Podróżowałem kiedyś dobrym, solidnym jak Van Dizel, pojazdem z niezawodnym silnikiem diesla, pojemnym bagażnikiem i solidnym hakiem.
Pewnego dnia zawitaliśmy do dużego, ruchliwego jak bazar na Narodowym, miasta.
W całej Galaktyce każdy dobrze wie: jak coś się rusza, a ma się nie ruszać to kleimy taśmą, a jak coś się ruszać musi, a się nie rusza to WD-40, a tu?, howno, całe miasto które ma z 500 tysięcy ludzi, stoi, i żeby z helikopterów pryskać tym WD-40 to i tak nie ruszy!
No tak(!), przecież to wrzesień, a wtedy jak dobrze wiemy, zaczynają się wędrówki ludów, obłęd szkolny i kampanie wrześniowe… Świat powstaje z letniego letargu i lipa, bo jeszcze się dobrze nie rozruszał, a już stoi.
Większość ludów, przykładowo w Manili, Pekinie czy Stambule podchodzi do tego filozoficznie: Swoje w życiu trzeba wypić i odstać.
Jak pili to nie jadą, jak nie pili to piją, a w korku stoją grzecznie i pogodzeni z losem czekają. Są jednak tacy którym wewnętrzną energia nie pozwala na bezczynność. W myśl zasady, że „lepiej głupio biegać niż mądrze stać” muszą się ruszać, działać, kombinować, rozpychać i walczyć… o każdy decymetr i desekunde.
Król Julian podsumował to najcelniej: „Teraz prędko, zróbmy to, zanim do nas dotrze, że to bez sensu!”
I tak właśnie, wszyscy stoją, ja stoję, pan stoi, tamta pani stoi, a ten, myk i w lukę się pcha, dwa metry i zmiana pasa, przez przejście, w poprzek torów, wymyk po lewoskręcie i cwaniakuje.
Pantomima w gratisie! Duszenie kierownicy, miętoszenie tapicerki, zdalne sterowaniem ruchem i celne wskazówki zza kierownicy. Śmieszny był ten nasz wąsacz oraz jego ekipa zamiejska nierodząca ekipa. Po wnikliwej obserwacji, widzę to, czego on nie widzi – że jak ja nie robię nic, a on wychodzi z siebie stając na krawędzi możliwości fizyki ciał stałych, to obaj przesuwamy się mniej więcej w tym samy tempie.
Nic to, żadnej refleksji, bo przecież są trzy pasy więc jak tylko gdzieś zrobi się ciut luźniej… już idzie slalomem ze smrodem palonych gum, ogień kilka metrów, kolejne światła i hamowanie.
Hmm, co za pacjent, jeszcze chwila i zawodnik niezawodnie zejdzie na zawał.
Ciśnienie w tej kabinie mają jak w najgłębszych oceanicznych rejonach roponośnych.
I tak to szło, przyśpieszenia i wyprzedzania, wymuszenia i nagłe hamowania.
W pewnym momencie, nie wiem jak to się stało, to chyba niemożliwe, może źle wybrał pas ruchu czy coś, ale od razu dopadło go Prawo Murphy’ego, i… wyprzedziłem go, a ten wykorzystując mikro lukę oraz nano sekundę zawahania, siadł mi na tył.
Mnie! Dobierać się do tyłka?!? Człowieku, pogięło cię? Ty wiesz gdzie żyjesz? Nie oświetlił cię krużganek oświaty?
Siedzi Mi_ na tyle i napiera. Wychylony nad kierownicą, toczy pianę, kierownica cała pogryziona, i ciągle podjeżdża próbując mnie popychać do przodu poprzez sprężanie powietrza pomiędzy naszymi, oddalonymi o milimetry, pojazdami.
Pajacu! nie widzisz, że na nic? Ono ucieka bokami!
Dlatego, czy kogoś zdziwi, że w tej ekscytacji, kiedy nagle zapaliło się wczesne pomarańczowe, on cały czas widział późne zielone?
Zahamowałem, a on… A on nie i jak się mi nie wpieprzy w ten hak!
Jak po burzy zawsze cisza, tak po pomarańczowym przeważnie przychodzi czerwone.
Był więc czas by wysiąść, spojrzeć na bladego jak ściana cwaniaka, sprawdzić czy bagażnik, jak drzwi wejściowo-wyjściowe, zamyka się i otwiera, czy są może (daj Boże!) jakieś inne szkody (TAKA Okazja!), ale że hak miałem solidny to okazało się, że cholera jasna (bo ubezpiczenia w przeciwieństwie do opon zawsze mam bardzo dobre) niestety nie. Za to pan daltonista, fizyk teoretyk, rozpieprzył sobie pięknie osłonę chłodnicy…a co więcej, nie wiem. Ale za to jakby spokorniał, się jakby uspokoił, razem z cieczą chłodzącą uszło z niego całe to napięcie!
A nauka z tego jaka?
Król Janusz
Na każdego cwaniaka trzeba mieć w życiu dobrego haka!

Dodaj komentarz