Taki paradoks, roześmiałem się – jak, powoli, wszystko co wkoło.
Wnętrzem odcięty od przebodźcowanego świata… zmierzałem sobie przed siebie.
Bo cholera, no nie wiem, chyba już za dużo tych danych do analizy, i na pewno za dużo krzyczących, nachalnie przyciągających uwagę, nieistotnych, ważnych tylko dla siebie, żebrzących o „lajka” zauważenia, ludzi, przedmiotów i usług.
Jak można mieć 10 tysięcy znajomych i ich znać?
Jak można mieć milion followersów i pozostać sobą, wolnym?
Jechałem, i dumałem, że to co w tej jeździe najważniejsze: nadsterowność, podsterowność, płynne przyśpieszenia, bezpieczne wyprzedzania, precyzyjne cięcie lub zacieśnianie zakrętów, hamowanie gdy trzeba i przegazówki dla jaj, cała ta sytuacja panowania nad rzeczywistością, może w małym zakresie ale jednak, jeszcze pozostaje w moich rękach.
I o tym, że sytuacja ciągłego uczenia się, osiągania biegłości w sztuce, umiejętności latami zdobywania, zostaje niezauważalnie, kroczek po kroczku, oddana za bezcen automatowi – poza przegazówką dla jaj, bo jaki automat ma poczucie humoru?
A w tym czasie, tak mówią – czas jest przecież najważniejszy – kiedy maszyna zrobi za mnie co nieistotne, ale za to dużo lepiej, czyli pojedzie i dojedzie, ja skupię się na sprawach dla Mi_ ważniejszych.
Hmm, czyli jakich?
Pewnie jak zwykle skończy się na ekranach, i precyzyjnie celowanych nibyniereklamach.
Na podnoszących mój komfort pozostawania w komfortu strefie, moją wiedzę zaraz zapomnianą, moje kompetencje w niczym, bo teoretyczne, czy co tam innego… poradach programów z lokowaniem produktu.
Albo fajnych filmikach, odpowiednio krótkich, jak dla rybki w akwarium, nie dłuższych – policzono – dłużej się nie da przyciągać uwagi, i skupić.
Z danych pozbieranych z okruszków, stworzy się dla mnie świat nibyrealny, lecz wirtualny, tak precyzyjnie przez algorytmy uszyty, przykuwający, na miarę, ale dla każdego inny, nieodparcie odciągając uwagę… od meritum.
Od jazdy i drogi.
Ma to chyba sens. Ekrany coraz większe, nie dziwne więc, że auta robią się autonomiczne. Ilość informacji podawana przez ich systemy pokładowe (jak w ogóle kiedyś ludzie potrafili bez tego gdziekolwiek dojechać?), ilość danych do analizy, elementów do uchwycenia, skutecznie uniemożliwia skupienie się na czymkolwiek innym.
Ale na razie jechałem, kierownica w moich rękach, w moich rękach możliwości włączenia lub wyłączenia tego czy owego przyciskiem, od mojej woli zależy prędkość, kierunek i cel.
Drogi coraz wygodniejsze, ograniczenia coraz skuteczniejsze, przepisy coraz bardziej ciasne.
Wszystko dla nas, za nas i bez nas, więc coraz mniej chęci i szans na inwencję twórczą, na samowolkę radosną, na wolność myślenia, na kreację reakcji.
Danych, latami gromadzonych w centrach informatycznych, na komputerach krzemowych, coraz więcej.
Niedługo ktoś tam będzie dokładnie wiedział gdzie jadę, po co i o której dotrę na miejsce, zanim w ogóle przyjdzie Mi_ to do głowy.
Ale co tam! Na razie jechałem, cieszyłem się drogą, czasem, brakiem reklam, mechaniką pojazdu, i tym bodźcami odbieranymi całym sobą, a nie jedynie oczami, uszami i kciukiem.
Tym, że mam wpływ, że mnie słucha, skręca gdzie chcę, zatrzymuje się kiedy chcę i rusza kiedy zapragnę.
Gdy tak jechałem i dumałem nad drogą, czy może nad życiem… ziemia się Mi_ skończyła.
Cóż, trzeba wracać.
Za chwilę…Za chwilę.
Bo póki co, to ja mam czas, a nie on mnie.
Jechałem
Góry zniknęły za plecami, a ja jechałem. Nieśpiesznym równym tempem w górę, bo mimo, że w dół, to w górę, cały czas w górę… mapy.

Dodaj komentarz