Muzyczna Set-lista, którą zapodał przez radio…
Ech, Tomek Michniewicz dosypał do pieca.
Dość Mi_ powiedzieć, że kładłem wtedy płytki i nagle robota tak ruszyła, że nie mogłem za nią nadążyć. Po dwóch pierwszych numerach, w przerażeniu złapałem się za głowę: skończę przed czasem i co ja zrobię?
Niedobrze, ja tu robię na czas, a roboczogodzina takiego płytek kładzenia, amatorskiego, niefrasobliwe-autorskiego, niepowtarzalnie krzywo i każdej inaczej, to jest droga zabawa!
Skrócenie tej Sztuki to konkretna kasa w plecy, ale zamierzam ją wyegzekwować!
Zdumiony dumając, oczom nie wierząc, a uszom nie słysząc, „jechałem” z tym rękodziełem dalej, kiedy nagle, niespodziewanie i bez uprzedzenia Mistrz zapodał lekką odmianę sobotniego Led Zeppelin.
„Boys, boys, boys” arcydzieło od naczelnej seksbomby lat osiemdziesiątych.
Wtedy wszystko wzięli diabli, wszedłem w tryb znany w środowiskach radiowo-sportowych: „Co innego widzisz, co innego słyszysz” i cofnąłem się w czasie. Płytki od tego momentu układały się już same, a ja zanurkowałem jak Maveric w „Top Gun”, w przeszłość.
Znalazłem się w czasach, kiedy dzieci jeszcze nie mają tych diabelskich smartpomiotów i chcąc nie chcąc, z naciskiem na „chcąc”, muszą się spotykać osobiście na podwórkach. Młodzież krajów, które nie walczą w trudzie i znoju z problemami przez siebie stworzonymi, a które gdzie indziej nie występują, wie, co to wrotki, do uszu z walkmana* śpiewa im Kate Bush, Pet Shop Boys, Nik Kershaw czy Classic Nouveaux.
*Walkman – mp3ka, tylko na kasety magnetofonowe.
*Kaseta magnetofonowa – płyta CD, tylko z taśmy magnetycznej.
*CD – playlista pomysłu jednego wykonawcy, jak w Spotify, tylko wydrukowana na plastiku.
W tym samym czasie, po drugiej stronie kurtyny, w kraju typu: „najweselszy barak z całego obozu”, w tym moim, gdy pada deszcz, gra się po piwnicach w karty, w zimie wylewa lodowiska pod blokiem, na dołek wygrywa ciężki szmal w bilonie, a trzepak przeważnie nie służy trzepaniu dywanów, tylko, jak sama nazwa wskazuje, wszystkiemu innemu.
Do domu wraca się nie wiadomo po co i jedynie po użyciu siły argumentów z ostrzeżeniem o użyciu argumentów siły.
No… chyba, że akurat jest Zima, wtedy wraca się bez wezwań, ale na chwilę, żeby uniknąć odmrożeń i amputacji, aby zmienić rękawice z tych mrożonych na jedynie ciepło odkaloryferowo mokre.
Nie potrzeba zgody na piśmie od rodziców na każdą pierdółkę, telefony (jeśli są) wiszą na ścianach w przedpokoju, klucze na szyjach, a komunikacja werbalna odbywa się poprzez Darcie Ryja z Okna.
I właśnie (!) z plakatu patrzy Limahl oraz Naczelniczka Samantha Fox!
Cola w puszce jeszcze nie jest szkodliwa – bo się ją widuje tylko na wystawie Pewexu, papierosy też chyba nie, bo się je smoli wszędzie, a gumy do żucia to są „Donald”.
I zapomnij o Facebooku, Instastories, Tik-Toku i dostępie do netu z środka oceanu – rany, jak ludzkości udało się przetrwać?
„Smartkomórki” z całą wiedzą świata, zamiast bezużytecznie tkwić w ręce, siedzą sobie dobrze wytrenowane myśleniem, w głowach.
Właśnie wtedy, na początku tych fascynujących lat osiemdziesiątych/ dziewięćdziesiątych wymyślono – pewnie z nudów – nową rozrywkę typu Rajd Wariatów, ale nie taki: „kto pierwszy” tylko: „kto w ogóle” dojedzie do mety.
Zabawa polega na tym, że przedzierasz się z innymi podobnymi „Świrami” przez błotnisto-sypko-gęste tereny różne, pełne płazów, gadów, robactwa i innych podobnych im koleżków intensywnie zaintersowanych spożyciem posiłku z tobą jako daniem głównym.
Całe to małe, ale zajebiście krwiożercze towarzystwo jest mocno zdziwione, że komuś przyszło do głowy wbijać w ich teren, ale ponieważ jesteś rzadkim urozmaiceniem monotonnej diety, to bardzo miło z twojej strony, że wpadłeś.
Przedzierasz się więc przez ten Teren – TereNówką, samochodem jakich już się nie robi, bo nie jestem w stanie sobie wyobrazić nowoczesnego pojazdu, który po dwóch dobach spędzonych w przytulnej rzece, gdy w końcu się go wydobędzie, pojedzie dalej.
Jaka elektronika to zniesie? I po co to komu teraz?
Auta muszą się psuć, rzesze mechaników mają rodziny do wykarmienia i zostało jeszcze trochę planety na złomowanie wraków z obłędnymi 200 tys. przebiegu silnika przeszczepionego od kosiarki.
Pozbawiony ambientowego podświetlenia, masaży i czterostrefowej klimy z aromatami, ale o nieprzeciętnej dzielności w terenie i ogólnej niezawodności szwajcarskiego noża, taki pojazd potrafił rzeczy, które teraz trudno sobie wyobrazić.
Te TereNówki to były Land Rovery i od 1981 roku przez wszystkie kolejne edycje Camel Trophy, dzielnie walcząc z dziewiczą jak ją Bóg stworzył Ziemią, przewijały się tam w różnych modelo-konfiguracjach Range Rovery, Series III, Defender czy Discovery.
Wszystkie one, dla niepoznaki pomalowane w charakterystyczny piaskowo-żółty kolor – Sandglow, były niesamowitymi pojazdami.
Mój też! Tak, tak! Ja też wtedy miałem taki.
Potem zlani, fizycznie do granic wyczerpani, brudni i Channel 5 nie pachnący, że tak to ujmę, o zapachu ujemnym, walcząc pospołu o każdy metr terenu byli to ludzie z kategorii zbyt zajętych życiem, by przejmować się jego wydłużaniem.
Ciężka ta tyrka, mijająca się z możliwościami człowieka i sprzętu o kilka długości, służy – zdaje się – tylko temu, żeby pokazać, ile jest się wartym, że się da oraz, żeby razem z kolegami (którym się udało i nie zostali spożyci) własnym przemysłem, wyobraźnią, inteligencją, siłą i wytrzymałością dojechać do celu „BO TAK!”.
Poruszać się z prędkościami od 5 do 105 km/h, w miejscach, w których „Autostradą” nazywa się utwardzoną drogę pełną kolein, na której nigdy nie było asfaltu, pokonywać rzeki czasami wzdłuż, przedzierać przez zarośla utrzymane w lekkim nieładzie typu „dżungla” i lasy ala-deszczowe od Amazonii przez Sumatrę, Papue-Nową Gwineę, Zair, Brazylię po Borneo, Australię, Madagaskar czy inne Sulawesi, radośnie i ze śpiewem „mknąć” do przodu. O to właśnie chodziło!
Same te użyte w kontekście nazwy: Syberia, Tanzania i Burundi, Gujan, Sabah, Malezja, Argentyna, Paragwaj, Chile, Belize, Meksyk, Gwatemala, Salwador i Honduras., Kalimantan, Mongolia czy Argentyna i Chile przyprawiają o ciary, mierzwią włos na głowie, poruszają wyobraźnię i tworzą atmosferę wyczytaną kiedyś w książkach o Tomku Wilmowskim.
Miejsc o klimacie, którego albo już nie ma, albo niebawem nie będzie, no i pojazdów oraz ludzi o właściwościach, których coraz mniej.
Tak, właśnie wtedy mój Land Rover w malowaniu „Sandglow” miał bagażnik na dachu, a na nim przeróżne akcesoria, drabinę, dodatkowe kanistry na paliwo, łopaty, pojemniki z niezbędnym do przeżycia sprzętem, otwierane wszystkie drzwi, składane fotele i ruchome koła. Wiele przygód przeżyłem razem z nim, wyszedłem z nich cało i chociaż nie były rangi Camel Trophy, to i tak było zajebiście!
Był wspaniałą maszyną, wybłaganą na kolanach i kupioną za bony PeKaO, PRLowski pseudośrodek płatniczy będący substytutem walut wymienialnych typu dolar i nabytym w Pewexie. Był samochodem zabawką LAND ROVER – RANGE ROVER RALLY CAMEL TROPHY SUMATRA 1981 w skali 1:43! a inny Tomasz go pozyskał jako mienie poprzesiedleńcu, i skoro sobie o nim przypomniałem TomMi_ go teraz odda!
Tom? Może być w skali 1:1.
Strange Things
To była sobota i kiedy zaczął, od razu wiedziałem – będzie GRUBO!

Dodaj komentarz