Jak dziecko we mgle,
Jak goliat na pchle,
Mól w otchłani wód,
Który liczy wciąż na cud…”
Tisze jediesz dalsze budiesz „Ciszej jedziesz, dalej dojedziesz” – tak zawsze staram się żyć i działać. Coś jak tajny agent, którym przecież nie jestem, ale od którego (no tajnego, broń Boże nie ode mnie) czasem warto brać przykład, przemykający w bezpiecznych podcieni szarościach.
Ba, nawet kolor fryzury dopasowałem do tej szarej dewizy.
Kierując się powyższym życiowym mottem, kupiłem kiedyś narzędzie. Tak jak kupuje się młotek, odkurzacz, czajnik czy lodówkę – nabyłem samochód, by służył.
Nie był to wielki problem, robiłem to już wiele razy – miał spełniać określone zadania, precyzyjnie pragmatycznie określone, więc wybór nie nastręczał większych trudności.
Zresztą, nigdy nie robię z tego Zagadnienia. Nie zabieram ze sobą szwagra, pięciu próbników, sztabu rzeczoznawców i połowy rodziny na oględziny. Nie ślęczę miesiącami nad ofertami, nie zajeżdżam drogocennych gigabajtów transferu danych na nocne przeczesywanie forów, ani pod autokomisy nagle z rana nie zajeżdżam licząc na „happy hours”.
O nie, nic z tych rzeczy, mój czas jest dla mnie bardzo cenny, bo nie mam kilku rzyci jak koty czy bohaterowie w grach komputerowych.
Rach ciach, oferta która spełnia ramowe założenia wygrywa, przecież to do pracy ma być, a nie na pokaz i do pieszczenia.
Kupiłem więc to narzędzie – pojazd, dwuślad, żeby wykorzystując jego możliwości techniczne, potencjał i walory użytkowe, łatwiej wykonywać swoją pracę.
Żebyśmy obaj, w zgodnym duecie co takich trzech jak nas dwóch to nie ma ani jednego, bezpiecznie i sprawnie zarobili na siebie, i na życie.
Co prawda to fakt, jeździło się nim genialnie – taka wartość dodana. To muszę przyznać, strzał w sedno tarczy dla kogoś kto lubi jeździć czyli kogoś jak Mi_.
Wspaniale zestrojony silnik o momencie obrotowym traktora, skrzynia automatyczna zmieniającą biegi płynnie i szybko jak Usain Bolt bił kolejne rekordy, zawieszenie jak Tom Hardy, harde i twarde – dające czucie każdej nawierzchni oraz poczucie pewności wykonywanych manewrów.
Ech… no Takim sprzętem to można pracować, można jeździć, można załamywać czasoprzetrzeń.
Więc zacząłem załamywać…
Pierwsze symptomy, dziwne – początkowo tylko jako niuanse – zmiany, zaczęły się już następnego dnia. Jadę sobie jak gdyby nigdy nic, i jak rzadko – zgodnie z przepisami, gdy zatrzymuje mnie policja – co jest? – myślę – dwa lata spokoju i nagle, bez powodu, kontrola?
– Rutynowa kontrola drogowa, proszę przygotować dokumenty… fajny wóz – hmm… to trochę dziwne.
Z niejakim zawodem, w końcu jednak musieli mnie puścić.
Cholera, a taka była szansa na wykonanie kwotowego kwartalnego planu mandatowego za jednym zamachem!
Potem przypadki zaczęły się mnożyć. Klienci z którymi się spotykałem od lat, teraz, gdy do nich wpadałem, zaczynali popatrywać na mnie jakby uważniej, dziwne tak jakoś, z zadumą, ostrożniej… i jak nigdy wcześniej, zaczynali rozmowy biznesowe od motoryzacji. Co jest? „O co to chodzi” dumałem…
Potem odezwał się kolega który od 15 lat miał mnie w dupie, z zapytaniem „jak tam się powodzi, bo słyszał, że dobrze?” – Nie, jedyne co mogę Ci pożyczyć to dobrego dnia – to skutecznie odsunęło następny telefon o dekadę.
Niektórym nie pożyczam dla ich dobra, innym, dla swojego.
Sąsiedzi jakby inaczej zaczęli mówić „dzień dobry”… Ale nie, to przecież niemożliwe, zwidy mam jakieś. Coś Mi_ wicie pitolicie…
I tak to szło, aż nastąpił ten jeden przełomowy dzień, kiedy M. wróciła do domu:
-Byłam w sklepie, huśtawkę ogrodową kupić do pracy!
-Cóż za fascynująca opowieści, i co? Zamiast huśtawki kupiłaś rollercoaster?
-Nie bądź taki do przodu bo ci z tyłu za…Baranie! Pan, którego pierwszy raz widzę na oczy, bo pierwszy raz byłam w tym sklepie, mówi: a jak się pani huśtawka nie zmieści do samochodziku, to nic, mąż może póżniej przyjechać swoim i zabrać!
Jak to usłyszałem, to jak stałem tak wstałem, wyszedłem, poszedłem i pojechałem.
A godzinę później miałem już inne narzędzie pracy.
Tak to jest, jak się żyje w bańce mydlanej własnych wyobrażeń, osobistego postrzegania świata, mierząc świat swoim jego rozeznaniem, bez uwzględnienia lokalnego czynnika ludzkiego.
Jak to Jan Kaczmarek śpiewał: Oj naiwny, naiwny, naiwny…
Myślałem, że kupuję narzędzie, do pracy, takie jak Mi_ było potrzebne – bezpiecznie duże, dyskretnie szare, z całodniowo wygodnymi fotelami, pakownie obszerne kombi, z oszczędnie niezawodnym dieslem, z ułatwiającą pracę automatyczna skrzynią i optymalną fakturą VAT, a kupiłem… BMW.
Kurwa, żeby chociaż było nowe!
Ciszej jedziesz, dalej dojedziesz
„Oj naiwny naiwny naiwny

Dodaj komentarz