Torebka

 Ja już nie mam błędnika, mam obłęndnik i, wbrew trendom, kolory tęczy na twarzy (narodowcy zacierają ręce). Choroba lokomocyjna w opcji monstrum i dajcie mi tu jakąś torbę, bo głupio rzygać na fotel!

Jak do tego doszło? Po ukończeniu szkolenia numer uno, otrzymawszy medal, dyplom i breloczek za zasługi, pełen animuszu, natychmiast udałem się na najbliższy tor formuły 1 w celu pokazania im, jak się jeździ, zdobycia choć jednego Grand Prix i podpisania jakiegoś kontraktu. Z tego, co widziałem, jak sobie radzę na kursie „Szkolenie podstaw zachowania w ruchu drogowym dla amatorów”, ten kontrakt mam w kieszeni, może nie od razu z Mercedesem, ale Ferrari jest już w moim zasięgu. Formuły jeden, jednak nie zastałem, więc cóż było robić?
Robiłem to co w miarę umiem, zarabiałem na życie. 

Minęło, jak panele dźwiękochłonne przy autostradzie, czyli monotonnie i niepostrzeżenie, wiele dni tułaczych i tysięcznych kilosów na tych bezkresnych drogach. Aż pewnego mokrego poranka, jadąc autostradą, wykonałem instynktowny manewr ratujący co najmniej jedną rzyć (moją), a przy okazji, być może, kilka innych rzyci. Wtedy okazało się, że onegdaj taksówkarz miał rację, trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.
Wykonałem manewr kolejny – parkowania, zaaplikowałem kofeinę dożylnie, zaczekałem, aż wszystko przestanie mi się trząść i podpisałem cyrograf. 
Zapisałem się na kurs doskonalenia techniki jazdy nr 2.
Wcześniej, za pierwszym razem było mi ciężko. Świadomość błędów, które popełniamy na co dzień plus nowości, które są oczywiste, a o których nie miałem pojęcia. Tak, szybko trzeba było zejść z wysokiego diapazonu ego swego i spuścić z tonu, żeby próbować przyswoić tę wiedzę. Dali mi nieźle w kość wtedy.
Było nas ośmioro, a i tak zajeździłem się prawie na śmierć. Teraz to luz, teraz jest nas troje. Troje i cały tor, trzy sztuki na pożarcie przez opary oktanów, paloną gumę i głodnych instruktorów.
Cały dzień jazdy na full, jazdy w stylu „redbull popity potrójnym espresso pod batona energetycznego” i bułka z bananem w przerwie.
Ranek piękny, słoneczny [wilgotność 0, temperatura powietrza 25/toru 32]. No to jazda! To, co kiedyś się robiło i było trudne, teraz robi się bardziej, szybciej, ciaśniej, mocniej, więcej. I jeszcze 15 razy poproszę!
-Ciaśniej ten zakręt,
-Szybciej, jedź szybciej! Qwa!
-Później hamowanie!
-Wcześniej hamowanie!
-Po co tu hamujesz?
-Źle, od nowa!
Na kursie podstawowym trenowałem jazdę po łuku, na mokrym, z poślizgiem, pod górkę, w prawo (trochę trudne).
No to teraz po łuku, w dół, na bardziej mokrym, jeszcze szybciej i w lewo. Ale, że się tak nie da? Prawda, za pierwszym razem się nie da, ale za to za 10, qwa… też nie! Ach, jak pięknie się wypadło z zakrętu i już leżysz na dachu w rowie (oczywiście teoretycznie, tu po prostu lecisz prosto po asfalcie)!
Ale za 15 razem coś pęka i już się nie wypadło. Już coś świtać zaczyna, jak zahamować, gdzie dociążyć przód, gdzie dokręcić koła, a gdzie odkręcić. I się okazuje, że się da nie wypaść przy 60 km/h z tego mokrego zakrętu w dół, w lewo.
Hamowanie awaryjne. „Jedziesz 100 km/h i jak mówię „stop”, to hamujesz! Kapujesz?! To jedziesz! STOOOOP!!!!” 
I jeb, za późno, nie ma szans, już jesteś wbity w tira. Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz. Nie da się! 
Nie da się? „A teraz stań na tym, hmm, pedale (wybacz, to nie o tobie) całym sobą!!!”. I znowu, jednak się da! Za 15 razem!
Jest takie powiedzonko: „Marynarz trafiony celną kurwą, nabiera chyżości ruchów i bystrości spojrzenia”.
Tu to samo! Po kilku celnych „uwagach” da się zahamować i się nie zabić, i kogoś też. 
Nie wiedziałem, że po 30 latach nie umiem hamować. Teraz dalej nie umiem, ale przynajmniej o tym wiem.
I tak cały dzień pod czujnym okiem zacnego, dedykowanego instruktora, który widzi nawet to, czego nie ma, wie kiedy i jak się odezwać, i co powiedzieć, żeby dotarło. Żeby zamiar zamienił się w czyn, a rzecz abstrakcyjna w realną i wykonalną.
Po 7 godzinach jazdy, zakrętów, hamowań, oesów, zjazdów, podjazdów, pętli, na mokrym z górki, na mokrym z przeszkodami, na zakrętach na torze w lesie, gdzie leszczy nie wpuszczają, a gdzie masz jedyną okazję ciąć zakręty setką bez czołówki z sarniną czy innym pojazdem marki TIR… nadeszła ta chwila:
-Qwa! Kto ma torebkę?! 
Ciekawe, co mnie czeka na szkoleniu nr 3?

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑