Pamiętniki zabójcy „wiosenne zlecenie”

Dość już mam tej zimy. Tak, wiem, zlecenie jest na marzec, ale… czas to przyśpieszyć.

Knajpa była speluną, która przetrwała tu tylko dzięki dokerom, poławiaczom, spławiaczom i fanatycznym wędkarzom wpadającym po wrzątek.
Ciemne wnętrze dobrze kamuflowało braki w higienie i niepełne bywalców uzębienie.

Sprawdziłem broń — strzeżonego pan Glock strzeże — przeciągnąłem ręką po włosach, przetarłem twarz, poprawiłem kurtkę i wszedłem.

Czas do pracy.

W środku stoliki pamiętające lepsze czasy — kiedy lokal walczył jeszcze o Złotą Patelnię, a zestaw podstawowy był obowiązkowym — okryte pamiętającą tamte czasy ceratą w czerwoną kratę, z krzesłami obciągniętymi popękanym, beżowym skajem — do kompletu.

Widać, że dekorator zrobił, co mógł: „Pan udaje, że płaci, to ja udaję, że pracuję”.
Z plusów — przynajmniej jest nad rzeką.

Przy barze, na twardym, zbroczonym niezmywalną krwią tu poległych, stołku, siedziała Ona.
Moja dzisiejsza praca.

Wyglądała mizernie i słabo. Wycieńczone świadomością przyszłości takie byle co.

Westchnąłem bez politowania. „Świat schodził na psy”… Co za bzdurne powiedzonko.
Świat schodził na ludzi.

Odwiecznie nieokrzesani i brudni, już wykształceni ale nadal zabobonni, przesądni, i leniwi.

A ostatnio i miękcy.
Jak to szło?

Ciężkie czasy tworzą ludzi twardych,
twardzi ludzie tworzą czasy lekkie,
lekkie czasy tworzą ludzi miękkich,
miękcy ludzie tworzą czasy ciężkie?

I zamiast, jak dawniej, przez setki lat, wziąć sprawy w swoje ręce, załatwić, co w odwiecznym rytuale jest do załatwienia, i zrobić to szybko, sprawnie — po prostu: jak należy — wolą iść z duchem czasu, załatwiać się przez aplikację. Zrobić zbiórkę na darknetowym Patronite.

Mieć załatwione przez kogoś innego.
Ech… Wy… patronieni patroniusze.
Cóż, w rzyci to mam — żyję z tego przecież.

Wstępnie uderzony dymem jak siekierą, a smrodem niczym młotem, przebiłem się do wnętrza.
Wszedłem, a kiedy moje zmysły odzyskały swoje zmysły, zobaczyłem ją.

Siedziała w najdalszym kącie, przy barze, kolejną pijąc kolejkę, w lokalu lokalnych kolesi, co w wysokoprocentowej ciszy, dymie i zadumie czekali na lepszą przyszłość, o której wiedzieli, że nie nadejdzie.

Nie siadałem — stołek wielu i rozmaitych jegomości mościł, a nie każdy z niego wstał samodzielnie i świadomie.
Ze strachu, że się na czas nie odkleję, stanąłem obok.

Kiwnąłem barmanowi, zamówiłem piwo, stałem, piłem, milczałem.
A ona gadała.
Jak każdy rozgoryczony bywalec takich przybytków, co po wychylonym o jeden za dużo. Musi się wygadać.

Niech mówi.

Nie dziwiłem się. Ileż razy musiała już przez to przechodzić?
Nie osądzałem. Niech sądu dokona Pan.
Jestem zawodowcem.
Ja tylko organizuję spotkania.  

Chyba już dawno temu się rozgadała. Barman, sądząc z wyrazu twarzy, a raczej jego braku, miał to w zawodowo i niezawodnie utwardzonej dupie.

— Jeszcze jeden — rzuciła. — Jemu też nalej. Ciężko tak samotnie pić w takiej sytuacji.

Spojrzała na mnie z ukosa.
Skinąłem głową, dziękując nieznacznie, z przyzwoleniem.

— Kiedyś kimś byłam — mówiła przed siebie, może do mnie a może do swego upstrzonego odbicia butelek w mętnych, dawno nie mytych lustrach zabarowych. — Ludzie mnie na swój sposób szanowali, przynosiłam im ulgę, lepsze jutro, a przynajmniej nadzieję.
Byłam jak księżna! A teraz?

Kiwnąłem lekko głową, przyznając jej w milczeniu rację. Bo i cóż mogłem dodać: „Tak, masz rację, ludzie to niewdzięczne, mikre, słabe, z lukami w pamięci, kiedy im wygodnie, kreatury. Ale nie przejmuj się, taki jest świat”?
Truizm.

— Byłam ważna! — ciągnęła głośniej. — Byłam tą, która przeprawiała dusze. Nie bali się śmierci, bali się mnie — kontynuowała, machając z emfazą ręką i rozlewając trunek.

Sprawdziłem, czy nie wypalił dziury w kontuarze. Wypalił — miał moc.

— Ludzie pchali się do mnie całymi tabunami. Dniami całymi wypatrywali i czekali, gdyż wiedzieli, że dzięki mnie może być im lepiej. Tak, to, co nieuniknione, musi przyjść, ale może lepsze — i to tylko dzięki mnie! Cholera, poświęcałam się, cierpiałam, bo wiedziałam, że tak trzeba, a moje poświęcenie nie pójdzie na marne. I chyba na swój sposób byli mi wdzięczni… Tak, tak, może w dziwny sposób okazywali wdzięczność. A teraz? Już nawet nie jestem kukłą. Stałam się nikim.

I nagle, trzeźwa, spojrzała na mnie przenikliwie.
I nadal trzeźwo rzuciła:

— I co, wysłali ciebie?

Zaniepokojony barman uniósł nagle głowę, tak jakby sytuacja, nad którą panował, zaczęła mu się wymykać.
Czyżby — analizował — dojdzie do uszkodzeń mienia i strat materialnych, a może ofiar w ludziach? Zerknął na mnie. Może nie.

Na szczęście rzeka jest niedaleko.

— Dobra — uznałem — czas to kończyć.

Dopiłem piwo, popiłem przez nią postawioną, przez barmana podstawioną, ale – w komplecie z browarem – podstępną czystą dwusetką.

Odchrząknąłem, czując, że przepala mi przełyk i kilka mniej ważnych narządów, ale nie zakąsiłem ogórem pływającym w słoju i wodzie burej na kontuarze.

— Wiem — rzekłem do niej miękko — kimś byłaś. Ważyłaś, decydowałaś o losach wielu, a od ciebie zależało powodzenie istot ludzkości. Ale czasy się zmieniły. Ludzie już tacy nie są. Stali się wygodni, słabi. Nie chcą już brudzić sobie białych, wymanicurowanych, w drogie hybrydy wyposażonych rączek. Majętni są — w kredyty i debety wyposażeni — więc mają z czego wynająć takich jak ja, co rąk ubrudzić się nie boją.

Przykro mi. — skłamałem na koniec. — Pozwól, że przynajmniej zapłacę za ciebie.

Chodź, czas już najwyższy na ciebie Marzanno. I pamiętaj: nigdy nie byłaś tylko słomianą kukłą.
Czas to skończyć. Rzeka czeka.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑