Ale, mimo że bardzo lubię i cenię, BMW ma dość mocno zszarganą opinię.
Zaczęli filmowi bandyci, pseudomafiozi w czarnych skórach z przykładowego Pruszkowa. Jeździli tymi przysadzistymi czarnymi be-em-ami w filmach, wyczyniali cuda, czyniąc zło, bardziej nawet śmieszno niż straszno, ale się utarło, a paru wzięło z nich przykład w realu.
Potem do BMW wsiedli biznesmeni, żeby pokazać, na co ich stać. I chociaż nie zawsze było ich na nie stać, to dobrze było się w nich po-ka-zać. A umiejętności na drodze często szły w parze z „kulturom osobistom” i były odwrotnie proporcjonalne do mocy pod „maskom”. Narobili dziadostwa na drodze nie raz!
Następnie nadeszła pora miszczuf szos spod Tesco. Autami śmigali starszymi od siebie, ściągniętymi jako szrot z zagranicy, siejąc zamęt i zniszczenie na drogach (bo to coś ma napęd na tył, a miszczu innym nie jeździ). To, że takie BMW ma minimum 23 lata i kosztuje mniej niż rower, gdyż jego wartość jest adekwatna do stanu technicznego, to bez znaczenia.
Większość, no dobra – wiele wiadomości w wiadomościach o śmiertelnym wypadku na drodze, to te z BMW w roli głównej.
Cóż, nie bez powodu to młodzi mężczyźni stanowią większość laureatów Nagrody Darwina za wyeliminowanie z populacji swoich genów w wyjątkowo kreatywny sposób.
Obiegowa opinia została ugruntowana, aczkolwiek mocno krzywdząca dla wielu normalnych użytkowników tych fenomenalnych pojazdów. Sam się o tym przekonałem na własnej skórze.
Ok, są to świetne samochody i może wg niektórych B-ędziesz M-iał W-ydatki, ale z tego, co doświadczam, to w innych nowoczesnych pojazdach wcale nie jest lepiej.
Ale pomijając powyższe, to BMW zawsze były i są pojazdami dla ludzi kochających jeździć.
Te auta są i piękne, i doskonale się nimi jeździ, gdy się, oczywiście, umie.
A zapewniam, gdy napęd jest gdzie indziej (z tyłu) niż sterowanie (z przodu), to łatwiej nie jest, mimo wszechobecnych systemów wspomagania „systemów minimalizowania problemów”.
Największą słabość miałem zawsze do 850-ki, a ciagle mam do „The Hire” (z Clivem Owenem i BMW w rolach głównych) i do M5.
Wędrując przez nasz kraj, zobaczyłem duży folder reklamowy: „Przyjedź, wstąp, zaglądnij! Pojeździsz słynnymi autami BMW M-Performance M2, M3, M4 i rodzynkiem – nowym M5! Przewidziane atrakcje!, konkursy!, nagrody!”
Naprawdę, mogę pojeździć M5, nowym BMW M5? Nudnym z wyglądu sedanem dla niewtajemniczonych, a monstrum na kołach dla tych drugich?
Skoro jest okazja, żeby pojechać i pojeździć, to w #Swiat_w_Weekend jedziemy – jeździć w Swiat_M_Power!
I pojechałem. A blisko wcale to nie było!
Na miejscu, faktycznie, ludzi dużo, mają rozmach! Babeczki niczego sobie. No, te do jedzenia przecież!
Impreza się kręci, hostessy też się kręcą, pogoda wymarzona do jazdy – dzień słoneczny, bez opadów, drogi suche, temperatura umiarkowana. Jest co robić!
Zacieram ręce z radości: „Oj, będzie jeżdżone, oj, będzie! Bo jak ktoś jeszcze nie wie, to ja lubię jeździć!”
M2 – ładne, piękne auto, świetnie złożone, dobre materiały, lipy nie ma, jak to w BMW.
Cała gamą kolorystyczną się pyszni na podjeździe, każde odpalone, ryczą wydechami performance czy innego Akrapovic-a. Cóż za wspaniałe auta, aż się rwą do jazdy!
M3 – ciut większe, ale dalej jeszcze masa w dobrym stosunku do szaleństwa na torze. Można wsiąść i odpalić, gazować i ryczeć. Do wyboru: sedany, coupe i sport, taki i siaki, i owaki!
M4 – nowość! Jak im M3 zejdą ze stoku, to M4 będzie je godnie zastępować. M3 to już legenda od 30 lat, ale M4 będzie godnym sukcesorem. Stoi tego ze 12 sztuk, Carbony, Alcantary, Spojely i Slicki.
M5… – a właśnie, gdzie jest M5?!
Nie widać. No pewnie! przecież to nowości, zapewne ktoś gdzieś jeździ.
Dzień z M trwa, chociaż ja i tak jestem lepszy, ja mam już dzień z M. od kilkudziesięciu lat.
Gdzie się nie ruszysz, M-carsy, możesz wsiadać, odpalać, niektóre stoją pod dachem, wiele sztuk gdzieś tam, na zewnątrz się kręci.
Piękne panie po kątach stoją. Opuszczone, porzucone, mocno zazdrosne, coś piszą zajadle na smartfonach hybrydowymi paznokciami. Nudzą się jak mopsy. Chyba podoba im się średnio, klimatu nie czują zbytnio, no, ale przecież musiały przyjść. Rozgorączkowani panowie tego nie widzą. Ci mają obłęd w oczach i języki przygryzione zaschłymi z wrażenia wargami. Oni, dla odmiany, pełna ekstaza, poczucie klimatu i wzajemne zrozumienie.
Liczą, ile mogą oddać nerek za wydech rasowany. Już dumają, czy może jedno płuco wystarczy do życia, bo bez takich kutych 21 calowych felg na pewno żyć się dłużej nie da.
Wszędzie – M, gdzie nie spojrzę – M, a jak spojrzę, też M-power, M-cars, M-design. Czuję się jak w domu, gdzie się nie ruszę, też M.
Nawet 760 M-coś-tam za milion stoi sobie majestatycznie na środku. Za milion?! To są auta za milion? Nie supercars Ferrari czy Lambo, tylko takie zwykłe? Ale, że co one robią za milion? Strach do tego wsiadać, żeby czego nie ubrudzić.
Ok, wszystko fajnie, ale proszę pana, gdzie jest M5?
Gdyż, mimo wszystko, dla niego tu jestem, kilka setek km przejechałem żeby się przejechać, co nie?
Czas pojeździć, a czas płynie. Ale nikt nie wie, chyba gdzieś ktoś pojechał, zaraz ponoć wrócą. Pewnie w końcu będzie. Jazdy testowe jakieś trwają intensywne.
Tak czy siak, nie ma, cały czas nie ma. I przepraszamy, ale dokładnie to nikt nie wie.
Dzień z M-power mija, a M5 mnie omija.
Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie. Cóż, koniec tego pieszczenia. Idę stanowczo zapytać w recepcji, niech zapytają głównego zarządzającego tą imprezą mistrza ceremonii! Z naciskiem na kilka przymiotników i z dykcją gangstera lat 90-tych „Kto wziął, gdzie pojechał i kiedy wróci, madafaka! Mów Mi_ tu!”:
-Przepraszam, a gdzie jest BMW M5?
-Nie wiemy, bo wie pan, mieliśmy tylko jedno i tydzień temu się sprzedało!
M5
Miałem kiedyś BMW czterokołowy, sześciocylindrowy, tylnonapędowy zwijacz asfaltu. Genialnie się nim jeździło. Precyzja zawieszenia, progresywne wspomaganie, elastyczność, moc od samego dołu wolnossącej jednostki, czucie auta… ech, uwielbiałem jazdę tym pojazdem.

Dodaj komentarz