Kiedyś, dawno, dawno temu wydawało mi się (cholerne misie), że wstawanie i stanie o 4 rano (w nocy) na psiej wachcie przy zerze absolutnym (bo absolutnie stwierdzam, tak jak wtedy, to zmarzłem tylko raz – na pustyni) na pokładzie żaglowca, i wypatrywanie gór lodowych, żeby nie powtórzyć historii Titanica, jest świetnym sposobem spędzania czasu i arcyprzygodą.
Chociaż:
Primo: nic wtedy nie widać, bo ciemno.
Secundo: pod pokładem znajdują się najnowsze systemy radarowe podłączone pod komputery NASA, które widzą nawet koniki morskie na Pacyfiku.
Tertio: dawno już nikt nie widział góry lodowej na Bałtyku.
Takie stanie, paczanie w noc i w nic, jest monstrualnie bez sensu, ale i tak jest to super przeżycie, takie, że dzieci będą wnukom opowiadać.
Jakoś jednak na ten pokład tego żaglowca na tym morzu trzeba się było dostać. Jesień, pierwszy śnieg, opony letnie, do przejechania ze 600 km. A statek czeka. W dodatku sztorm na Bałtyku (tak podają w radiu), cofka (w tv) i inne atrakcje (w internecie).
W środkach masowej dezinformacji co chwila informują: „Jak masz jechać, to nie jedź, jak jedziesz, to się zatrzymaj, jak nie chcesz się zatrzymać, to się stuknij w łeb, samobójco”. Ogólnie, ogólny stan ogólnego poddenerwowania umiejętnie podsycany przez media. Ale ja jechać muszę, gdyż „gdzie ta keja, przy niej ten jacht…”
Worek marynarski (pod postacią plecaka) spakowany, gumiaki (w postaci tenisówek) wypastowane, sztormiak (ortalion jednorazowy typu pelerynka) wyprasowany, czekany naostrzone (w końcu… góry lodowe spodziewane!?).
Jedno dziecko trzyma jedną nogę, drugie dziecko trzyma drugą nogę, oboje skandują: „Nie jedź, nie jedź!”. Będzie trzeba te nogi chyba odrąbać, bo one ich nie puszczą na pewno. Ale w końcu, z pomocą niezawodnego Kubuś Puchatka, jakoś się oboje podłączyło po TV. Nogi odzyskały sprawność ruchową, więc w nogi! Wsiadam w auto lekko jednak przerażony tym, co podają w radiu.
Raport sytuacyjny: pierwsze 100 km i nic, cisza, spokój, mało samochodów, zero wiatru. Fajnie się jedzie i jakbym nawet chciał, to nie ma co wyprzedzać.
Sprawdzam na kompasie, czy dobrze kierunek wybrałem! Nie, no, jadę dobrze! PN to chyba północ? My, marynarze się na tym nie znamy, bo kierunki odczytujemy z gwiazd. Mam szyberdach, ale nic nie widać, przypominam – huragan.
200 km. Dalej luz w związku z tym, że prawie nic nie jeździ. Już nawet tych resztek tego pierwszego śniegu nie ma. GPSowi już nie wierzę, sprawdzam papierową mapę. Może jadę nie nad to morze?
300, 400, 500 km… Tak dobrze to jeszcze nigdy mnie się (mam was Misie) nie jechało, ruch na drodze graniczy z nicością, wiaterek lekko sobie zawiewa, gałęzie z drzew pospadały, ale leżą na poboczach.
Muzykę z Requiem Beethovena zmieniłem na Marsz Zwycięstwa i gnam.
6-steny kilometr i jest! Poczułem jakieś podmuchy, ale słabe i nim zawiało drugi raz mocniej ciut, to myk i jesteśmy!
Cali, zdrowi, rekord trasy pobity i nie do osiągnięcia przez następne pokolenia, chyba, że się będą wtedy przemieszczać w czasie.
Sztorm? #Huragan? Bardziej medialny w radiu niż realny na morzu! Tak, owszem, coś tam szumi, ale nie róbmy z tego zagadnienia. A skoro jest trochę czasu przed wypłynięciem, aż się uspokoi pokład i cofka-cofnie, można się skuć jak prawdziwy marynarz w portowej knajpie zwanej „Coffeeheaven”.
-Barman, jeszcze raz to samo!
-Panie, szóste latte?!?
-Dawaj albo rozwalę tę budę!
Po niezdemolowaniu knajpy, gdy już się dało płynąć, płyniemy!
Znowu się okazało, żem dupa nie marynarz, bo oddałem morzu wszystko, com zjadł wcześniej i dodałem trochę od siebie. Po ciągnięciu bezanów, buchtowaniu bukszprytów, refowaniu grotmasztów i zwyczajnym obieraniu ziemniaków, jest! Szwajcaria! A nie, ta – Szwecja? Tak! Szwecja!
A Szwecja to dziwna jest kraina. Ludzie się uśmiechają z dystansem, ale przyjaźnie, zagadują uprzejmie. Czysto jakoś tak i bezpiecznie się człowiek czuje na każdym kroku, nawet w kebabowni. Tu volvo, tam saab. Piwo kosztuje tyle, że chyba jest ze złota (już wiadomo, dlaczego ono takie żółte), a kupić je można tylko spod lady. Za wstawiennictwem i na hasło. Najlepszy jazz – ze Szwecji. Najlepsza kawa – ze Szwecji. Najlepsza AbbA – ze Szwecji! Kurde, na upartego, to dałoby się tu nawet żyć.
Ale najlepsze i tak jest to, jak tu jeżdżą tymi saabvolvami. Bardzo łatwo można im sparaliżować kraj. Wystarczy zacząć od miasta, ulicy, przejścia dla pieszych. Chcesz załatwić Szwecję? Zatrzymaj się koło przejścia dla pieszych i nie przechodź!
Pamiętaj, koło pasów bez sygnalizacji świetlnej! Po 15 aut w każdym kierunku staje z piskiem i czeka, bo będziesz przechodził przez jezdnię.
Ale ty nie przechodzisz! Nic z tego! Musisz przejść! Nie pojadą, jak nie przejdziesz!
Potem to już łatwo: nie przechodzisz, oni czekają. Kolejka aut rośnie, dociera na przejazd kolejowy, więc i pociągi nie jeżdżą, potem blokują się lotniska i wjazdy na autostrady. Most z Danią zablokowany i „Wiola”… Załatwiłeś ich!
Tak się dziwiłem, co ci Szwedzi tak z dala od ulicy przy domach przemykają. No, to już wiem! Oni się boją, że nie dojdą, gdzie idą, bo ciągle przez pasy będą musieli przechodzić, żeby nie było na nich, że kraj upadł! Taka kultura konika szachowego – prosto, prosto, w bok. Pomimo, że tak czysto, schludnie i aż taka kultura, to Szwecja fajna i choć drogo, da się opić ze Szwedami jak należy. Ludzie niezwykle mili, nie mylić z milicją, na swój skandynawski, chłodny sposób.
„Już do domu wrócić czas..”
To wracam. A w kraju naszym wszelkie alarmy odwołane. W radiu spoko, luz – można jeździć. No, a jak można, to się oczywiście nie da.
To ja już wolę, jak jest kataklizm! Przynajmniej sobie spokojnie, gdzie trzeba, dojadę.
A w domu po powrocie:
-Tato! Tato! Fiordy widziałeś?
-Fiordy? Fiordy to mi z ręki jadły!
Chociaż:
Primo: nic wtedy nie widać, bo ciemno.
Secundo: pod pokładem znajdują się najnowsze systemy radarowe podłączone pod komputery NASA, które widzą nawet koniki morskie na Pacyfiku.
Tertio: dawno już nikt nie widział góry lodowej na Bałtyku.
Takie stanie, paczanie w noc i w nic, jest monstrualnie bez sensu, ale i tak jest to super przeżycie, takie, że dzieci będą wnukom opowiadać.
Jakoś jednak na ten pokład tego żaglowca na tym morzu trzeba się było dostać. Jesień, pierwszy śnieg, opony letnie, do przejechania ze 600 km. A statek czeka. W dodatku sztorm na Bałtyku (tak podają w radiu), cofka (w tv) i inne atrakcje (w internecie).
W środkach masowej dezinformacji co chwila informują: „Jak masz jechać, to nie jedź, jak jedziesz, to się zatrzymaj, jak nie chcesz się zatrzymać, to się stuknij w łeb, samobójco”. Ogólnie, ogólny stan ogólnego poddenerwowania umiejętnie podsycany przez media. Ale ja jechać muszę, gdyż „gdzie ta keja, przy niej ten jacht…”
Worek marynarski (pod postacią plecaka) spakowany, gumiaki (w postaci tenisówek) wypastowane, sztormiak (ortalion jednorazowy typu pelerynka) wyprasowany, czekany naostrzone (w końcu… góry lodowe spodziewane!?).
Jedno dziecko trzyma jedną nogę, drugie dziecko trzyma drugą nogę, oboje skandują: „Nie jedź, nie jedź!”. Będzie trzeba te nogi chyba odrąbać, bo one ich nie puszczą na pewno. Ale w końcu, z pomocą niezawodnego Kubuś Puchatka, jakoś się oboje podłączyło po TV. Nogi odzyskały sprawność ruchową, więc w nogi! Wsiadam w auto lekko jednak przerażony tym, co podają w radiu.
Raport sytuacyjny: pierwsze 100 km i nic, cisza, spokój, mało samochodów, zero wiatru. Fajnie się jedzie i jakbym nawet chciał, to nie ma co wyprzedzać.
Sprawdzam na kompasie, czy dobrze kierunek wybrałem! Nie, no, jadę dobrze! PN to chyba północ? My, marynarze się na tym nie znamy, bo kierunki odczytujemy z gwiazd. Mam szyberdach, ale nic nie widać, przypominam – huragan.
200 km. Dalej luz w związku z tym, że prawie nic nie jeździ. Już nawet tych resztek tego pierwszego śniegu nie ma. GPSowi już nie wierzę, sprawdzam papierową mapę. Może jadę nie nad to morze?
300, 400, 500 km… Tak dobrze to jeszcze nigdy mnie się (mam was Misie) nie jechało, ruch na drodze graniczy z nicością, wiaterek lekko sobie zawiewa, gałęzie z drzew pospadały, ale leżą na poboczach.
Muzykę z Requiem Beethovena zmieniłem na Marsz Zwycięstwa i gnam.
6-steny kilometr i jest! Poczułem jakieś podmuchy, ale słabe i nim zawiało drugi raz mocniej ciut, to myk i jesteśmy!
Cali, zdrowi, rekord trasy pobity i nie do osiągnięcia przez następne pokolenia, chyba, że się będą wtedy przemieszczać w czasie.
Sztorm? #Huragan? Bardziej medialny w radiu niż realny na morzu! Tak, owszem, coś tam szumi, ale nie róbmy z tego zagadnienia. A skoro jest trochę czasu przed wypłynięciem, aż się uspokoi pokład i cofka-cofnie, można się skuć jak prawdziwy marynarz w portowej knajpie zwanej „Coffeeheaven”.
-Barman, jeszcze raz to samo!
-Panie, szóste latte?!?
-Dawaj albo rozwalę tę budę!
Po niezdemolowaniu knajpy, gdy już się dało płynąć, płyniemy!
Znowu się okazało, żem dupa nie marynarz, bo oddałem morzu wszystko, com zjadł wcześniej i dodałem trochę od siebie. Po ciągnięciu bezanów, buchtowaniu bukszprytów, refowaniu grotmasztów i zwyczajnym obieraniu ziemniaków, jest! Szwajcaria! A nie, ta – Szwecja? Tak! Szwecja!
A Szwecja to dziwna jest kraina. Ludzie się uśmiechają z dystansem, ale przyjaźnie, zagadują uprzejmie. Czysto jakoś tak i bezpiecznie się człowiek czuje na każdym kroku, nawet w kebabowni. Tu volvo, tam saab. Piwo kosztuje tyle, że chyba jest ze złota (już wiadomo, dlaczego ono takie żółte), a kupić je można tylko spod lady. Za wstawiennictwem i na hasło. Najlepszy jazz – ze Szwecji. Najlepsza kawa – ze Szwecji. Najlepsza AbbA – ze Szwecji! Kurde, na upartego, to dałoby się tu nawet żyć.
Ale najlepsze i tak jest to, jak tu jeżdżą tymi saabvolvami. Bardzo łatwo można im sparaliżować kraj. Wystarczy zacząć od miasta, ulicy, przejścia dla pieszych. Chcesz załatwić Szwecję? Zatrzymaj się koło przejścia dla pieszych i nie przechodź!
Pamiętaj, koło pasów bez sygnalizacji świetlnej! Po 15 aut w każdym kierunku staje z piskiem i czeka, bo będziesz przechodził przez jezdnię.
Ale ty nie przechodzisz! Nic z tego! Musisz przejść! Nie pojadą, jak nie przejdziesz!
Potem to już łatwo: nie przechodzisz, oni czekają. Kolejka aut rośnie, dociera na przejazd kolejowy, więc i pociągi nie jeżdżą, potem blokują się lotniska i wjazdy na autostrady. Most z Danią zablokowany i „Wiola”… Załatwiłeś ich!
Tak się dziwiłem, co ci Szwedzi tak z dala od ulicy przy domach przemykają. No, to już wiem! Oni się boją, że nie dojdą, gdzie idą, bo ciągle przez pasy będą musieli przechodzić, żeby nie było na nich, że kraj upadł! Taka kultura konika szachowego – prosto, prosto, w bok. Pomimo, że tak czysto, schludnie i aż taka kultura, to Szwecja fajna i choć drogo, da się opić ze Szwedami jak należy. Ludzie niezwykle mili, nie mylić z milicją, na swój skandynawski, chłodny sposób.
„Już do domu wrócić czas..”
To wracam. A w kraju naszym wszelkie alarmy odwołane. W radiu spoko, luz – można jeździć. No, a jak można, to się oczywiście nie da.
To ja już wolę, jak jest kataklizm! Przynajmniej sobie spokojnie, gdzie trzeba, dojadę.
A w domu po powrocie:
-Tato! Tato! Fiordy widziałeś?
-Fiordy? Fiordy to mi z ręki jadły!

Dodaj komentarz