Ikarus i Dedalus

 Gdy po całodniowej podróży przez hiszpański interior w lipcowym, szatańskim słońcu i klimatyzowanym metodą „na lufcik” podrzędnym pociągu klasy 4 wysiedliśmy w nadgranicznym Badajoz (Badachoz), w głowie spalonej na wiór miałem już tylko pustynię. Cały w ogóle byłem spalony, jak ten Dedalus co się za bardzo zbliżył.

Lipiec na hiszpańsko- portugalskim pograniczu to nie relaks z drinkami w allinkluzif greckiego hotelu fotelu. To udręka dla prawiezamordowanych, niezmotoryzowonych, nieklimatyzowanych włóczęgów bez sprecyzowanego adresu docelowego i hotelowej rezerwacji. Po takim dniu, jedyne, o czym jestem w stanie myśleć, to piwo!
Pier’Ole! Una Cerveza! Per’Fa’Wor !!! 
A Badajoz, mimo że chyba piękne, w końcu to Hiszpania, będąc mocno uśpione popołudniową sjestą i spalone kastylijskim słońcem, nie chciało nam zaoferować dalszego transportu w kierunku zachodnim przy pomocy żelaznego wparcia kolei.
Ani dzisiaj, ani wcale. Jedyna nadzieja to autobus.
Estación de Autobuses de Badajoz leży dokładnie po drugiej stronie miasta niż Estación de Tren de Badajoz, więc chcąc, nie chcąc (z mocnym akcentem na NIE), po wypiciu wody z ostatniej kałuży jako doraźnie ratującego życie zamiennika piwa, ruszyliśmy zwiedzać miasto, przemieszczając się na ten dający ostatnią nadzieję transportu przyczółek metodą niemiecką, tzn. zu fuß. 
Po dotarciu na autobusowy Estación, poza szwadronami much, leniwymi wiatrakami brnącymi przez melasę gorącego powietrza, upałem wyparowującym z terakotowej podłogi i zamkniętym barem, zastajemy jedynie informację, iż najbliższy autobus zmierzający w kierunku zachodnim -> a Lisboa odjedzie o 1:15 w nocy.
Odjedziemy nim i my, jeśli dożyjemy. Bilety sprzedaje kierowca. 
Bar zamknięty, żeby przejść do spożywczego po drugiej stronie ulicy, nie starczy już sił, więc myśli o zejściu są tu jak najbardziej na miejscu. 
Jak ludzie dają radę tu żyć? Chyba nie dają, pustki takie, że rozsądnym jest przyjąć, iż opuścili ten teren dawno temu w poszukiwaniu wody i otwartego Lidla. Częściowo w palmycieniu, śniąc na jawie od przegrzanych obwodów w oczekiwaniu na koniec, coraz leniwiej myślę o tym autobusie, który będzie nas wiózł pół nocy gdzieś w stronę Atlantyku.
Oby to nie było tak jak kiedyś, dawno temu, na innym półwyspie. Bałkańskim.
Nim Amerykanie wybudowali w Chorwacji płaskie jak stół, z przepastnymi wiaduktami, kilometrowymi tunelami i bajecznymi widokami oraz słonymi cenami autostrady, była tu jedna Droga Cud! Jadranska Magistrala „Jadranka”. Magistrala Adriatycka jest bajkową trasą ciągnącą się wzdłuż wschodniego wybrzeża Adriatyku, stworzoną do idyllicznej, nieśpiesznej podróży kabrioletem. 
Gdy jednak masz za sobą 14 nocnych godzin w trasie, grozę budzących się dzieci na tylnym siedzeniu, a oczami wyobraźni widzisz już tylko skaliste brzegi lazurowego, ciepłego morza… opłaty drogowe i widoki bajkowe nie grają głównej roli, dlatego Jadranka odeszła w cień. 
Ale, jako się rzekło, autostrad jeszcze nie ma. To są lata 90. Wojna domowa, której echa jeszcze widać na okolicznych murach i umieszczonych gdzieniegdzie napisach „uwaga miny” skończyła się raptem pare lat temu.
Też, tak jak w Badajoz, w południowym upale czekamy na autobus, co będzie nas wiózł na trasie Pula – Rijeka! 
Ależ to będzie przeżycie! Taka Trasa! Takie Widoki! Taka Przygoda! 
Po to się właśnie żyje, podróżuje, doświadcza i ze spokojem znosi znoje. 
Ech, ten młodzieńczy naiwny entuzjazm…
Gdy na namiastce przystanku przed sklepem typu „G-S”, zaparkował mocno wysłużony autobus miejski typu Ikarus, nie przejąłem się tym zbytnio. Człowiek przyzwyczaił się przecież do tego przytulnego pojazdu, liczonymi już w setki roboczogodzin czasokilomterów spędzonych na dojazdy w jego polskich odmianach.
Poza tym… Magistrala Adriatycka jest jeszcze trasą fundamentalnie ważną, główną wertykalną arterią tego organizmu, więc pewnie równą, zadbaną i bezpieczną. Przelecimy ją migiem jak F-16. Odcinek nie jest długi, raptem może z 1,5 godziny jazdy. Widoki odbiorą nam dech, a koloryt miejsc pozbawi zmysłów i już będziemy na miejscu, szczęśliwi i szczęśliwie. 
I faktycznie, 4 godziny później, szczęśliwie miał kto, na w pół żywych, wyprowadzić nas z pojazdu, gdyż faktycznie odebrało nam dech – od oparów spalin nieszczelnego układu, a zmysłów pozbawił błędnik zmasakrowany stylem jazdy rubasznego kierowcy w czarnej odgarniturowej kamizelce i białej odślubnej koszuli. Śmigał sobie raźno, cały szczęśliwy (chociaż on), po tych góra-dół-prawo-lewo pełnych ostrych zakrętów cestach, gdyż Ikarus nasz „osobowy” jechał najbardziej bocznymi, dziurawymi, krętymi i obskurnymi z nich, zbierając po drodze lokalnych podróżnych z lokalnych wiosek, jak to podczas lokalnych, niepośpiesznych kursów bywa.
Tak się Mi_ coś dziwnie tanie te bilety wydawały…
Zerwałem się nagle zlany potem. Ocknąłem się pod palmą, przerażony i gotowy do ucieczki, gdyż kolejnego takiego autobusu jak tamten Ikarus już chyba nie przetrwam. 
Borze Szumiący! I jeszcze ten hiszpański temperament!
Około godziny 21 zrobiło się ciut chłodniej, o 22 otworzyli bar, o 23 był już pełen ludzi, a dzieci harcowały w rytm flamenco. 
1.14 z cichym szumem najnowocześniejszych systemów napędowych podjechał Autokarus, kurs: Paryż-Lizbona. 
Po sprawdzeniu przez kierowcę naszego obuwia i strojów wieczorowych, pod delikatnym ambientowym oświetleniem, w rytm dyskretnych rytmów smooth jazzu sączącego się z doskonałego systemu nagłośnienia, zostaliśmy (ledwie) wpuszczeni do pojazdu, do którego było ciężko, z onieśmielenia, wsiąść. Zastawiony fotelami 3 na szerokość bo 4 takie by nie weszły, skórzanymi, wielkości domowej sofy wypoczynkowej każdy. Wszystkie zaopatrzone w regulowane w 60 kierunkach oparcia, klimatyzowane i wentylowane, pochłaniały każdego w swe przepastne i super wygodne wnętrza. Bezszelestnie, jak w prywatnym odrzutowcu, stewardesy serwowały drinki, a my, w kilka sekund ukołysani ciszą i amortyzatorami, zasnęliśmy. 
Nigdy wcześniej i nigdy później nie jechałem tak komfortowym Ikarusem marki Mercedes, a w Lizbonie trzeba było wzywać różne służby porządkowe, gdyż grzecznie acz stanowczo odmówiliśmy opuszczenia pojazdu!

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑