Znowu poniedziałek

 -I co? Znowu poniedziałek!

-I to dokładnie o tej samej porze jak co tydzień!
-Tak, zło lubi przyjebać z zimną precyzją!
Tydzień temu nie było sukcesu i, niestety, za pierwszym razem nie udało się wstać. 
Ale gdy dwie godziny później przekułem tę sromotną porażkę w porażkę lajt i pozbierałem sponiewierane kości w jeden w miarę przytomny system nerwowy, już wiedziałem, na planowany, północny-wschód tego dnia nie pojadę. Front wschodni podczas wojny to jest pikuś przy tym, co się działo na zewnątrz. Jechać 300 km tam, w te odmęty białej nicości, nie ma żadnego sensu. Pojechać, owszem, można, ale to tylko dla radości szosowania i po to, żeby wrócić „nicniezałatwiwszy”. 
Z „nicniezałatwieniem” często się spotykam, jest to taka jednostka jałowej pracy. Ale ja jestem elastyczny w grafiku i zawsze mam coś do zrobienia, nie stać mnie na straty czaso-roboczo-godzin. Mi tu myślimy o czasie po gospodarsku! 
Postawiłem na ucieczkę, jak Niemcy z frontu wschodniego i udałem się w kierunku południo-zachodnim. Po odśnieżeniu aut dwóm sąsiadom, utrafieniu w końcu na swoje, odśnieżeniu i uruchomieniu właściwego, udałem się na poszukiwanie tych dróg doskonale odśnieżonych przez drogowców, którzy nie zostali zaskoczeni. Bez zaskoczenia powiem niezaskoczonemu czytelnikowi – nie znalazłem. Przedzierając się bocznymi drogami przez błota pośniegowe, gdzieś w głębi lasu napotkałem pojazd VW Passat z wiele dającym do myślenia bagażnikiem dachowym na 4 rowery (na szczęście pustym). Pani, która stała obok tego zakopanego po pachy pojazdu, już nawet nie machała. Jak czekający na okienko pogodowe w obozie trzecim himalaiści, zapadła się w sobie i podobna do sowy, biernie poddała się wydarzeniom. Pomyślałem – o ja cię, co za pomysł zatrzymać się w takim miejscu- i zatrzymałem się, bo każdy by się zatrzymał. Nie pytałem nawet, czy pomóc. W milczeniu zajęliśmy się reanimacją pojazdu. Ona do passata, ja hol na tył, ona wsteczny, ja do przodu i wspólnymi siłami wydarliśmy zimie ten jej kombiwagon. Podziękowaniom nie było końca, nie mogłem się uwolnić od orderów, kwiatów, pocałunków i obietnic dozgonnej przyjaźni… 
2 minuty później każde pojechało w swoja stronę.
1:0 dla Francji!
-Trzeba sobie pomagać!
I dzisiaj, mimo iż byłem przygotowany, zło znowu przyjebało z zimną precyzją. Znów niespodziewanie pojawił się poniedziałek. Tym razem bez przeszkód i przygód pojechałem w tym samym południowo-zachodnim kierunku, a gdy wracałem, coś zmusiło mnie do zatrzymania. Telefon czy pilny e-mail? Nie wiem, dość, że po załatwieniu pilnej sprawy i po kilku próbach ruszenia dotarło do mnie, że:
A. Nie wyjadę i B. o ja cierpiędole, to jest dokładnie to samo miejsce, co tydzień temu!
I jak ta sowa, wysiadłem z pojazdu, stanąłem refleksyjnie na poboczu i… zatrzymuje się audi, wysiada facet, patrzy porozumiewawczo, wiele nie mówi… podpinamy hol (którego już nawet nie chowam, tylko leży na wierzchu w bagażniku) i wyciągamy SW-Wagon.
1:1 dla… Niemców? 
-Dzięki, bracie!
-Spoko, trzeba sobie pomagać!
Karma wraca, nie bądźmy obojętni na drodze, żeby ktoś kiedyś też nie był obojętny.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑