Mego błędu wersje dwie

Pierwsza wersja przeznaczona jest dla hardcorowców, którzy mogą czytać, mają na to aż pięć minut, oraz dysponują odpowiednim czasem koncentracji.
Druga wersja przednaoczna jest dla tych, którzy też lubią czytać, lecz mniej i nie mają aż tyle czasu, bo im 1,5 godziny jakoś tak zleciało na Tik-Toku, niczym sekunda.


Mój błąd – Wersja 1


Bywają takie dni, kiedy budzisz się za późno. Niby nie jesteś jeszcze spóźniony, ale czas, którym dysponujesz, po tym, jak go roztrwoniłeś na spanie aż do 6 rano, raptownie się skurczył.
Jak twoje jajka na myśl o tym, co teraz „o kurwa” będzie.

Gdyż nie do końca wiadomo, co będzie, ale na bank wiadomo, czego nie będzie. Oj, nie będzie dobrze.

Bo Zaspano!


Właściwie to nie ja, to Ona – Żona, zaspała. Ale wina i tak jest moja.
No bo niby czyja ma być skoro zaspano na Jej pociąg (kolejowy)?

Dodam tu, że pociąg ten odjeżdża z (niebliskiego) nam miejsca kolejowego, i tak odległego, że po zerknięciu na zegar oraz szybkiej kalkulacji – jak w Polskiej Narodowej w Piłkę Reprezentacji – jasno wychodzi, że dojazd tam jest niczym wyjście z grupy – możliwy już tylko teoretycznie i matematycznie „na papierze”.

Jednak, jak każdy dobrze wie: my Polacy, na papieże jesteśmy lepsi niż inne narodowe reprezentacje (może poza Włoską i Watykańską).

Ale, co za różnica „rzy” czy „ży”?
Skoro mamy jakieś szanse, choć teoretyczne i na papieże , przecinam lamenty, wrzaski, piski, krzyki i darcia – jednym krótkim: Kuerwa, jedziemy!

Cisza, która po tym zapada, ciągnie się za nami do auta, a potem jeszcze chwilę… do momentu, aż olej w silniku osiągnął swą roboczą temperaturę, a skrzynia biegów została ustawiona na tryb „Sport”.

Jedziemy. Cisza przeradza się w uniesienie brwi, a im olej cieplejszy – w umoszczenie się zgrabnymi ruchami głębiej w fotelu, bieg wyższy – w sprawdzenie, czy pas jest dobrze zapięty, a przy redukcji i kontrolowanym hamowaniu – w zaparcie się po bokach o wystające elementy konstrukcyjne.

Rejestruję to jedynie kątem oka, zbyt skupiony na doganianiu straconego czasu.
Ale poza tym ogarniam wszystko.
Siedzę w zazen, a koncentracja ma większa jest niż najbardziej skoncentrowany pomidorowy koncentrat.

Bo jak się tu i teraz nie skupię, to jestem w du… zupie i zamiast doganiać czas na przestrzeni 40 km i pół godziny, będę musiał doganiać, na dłużej trasie i czasie ten cholerny pociąg.

O szkodach moralnych i w sprzęcie nawet nie myślę, nie ma tu tematu do dywagacji indorowych.
Rachunek jest prosty. Jakoś naprawić muszę ten mój błąd.

A więc Jazda!

Gdy pierwszymi zgrabnymi slajdami wyprzedziłem na kibica Kubicy jakieś zawalidrogi, przez dźwięki poezji śpiewanej w wykonaniu „Faith no More” słychać było jakby lekkie syczenie.

Mam dzikiego kota w aucie?

Kiedy szybko i zgrabnie, ale bokiem, wyprostowałem kilka krętych linii bez sensu wyrysowanych na drodze (przecież są tylko sugestią c’nie?), zgrabnymi zygzakami rozegrałem partyjkę drogowych szachów z porannymi entuzjastami Lidlowych zakupów (i nikt nie został poraniony) oraz wymusiłem kilka innych drobnych ustępstw drogowych, syk przerodził się w krzyk.

Ojej, ale po co te nerwy? To tylko wyprzedzanie na trzeciego czasem z prawej, lekki przelot nad rowem i ścięcie na zakręcie.

Teraz uwaga dla wrażliwych, gdyż będą wyrazy obraźliwe, dla przykładu, prawdziwe.
„Kurwa! Pozabijasz nas, a ja potem ciebie, ty pojebie! Mnie tu chyba pojebie! Co tu ty kurwa, o kurwa!”

I takie tam.
No wiem, wiem, różnie ludzie do siebie mówią w kochających się związkach. Nie dobierałem więc do siebie. Może to było takie czułe „… ciulu”

?
Hmm, czyli nie.

Jechałem i byłem w transie w tej trasie, w skupieniu tak wielkim, jak woda poniżej zera.

Kobieto, uspokój się, ja tu właśnie łamię granice możliwości, obalam teorie przyspieszeń, grawitacji, mechaniki kwantowej… i samochodowej” – myślałem, ale milczałem.

Szkoda było Mi_ zębów.

Patton śpiewał pięknie coś z radia, dlatego musiałem go pogłośnić. No naprawdę, nic nie słyszałem przez te krzyki, klęcia i zaklęcia, Mej pasażerki udręki i męki.

Ale o co jej chodzi, po co te jęki, nikt jej przecież nie wycina nerki?

Kiedy po 28 minutach i 34 sekundach łamania wszelkich możliwych reguł, kwasów i zasad (poza drogowymi oczywiście) i przekuwaniu wielkich fizycznych teorii w małą ale zgrabną praktykę, przybyliśmy pod dworzec.

I było jeszcze 1,5 minuty, żeby się umalować.
Nie bardzo to chyba może wyjść – pomyślałem patrząc – takimi drżącymi rękami i w stanie katatonii.

Ale… jak zwykle mężczyzna nie docenił kobiety.

Po obciągnięciu zamaszystym ruchem spódniczki, która, z powodu turbulencji pokładowych (za które państwa serdecz… nie przepraszamy) podeszła interesująco do góry, pobiciu mojego fotela z piąchy, porysowaniu tapicerki (hybrydowymi nożami taktycznymi umieszczonymi na paznokciach), przyłożeniu jeszcze z bani w zagłówek (tyłem z półobrotu)… zabrała się za czynności najważniejsze.

Makijaż kilkoma precyzyjnymi ruchami wyszedł idealnie.

A po rzuceniu: Nienawidzę cię gnoju, obyś miał flaka! I w kołach też! – na koniec wyjszła i zaakcentowało to zamaszystym jebnięciem drzwiami.

I jeszcze raz!
Na wszelki wypadek?

Kurde, jaki ten świat jest niesprawiedliwy. W pół godziny – nawet niecałe – obaliłem ze dwie nieobalalne teorie, a to nie jest flaszka… fraszka! Tego sam tak łatwo nie obalisz.

Rozegrałem arcypartię ultratrudnych szachów drogowych niczym Kasparow. I wygrałem.
Zdążyłem na czas, na pociąg, i jeszcze żeby się umalować!
I za to wszystko takie traktowanie?

Chyba usłyszała moje wgłowne rozterki, zobaczyła może to opadnięcie ramion i szczęki, bo zawróciła zgrabnie z czubku obcasa, wróciła, i mówi „Nie myśl sobie, dalej cię nienawidzę, ale jechałeś obłędnie!”

Mój błąd – Wersja 2

-Panie władzo, no… jechało się ciut za szybko, ale wie pan, ponoć zaspałem na żony pociąg, znaczy się odjazd pociągu. Mój błąd. Wie pan, żony!
-A tak, to wszystko wyjaśnia, można jechać.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑