Lemur, gib słoninę! To ja byłem pierwszy! Też miałem genialny plan i odpowiednie pod niego gadane – kupiłem bilety.
22 lata temu, w godzinach kiedy ranne wyją zorze, czyli koło 9 zaprosiłem M. na kawę.
Taki wyjazd jakie przydarzają się każdemu – spontanicznie i na szybko.
– Oj, to tu, niedaleko, tropem Sobieskiego, przecież w Wiedniu jest najlepsza kawa! Już kupiłem bilety.
Skoro są bilety, i to tu, niedaleko, w dodatku pociągiem, no to czemu nie?
Ruszyliśmy na lekko, po co komu na lokalną kawiarnianą wycieczkę jakiś BigBagaż, bez sensu, mały plecak wystarczy.
W Wiedniu kawa jaka jest każdy wie – zależy jak się trafi.
No ale wypijesz, pokręcisz się trochę po terenie i co dalej, wracać? Już? Bez sensu. Skoro tu jesteśmy, jest spoko, robi się romantycznie gdyż nadciąga wieczór, no i śmiesznie, bo w związku z nocą nie mamy noclegu, to czemu by nie zobaczyć jakiegoś fajnego jeziora w komplecie ze wschodem słońca, najlepiej żeby było to jezioro akurat w odległości jednego noclegu w przytulnym pociągu klasy II.
Człowiek przekima się kulturalnie (i mądrze) w pociągu, a rano, voilà – Ekstraordynaryjny Wschód Słońca Nadjeziornie Przepiękny! Najbliższe fajne jezioro w odpowiedniej czasojednostce noclegowej to jest Bodeńskie. I cóż, że ze Szwajcarii?
Zupełnym przypadkiem okazało się, że pociąg do Szwajcarii właśnie podstawia się na peron, a ja mam na niego bilety.
Co za koincydencja )!) żal nie skorzystać! Walimy więc do Bregenz.
I nadeszło jutro.
– M.! To jest Szwajcaria, tu się oddycha!
Obiecany wschód słońca nie zawiódł, i jak to w Szwajcarii, przybył na czas. Jedynym drobnym mankamentem było, że (chyba na czas remontu) jezioro przeniesiono na drugą stronę planety i słońce zalało nas swoim termojądrowym paliwem od drugiej strony czyli od gór typu Alpy.
Ale co tam, i tak było zajebiście. Poranna kawa nad zimnym jeziorem dodała nam tylko animuszu i fantazji.
Dlatego, chyba na pewno, nikogo nie zdziwi fakt, iż ja, niedoszły geograf, mając mapę Europy wytatuowaną na zwojach mózgowych, zaglądnąłem w głąb siebie i jak Pomysłowego Dobromira – coś mnie uderzyło. No tak! Barcelona jest dosłownie rzut beretem stąd.
-M. Nie rzucisz beretem na Barcelonę skoro ona dosłownie za miedzą się ściele?
A, że miałem bilety, cóż, musiała rzucić.
W Barcelonie było spoko, ale Ileż można siedzieć w Barcelonie i słuchać gderania o Realu Madryt?
Lepiej chyba samemu sprawdzić te wszystkie wydumane ploty i niestejziemi kalumnie o odwiecznym ElClassico Arcywrogu?
Nie ma co gdybać, jeździmy i po prostu to sprawdźmy.
Pogrzebałem w kieszeniach i znalazłem odpowiedni bilet!
W pięknym Madrycie zastał nas saharyjski gorąc i utyskiwania na Barce. Ten interior hiszpański stanowczo nie jest dobry dla ludzi morza, z gór, takich jak my.
Jedynym sensownym rozwiązaniem tej hmm… palącej sytuacji, jest udać się nad morze! Ale nie jakieś tam bagno typu Śródziemnomorska Kałuża Nieduża którą już obczailiśmy wcześniej. O nie, myślmy po gospodarsku, z rozmachem, myślmy szerzej, globalnie.
I tak nie za wiele myśląc, doprawdy, nie wiem jak to się stało, ale skoro miałem bilety, wylądowaliśmy nad oceanem.
Dokładnie to w Lizbonie, a tu niespodziewanie skończył nam się kontynent!
Lizbona to klasa jest miejscówka, wieje bryzą od strony oceanu, czuć historię podróżniczą i histerię (wtedy) Mistrzostw Europy w piłce nożnej, na tyle dobrze, że każdemu się udziela.
Skoro to tak, i nawet nikt ci piwa nie poda zapatrzony w telewizor, to na finały musieliśmy się udać tam, gdzie czuć je (ME) było jeszcze lepiej.
Do Francji, a dokładnie do Paryża, chociaż nie wiązałbym tych miejscówek zbytnio ze sobą.
Po drodze był niezły ubaw, okazało się, że mam bilety na pociąg który pilotują obłąkani maszyniści, byli piloci myśliwców zwolnieni z armii za notoryczne przekraczanie prędkości. Ścigając się po szynach z samolotami, grzali do przodu tak, że cofali czas i wygrali.
Gdy przybyliśmy do tego całego Paris, wyszło na to, że Francja wygrała mecz. Paris upadając na klaksony zamarł zmrożony tą radością do szpiku kości i udarem mózgu od kakofonii.
Musimy się ruszać jeśli chcemy żyć, życie to ruch, ruszyliśmy więc… jak Cezar, do Londonium.
Brytania, jak się okazało nie znowu taka Wielka, przywitała nas szyderczym śmiechem mew wielkości Tyranozaurów. Chichocząc szyderczo latały nad naszymi głowami kiedy przykryci tylko pobożnymi życzeniami, śpiąc czekaliśmy świtu na żeliwnych ławeczkach dla hobbitów.
Zaraz potem okazało się, że jest Bondem, a gdy po sekundzie odkryto pomyłkę, śmiechom nie było końca, a ja, ze strachu że będę musiał płacić jakieś tantiemy, franczyzę, czy inną karę za prawa autorskie, wolałem się zmyć… po angielsku.
Sprawdziłem czy mamy odpowiednie bilety, a gdy okazało się, że tak, już kilkadziesiąt godzin i kilkaset kilometrów później, jak Cezar, oddychaliśmy świeżym, morskim powietrzem nasyconym ropopochodnymi efektami spalania mazutu na Galerniczym Wycieczkowcu z Wenecji i Ankony – to taka Włoska mieścina, zmierzając do Aten – to taka Grecka mieścina.
Ateny, czuć spaliną z rana, słońce w zmasowanym ataku swych potężnych promieni przygniata do ziemi wszystko. Nawet po heroicznym wyspinaniu się na ten cały Akropol, i rzuceniu okiem na resztki tej upadłej cywilizacji, no nie dało się. Wyszło tyle – nie ma co udawać greka, 45 stopni w cieniu to nie są temperatury dla nowożytnych cywilizacji, tych klapków przyklejonych gorącem do jezdni i tak już się nie odzyska, czas więc udać się na północ.
Tak, miałem odpowiednie bilety.
Pięknie zacienione saloniki w Salonikach wabiły nas nieodparcie obietnicą frozen latte, no i są jak najbardziej na północ od południa.
Te Thesaloniki to nie jest miasto, to jedna wielka impreza, a na imprezie jak to na imprezie, ileż można siedzieć: O u Kowalskich też byli goście, a już się nie świeci!
Trzeba wiedzieć kiedy wyjść niepostrzeżenie.
Tak też zrobiliśmy, ponieważ miałem odpowiedni bilet.
A podczas tej „ucieczki do przodu”, krótkiej przejażdżki do Budapesztu, było śmiechu co niemiara. Okazało się, że Greckie Koleje Państwowe to są takie jajcarze, że postawili, nic nam nie mówiąc, zrobić sobie w ramach żartu, objazd państw ościennych. Zamiast walić maszyną prosto do góry jak z mapy wypada, ci wybrali się w tournee „Naokoło”, przez Bułgarię i Rumunię. Podróż obliczona na 12 nocno-śpiących godziny i jedną kanapkę z małą butelką wody, trwała godzin 48. A Warsa tam nie mieli, wysiadł.. sądząc po stanie wagonów, 25 lat wcześniej.
Żaden Papierz tak ziemi nie całował jak my te peron na dworcu Kleti w Buda i Peszcie – O KURWA Nareszcie!
Po gulaszu popitym tokajem i popitym tokajem, popitym tokajem, jeszcze popitym tokajem i tokajem nad modrym pięknym Dunajem, przyszedł czas, gdyż jak się okazało mamy nawet takie bilety na powrót przez te Słowackie Czechy, z tej szybkiej Wiedeńskiej kawy… do domu.
Kurczę, no naprawdę, jeden szybki wypad na kawę i faktycznie zleciał ten miesiąc nie wiadomo kiedy!
Wypad na kawę
Król Julian, ten madagaskarowy lemur – złodziej najlepszych tekstów, powiedział kiedyś: „Wpadłem na genialny plan! Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”.

Dodaj komentarz