zimna (nikt się nie przyzna, że i ze strachu) karmiąc naiwną nadzieję, szeptaliśmy do siebie zasłyszane opowieści [„zwłogi” nie mogą wspinać się na drzewa, a szepty nie przyciągaj ich uwagi – przyp. red.].

Chodziły słuchy, że ma dwa i pół metra wzrostu, a taki jest potężny, że mimo to łatwiej go przeskoczyć niż obejść.

Że jest pół maszyną pół człowiekiem, z krzemową sztuczną inteligencją wspomagającą synapsy.

Że nie musi sypiać, a podpięty pod komputerowe łącza G2 najwyższej klasy wojskowej jest wstanie dowodzić i koordynować walkę na całej Lini Opór Wisła.

No, tego typu rzeczy. Na lini frontu, po Ucieczce a potem, na Ziemiach Odzyskanych, w tych czasach horroru i Śmierci bez rozkładu była nam potrzebna każda najmniejsza dawka supermocy, nawet jeśli gdzieś tam, w głębi duszy, wiedzieliśmy, że to bzdury.
Szczególnie tym młodym, szczupło zastępujących kruszące się szeregi ludzi zasilających rzesze zombi.

Aż, nadeszła wiosna, coś jakby jaśniejsza niż te wcześniejsze?
Popiołu było mniej w powietrzu, częściej widać był błękit nieba
.
To było już po wojnie. Oczyszczaliśmy bagna biebrzańskie.
Piękny teren.
Straszna robota.

Zaraza siedziała tam wszędzie — w wodzie, między drzewami, no i najgorsze — w bagnach.
Oczyść takie bagna.
Jak zwykły człowiek, nawet wyposażony w wodery, ma tam wejść, znaleźć i odmóżdżyć zwłola?
Dobrze byłoby wrócić przy tym żywym.
A dynamit nie zabije czegoś co nie żyje.

No, ale ktoś musiał to zrobić, robiło się coraz cieplej, zwłogi znów się wyroją, i wysiłek tych co przeżyli psu na budę.
Byliśmy weteranami bitwy o Wschodni Brzeg [Wisły. Po ustaleniu linii odcięcia i ewakuacji na całej długości Wisły – przyp. red.].

Ci słabsi już dawno zginęli.
Zostali tylko najtwardsi, najsprytniejsi i urodzeni pod szczęśliwą gwiazdą.
Misja była zakrojona na dwanaście godzin dziennie. Zmienialiśmy się sukcesywnie, praca szła sprawnie.

Zlokalizuj, przebij, odetnij, rozwal ten mózg i kolejny [umarłe zombi „giną” tylko po uszkodzeniu mózgu].

Chociaż tyle, że dostaliśmy dobre dane wywiadowcze, zwiad dronami z najnowszym systemem wykrywania zombi dość szczegółowo pokazał, gdzie i ilu ich jest.

Ale jednego nam nie pokazali — zresztą nie mam pretensji, nie mieli jak — ilu się ich wyroi z dna po zruszeniu pierwszej warstwy.

Było nas dwunastu, a ich — nagle – setki. Coraz bardziej pobudzone, coraz łatwiej ruszające się, gdy wychodziły z grząskiego błota.
I to wycie… Niby piętnaście lat, był czas przywyknąć — nie przywykłem.

Przenikające do szpiku kości, podnoszące włosy na głowie.
Nagle, mimo że pracujesz w pocie czoła i całego ciała — lodowaciejesz, a mróz przeszywa serce.

Przyparli nas do rzeki, też jeszcze nieoczyszczonej. Wiedzieliśmy, co w niej siedzi, dlatego cofaliśmy się powoli, zaciekle walcząc. Kiedy dojedziemy do brzegu — ani kroku w tył.

Nie tak to miało wyglądać! Nie tak! Zwłogi miały być łatwym celem — zmrożone po zimie, owinięte całunem grząskich bagien!
Teraz, kiedy mieliśmy sprzęt, wiedzę, doświadczenie – łatwa robota.

A tu? Cofaliśmy się, zadając naszymi Kosami duże straty, ale ich było coraz więcej.

Wojtas, nasz radiooperator, wezwał posiłki. Ale czy ktoś usłyszał „wołanie na puszczy”? Byliśmy daleko poza zasięgiem, a kolejny pociąg [satelity z łącznością internetową] miał przelatywać… póżniej.
Oby nie za późno.

Zlewani potem, na zmianę odmóżdżaliśmy wroga, oglądaliśmy się za siebie, by oceniać ile dzieli nas od rzeki, i patrzyliśmy w stronę słońca, oczekując, że — jak z plakatu Apokalipsy — nadlecą helikoptery.

Poza wyciem zombiaków słychać było tylko sapanie, jęki i świst Kos.
Kiedy od brzegu dzieliły nas już tylko metry, słońce stało wysoko, a helikoptery nie nadleciały — wiedziałem, że to koniec.
Kurwa! Piętnaście lat udręki, walki, cierpienia, patrzenia na śmierć — i tak skończyć? W bagnie?

Bać przestałem się już dawno. Ile można się bać?
Łzy wszystkie też już przelałem wiele lat temu. Było na co.
Zostało kląć.

I… tak, kiedy została nas już tylko garstka, kiedy przed samym nosem zobaczyłem oblepioną błotem twarz bez oka, z urwaną żuchwą i wiszącym na płacie skóry uchem… tak, zakląłem i zesrałem się.

Nie wiem jak. Pierwszy raz w życiu. A były lepsze okazje.
Tak, spompowałem się w gacie jak dzieciak!

Ale nie myślałem już o wstydzie.
Mój smród… przy tych chodzących, pełzających, ciągnących się setkach zwłok — niezauważalny drobiazg.

Szykowałem się już na śmierć, na wieczny odpoczynek bez „racz nam dać, Panie”, kiedy nagle wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko.

Obłąkańcza wariacja na temat ludzkiej twarz przede mną od jednego celnego strzału nagle rozpadła się na kawałki, potem wybuchały kolejne.
100Pach101Pach102Pach103Pach… jak metronomem zasilanym tytanem, bocznego zapłonu, w sekundowych odstępach.

Kiedy przedpole trochę się oczyściło, wpadł między nas jakiś czarny upiór.
Patrzyłem jak niepotrzebny w bliskim kontakcie karabin przerzuca przez pierś.
Czas na pistolety — i znów, z precyzją całej cholernej orkiestry wojskowej, strzał za strzałem, a każdy w celu.

My… staliśmy osłupiali, ostrza Kos na drągach opadły nam jak szczęki.
Byliśmy zahipnotyzowani — mogliśmy tylko stać i patrzeć.
Pistolety poszły w olstra, czas na stal.

Z pleców zdjął miecz.
Jakiegoś Claymore’a tam miał?
Mieczysław, praprzodek wszystkich mieczów, miał chyba ze dwa metry długości i ze cztery zasięgu.

I dalej ciął, miażdżył, ścinał, trepanował i dekapitował.
To była masakra.
A kiedy wyciął wszystko w promieniu 8 metrów, i podszedł już całkiem blisko, wyciągnął dwa miecze krótszego zasięgu.

Matko Częstochowska. Samurajskie miecze?
Musashi Miyamoto w końcu miałby godnego przeciwnika.

Czekałem co wyciągnie w kolejnej opcji oczyszczania: pilnik do paznokci?
Ile to trwało? Godzinę? Dwie?
Pięć minut.
Wszystko trwało pięć minut — i po chwili ziemię pokryły setki trupów, tylko już naprawdę martwych.
A my byliśmy uratowani.

To, że nie był sam, i razem z całym oddziałem eksfiltracji przybył, sam nie wiem: na spadochronach, pontonami, tratwą? dotarło do nas dopiero, gdy minęła ta hipnoza.

Oczywiście, inni chłopcy z odsieczy spisali się wspaniale, ale wtedy nie bardzo to do nas docierało.
Bo to był On. – Generał.

Później, kiedy wróciliśmy do miejsca podjęcia, już w helikopterze, usiadł naprzeciwko mnie — i jak ten Jack Reacher z przedwojennych filmów, wielki jak góra, tylko że prawdziwy — z jeżem siwych włosów i opaską na oku, poczułem, że coś strasznie capi. No… Śmierdzi.

Dotarło do mnie, że to przecież ja!
Do niego też to chyba dotarło, bo spojrzał na mnie, pociągnął nosem i głębokim, spokojnym głosem zapytał:
— Zesrałeś się?

Chciałem zapaść się pod ziemię. I gdyby to nie był helikopter z solidnego metalu, pewnie przebiłbym się przez podwozie i zarył te sto pięćdziesiąt metrów niżej.

Ale nie byłem w stanie powiedzieć słowa. Pokiwałem tylko znużony głową.
A… srał to pies, ważne, że żyłem!

— Zesrałeś się… to dobrze — powiedział, jakby do siebie, i położył mi rękę na ramieniu z taką mocą, że łamiąc chyba przy tym bark.

„To dobrze?” No, tego to nie zrozumiałem.

[Generałowi chodziło to, że dobrze że się nie zesikał. Sikanie jest całkowicie bezproduktywne i dowodzi utraty kontroli nad podstawowymi funkcjami organizmu. Co innego sranie: opróżnia jelita, przez co udostępnia mózgowi i dużym mięśniom krew do wysiłku i walki, która w przeciwnym wypadku zostałaby zużyta na mało istotny w danej chwili proces trawienia.
przyp. red.]

Jedna myśl na temat “Kroniki War Z

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑