Ale po kolei. Klepanie w tyłek jest słabe. Seksistowskie, uprzedmiotawiające, irytujące. Ogólnie i przeważnie jest cool jedynie dla strony klepiącej. Cóż począć, kiedy są sytuacje, że człowiek po prostu musi! Nie będę się tu wybielał i udawał świętoszka, że ja nigdy nie, gdyż…
…jest w Polsce taka jedna droga – lubię ją bardzo.
Co ja mam za staż? 1,5 mln km za sobą? Co to jest? To jest NIC! Jak przytomnie stwierdził ks. Tischner: „Co to jest NIC? Nic to jest flaszka na dwóch!” Zawsze więc warto się doszkolić, a to miejsce na doszkolenie jest doskonałe. Świetny test dla auta i dla kierowcy. Droga jest kręta nie tylko na boki, ale i góra-dół. Długa jak róg Wojskiego, a wzdłuż niej prawie same lasy i pagórki, tzn. pa równinki – witajcie górki. Asfalt gładki, niedawno kładziony, długie kilometry do pokonania. Tylko ty, auto i droga. Przewyższenia, obciążenia i wrażenia jak na trekkingu w Himalajach. I dlatego właśnie, gdy tylko mam możliwość i okazję, jadę tamtędy.
Trasa wspaniała latem. W piękny, słoneczny dzień to jest spełnienie marzeń kierowcy. Oczywiście, kierowcy, czyli tego, który lubi kierować, bo ten, kto lubi robić przy sprzęcie (a najbardziej myć i nabłyszczać), nie będzie się tu czuł rajsko, może nawet wręcz przeciwnie.
Jadę nią sobie właśnie i nie mogę powiedzieć, że akurat tym razem jest wspaniała, że jest radość i spełnienie marzeń, gdyż mamy tu komplet, „ulubiony” komplet każdego kierowcy, czyli tzw. WMSD:
W jak Wieczór
M jak Mgła
S jak Śnieg
D jak Deszcz
Coś jeszcze możemy dla pana zrobić?
Jasne! Drogowcy! Tak, nie zaskoczy nas informacja, że zima zaskoczyła drogowców… Czekają na sygnał z centrali! Nie wiem, gdzie czekają, ale na pewno nie tu!
I dorzucam coś jeszcze od siebie na deser – zmęczenie całym dniem pracy i nic niewidzenie na oczy (a na uszy widzisz? to cofnij do tyłu!).
Las, ciemnawo, przedzieram się, wychodzę z zakrętu jak Hamilton na Hungaroringu. Nie, nie 200 km/h w zakręcie, tylko tak samo precyzyjnie. No dobra, przynajmniej tak bym chciał!
A za zakrętem, w tej mgle, deszczu, pod wieczór, na drodze lekko przyprószonej i doskonale nieodśnieżonej, przez jezdnię COŚ sobie przechodzi. Co? Zbłąkana jakaś gromadka? Na pielgrzymce są? Na grzyby się wybrali? O tej poprze dnia, roku, klimatu? Na takim leśnym i dalekim kresie, żeby nie ująć rzeczy po imieniu, czyli – zadupiu?
Na litość boską! Jakieś oznaczenia? Jakieś kamizelki? Jakieś zabezpieczenie grupy? Nie ma nic! Całkowita nieodpowiedzialność! Ale sobie miejsce na wędrówki, qwa, znaleźli!
W takich warunkach sobie przez jezdnię przechodzą za zakrętem? No, siano! Tylko siano w głowach!
Cała grupa, na szczęście, już przeszła i stoi na skraju drogi, tylko jedna zbłąkana ślamazara się jeszcze przez drogę wlecze, gdy ja nadciągam kontrolowanym poślizgiem z opon wizgiem. Gdy to, co w oczach z prędkością światła zostało wtłoczone do mózgu, a tam synapsy migiem przetworzyły na impulsy elektryczne, taśmociągiem neuronów i ich zakończeń przesłały dalej przy pomocy nogi do ABSu i innych systemów wspomagania słabości moich umiejętności, te w ostatniej chwili podjęły daremny trud naprawienia tego, co spieprzyłem.
Staję na hamulcu (uczony na kursach) całą swoją skromną osobą, a na głowie mej włos (siwy, ale jest) też staje!
Auto na ABS reaguje jak należy (prędkości dużej nie ma, ale jesteśmy na wyjściu z zakrętu) i sunie do przodu skokami i bokiem. Koła niezblokowane – uff! Z wyczuciem odbijam kierownicą, ustawiam auto, znowu kontruję, wytracam prędkość, ale nic to chyba nie da…. widzę, że nie wyhamuję.
Jedyna nadzieja w oponach. A opony, nie jak u Hamiltona – supermiękkie funkielnówki, oj nie, u mnie – mocno używane, sterane zimówki. No, przykro mi! Naprawdę nie mam wyjścia! Ze wszystkich możliwych opcji wybieram tę najmniej szkodliwą, może obraźliwą i seksistowską… ale, na Pana, co mam zrobić innego?
Prawym przednim reflektorem lekko i najdelikatniej jak tylko się da, acz stanowczo i intensywnie – pac! ślamazarę w jej piękny tyłek.
Lekko się otrząsnęła, jakbym ją obudził z letargu. Popatrzyła na mnie oburzona migdałowymi oczyma, prychnęła z pogardą i zniknęła w gęstwinie lasu.
Tak, głupie, ale piękne to było stadko, a ta łania, ślamazara ostatnia to chyba najpiękniejsza.
Klaps
O, właśnie się Mi_ przytrafiło, czujność, lekkie ujęcie gazu, zejście z prędkości wystarczyło. Udało się, ale nie zawsze tak bywa.

Dodaj komentarz