May the Force

 To był zimny, ponury, zadymiony poranek -jak to w maju- gdy ktoś szarpnięciem, delikatnie lecz zdecydowanie, z mocą łamania drzew i wyłamywania stawów poprosił go o uwagę. Z niechęcią, ociągając się, opierając, ile mógł, czepiając resztek snu, rozwarł powieki… i uległ:

-Ej, co jest? To moja ręka i chciałbym, aby taką pozostała!
-Bileciki do kontroli! – odezwał się barytonem miły damski głos, od którego poza powiekami podniosły mu się także włosy, a w całej okolicy psy zaczęły bezładnie gnać w panicznej ucieczce. Bezwiednie sięgnął po świeżo podrobioną legitymację Pilota Pierwszej Klasy, a gdy w końcu słowa, rezonując swą mocą w jego głowie, dotarły do jego uśpionych synaps…
-Ach tak, bileciki! – sięgnął raz jeszcze, tym razem do właściwiej kieszeni i okazał swój zniżkowy – 74%, klasa 1 z darmowymi przekąskami, którego nie miał, tak jak i pozostałych rzeczy.
Gdzie jestem, co piłem, skąd się tu wziąłem? Te i kilka innych myślopytań kłębiłoby mu się po głowie, gdyby było w stanie.
Lecz w jego stanie, to, co pamiętał ostatniego w przebłysku świadomości, było kuflem czegoś, co na pewno nie było piwem.
Sądząc po mocy, kolorze i efektach, było raczej rakietowym paliwem.
Powoli wszystko wracało, z całą mocą, coraz potężniejszą falą napierając na czaszkę: kolejny udany, szaleńczo karkołomny, mistrzowski powrót Sokołem z rubieży, kolejny szmugiel pozaakcyzowych towarów, kolejny doskonały interes… oczywiście doskonały dla niego, bo przecież nie dla tych, którym ten towar zwinął, a jeszcze mniej dla tych, którym opylił puste, plombowe lewymi plombami pojemniki.
A potem ten cholerny szalony, nabuzowany resztkami adrenaliny wymieszanej z dużą ilością kredytów clubbing, barring, drinkking. No wiesz… wszystkie te proste atrakcje dekadenckiej, zgniłej, zbyt wolnej Republiki, i na koniec nieznana ekipa podejrzanie chętnych do stawiania drinków typów którzy na trzeźwo uruchamialiby wszelkie alarmowe dzwonki i…  
-Mam poprosić mocniej? Chętnie, życzysz sobie może z prawej czy z lewej? – kontrolerka nadal była miła tak, że od tembru jej głosu zaczął tracić czucie w szczęce i przestał rozpoznawać kształt zębów od zaciskania ich zbyt mocnego.
-Już, już! – obmacując się w coraz większej ilości miejsc, trzeźwiał z szybkością kilku parseków na sekundę, a uśmiechając się tym swoim szelmowskim półgębkiem oraz dyskretnie ziewając, próbował ocieplić atmosferę oraz rozgrzać zmrożone powietrze:
-Czy to już Wiedeń?
-Bez biletu, bez dokumentów? Wiedeń? Oj, towarzyszu, coś czuję, że macie przesrane… – Obrończyni Praw Szyn i Torów zerknęła najpierw na niego, potem za okno – Lepiej „Niech Moc będzie z tobą”!
Wstawał nowy dzień, a dla nowomianowanego szeregowego wytapiacza surówki 5 kasy zaszeregowania bez deputatu kartek na alkohol zaczynało się nowe życie. 
-Tak, Niech Moc hut i kombinatów naszego Imperium będzie z tobą Towarzyszu! – dodała na koniec ze śmiechem, od którego jego zwykle proste włosy zwinęły się w strączki. 
Gdy w końcu się odważył, wyjrzał i zobaczył widok za oknem, już wiedział, żadne moce Dżedajów, Hokus-Pokus i May the Force mu nie pomogą.
Monumentalny Darth Vader dumał, a Han Solo… 
Miał przesrane.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑