Agentos

188/365 szosopasta na 1598 słów, 8 minut czasu czytania

Naprawdę nikogo nie dziwi — kiedy tak siedząc w kinie, podpięty pod dziesięciolitrowe kubasy ze słodkimi napojami, wciągając kilogramy popcornu z automatycznych podajników taśmowych i z zapartym tchem patrząc, jak Bond, James Bond, z uśmiechem i nową Omegą — że killuje dziesiątki wrogów (stąd nazwa — dziesiątkować) i nawet się przy tym nie spoci?

Zawsze ma bilet na dowolny lot, kasę nosi w walizkach wyjętych magicznie z rękawa, nie ma brody, mimo że goli się raz na 6 do 12 lat (a niektórzy z nich nigdy)?

Że on, w tych swoich nienagannych garniturkach, z sardonicznym uśmieszkiem, ze szczęściem, co zawsze sprzyja, zbirów hurtem zabija i nigdy nie myje zębów, a mimo to podczas zbliżenia z damami one nie uciekają z krzykiem najbliższymi drzwiami? Jeśli padają nieprzytomne, to z innych powodów.

Albo taki Hunt, niejaki Itan — jest wszędzie, wie wszystko, włada językami. Jak gdzieś idzie, to biegnie, a krawatka zawsze zawiązana nienagannie i zapalniczka mu sama nie wypadnie.

Ichni kumple to samo. Pojawiają się na czas, zawsze i znikąd. Hakują satelity łatwo jak wychylenie sety, na wszystko mają receptę (bo nie od polskich lekarzy!), nigdy się nie mylą… a jeśli się mylą, to nie daj się zmylić — to jest zmyłka i specjalna pomyłka, żeby akcja toczyła się wartko dalej.

Baterii nie ładują, zawsze mają każdy potrzebny kabel i zasięg, kanapek w zatłuszczonym papierze, przyniesionych z domu, nie jedzą, a mimo to nie są głodni?

Siedzisz na VIP-fotelu w Atmos-atmosferze i nie dumasz, skąd oni — taki Bond, Hunt, Killer czy inny Pan Samochodzik — biorą te garniaki, golfy i białe koszule, zawsze czyste i w hurcie? Kto ładuje te wszystkie gadżety? Kiedy zmieniają gacie i kto je krochmali? Czy piszą poezje, co zostawią potomnym? I kim im karmią rybki?

Tego w filmie nie widać, bo to jest zmanipulowane na ekranie! W filmie są tylko wybrane urywki — z pracy jedynie. Ładnie poklejone, wizualnie przyjemne w odbiorze, zapierające dech i zmuszające do zakupu kolejnej porcji tacos. Częściowe ujęcia z całości!

Ba, niektóre sceny są dokręcone w studio, gdyż antagonista protagonisty za szybko spadł z dachu i się nie udało zrobić dobrego ujęcia live… Jednak o tym cicho sza, bo się wyda.

Tak jak w Formule 1, kiedy pokazują nam jedynie wyścig. Szara rzeczywistość jest pominięta i widać ją dopiero na Netflixie, w filmie dokumentalnym. A na meczu piłki nożnej? Widzisz tego gościa, co skradł szoł, bo w samych szortach pobił rekord na setkę, gdy gonił się z ochroną po mokrej murawie Basenu Narodowego? Pokazują? Nie pokazują!

W filmie nie pokazuje się agenckiego życia prozy, by nie wzbudzać grozy. Popcorn ma się sprzedać (bo tylko na nim jest jakiś zarobek, kiedy w kinie pięć osób, gdyż to nie megahit i arcydzieł pokroju „365 dni” otarty o Oskara). Budżety muszą się spinać, i za długo by ten prozaiczny film trwał, a tu jeszcze się musi zmieścić półtorej godziny reklam i napisów.

Dzień z prozy życia agenta, który się ożenił, a Tajna Organizacja nie zabiła mu żony na końcu filmu, jest trochę inny niż w kinie. Jeśli ukochana przeżyła i jest się tyle lat w zawodzie co Hunt czy Bund, i ciągle na chodzie, to tak to człowiekowi wychodzi… bokiem!

Co do kobiet w tych filmowych zbliżeniach… Tak, jest słabo, bo kusi. Zawsze jednak jest jakaś przykładowa Marta, agencka Żona Nieumarta, co stoi za plecami każdego faceta i doradza, i raczej te zbliżenia z obcymi babami — łagodnie ujmując (chwytem zapaśniczym za szyję) — odradza.

I ma rację. Kto by się tam chciał użerać z tymi wszystkimi pięknościami? Jedna na co dzień w zupełności nie wystarczy. A martini, wstrząśnięte czy zmieszane? Dobrze Bond to spuentował: „W dupie to mam, jedna cholera…” Piwo też jest dobre.

Agent mieszka w bloku. Tak, tak! A co myślałeś? W willi czy innym pałacu? Bądźmy poważni. W bloku nie bez powodu mieszka, i w dodatku w jakimś nierzucającym się w oczy mieście i kraju. Kamuflażość i incognitość to podstawa. Nie można złoczyńcom ułatwiać złoczyństwa! I w razie wpadki łatwo się przeprowadzić — mebli mało, a hipoteka na pałac z ogrodem nie uwiera.

Dobra, zostawmy to. Są ważniejsze zagadnienia, gdyż: Jak wygląda dzień pracy agenta off the record? Jak? Zwyczajnie, że tak to ujmę — do bólu.

Nadchodzi ranek i jak uda mu się wstać — w tym i wieku, i stażu, przy takiej pracy to nie jest ani łatwe, ani oczywiste — to już jest pierwszy sukces. Korzysta czasem z Ubera, ale się ubera, w te garnitury od Toma Forda, buty od Crockett & Jones, Omegi Seamastery od… Omegi, i inne wszystkie pierdółki. Nawet jak nosi tylko golf i skórę, to i tak tylko najlepsze, bo trzeba wyglądać, c’nie? Reprezentuje się w końcu jakieś państwo, no i w kinie będzie wszystko widać — w IMAX 8K.

Tu jest pierwszy problem. Wszystko to kosztuje furę hajsu, a robota agenta na etacie, wiadomo — pensja może i pewna, ale walczysz z prywaciarzami, pracujesz dla rządów, więc… budżetówka. Składki trzeba odprowadzać, opodatkowane to wszystko, VAT-y, PIT-y i akcyzy. Niby jest zwrot kosztów, ale paragon nie zawsze dasz radę wziąć, szczególnie kiedy musisz nagle zaiwaniać po dachu pociągu, za tego drinka.

Skąd więc brać na ten cały szyk i klasę, gdyż każdy wie: jak upieprzyć garniak w robocie, to taki za minimum 15 koła papierów? Cóż, jak u handlowców żyjących z prowizji czy brygadzistów robiących na akord — musisz iść, przyłożyć się w pracy, dobrze tropić i ostro killować. Wtedy, jak jakiegoś jednego czy drugiego potężnego wroga wyeliminujesz raz w tygodniu, to coś tam zawsze skapnie z tych fortun niebotycznych.

Agentura przymyka oko (wiedzą jak jest), gdy czasem sobie pobierzesz prowizję sam z sejfu, ale bez szału! Do tego zrobisz zakupy w dyskoncie, zamiast whisky single malt wypijesz Żubra beer (I’m working) i jakoś się dociągnie do pierwszego.

Dobra, śniadanie (potrójne rozpuszczalne espresso) wypite, cmok-cmok i trzeba podrzucić dzieci do szkoły, a siebie do roboty. Zanim się towarzystwo wygramoli „pod budą” z tego cholernego Astona, to oczywiście schodzi cały wiek (te pojazdy nie są od tego!). Wszystkie SuvMamy obtrąbią cię tam do suchej nitki. Fakt faktem, do odwożenia pod szkołę to się nie nadaje, o kupnie szafki w Ikei nie mówiąc.

Co poradzić? To sprzęt jest specjalistyczny, auto służbowe, nie ma co grymasić. Zagryźć zęby i jakoś znosić. Potem wbija się na Bazę. Przykładowa Monypeny czy inna p. Krysia przekazuje szczegóły misji. Podwijasz rękawy i 8 godzin jedziesz (pościg), spadasz (spadochron), płyniesz (nurkując), podkładasz (bomby), killujesz (czym się da), główkujesz (głową), rozkminiasz (rozumem), wygrywasz (w karty), wypadasz (z pociągu), latasz (helikopterem), zatapiasz (okręty podwodne), dostajesz (w ryj), oddajesz (kopa).

Ot, takie tam, standardowe procedury. Typowe agenckie robótki z pełnym przestrzeganiem przepisów BHP. A nieraz i dłużej musisz robić (płatne nadgodziny)! Kończysz, myjesz ręce, po drodze zakupy i do domu na obiad.

A na chacie oczywiście chryja. Bo znowu ciuchy usyfione krwią.

— Agent z borzej chaszczy! Bądź RAZ poważny! Przejmujesz się w ogóle moją pracą? Wiesz, ile to wysiłku kosztuje sprać taką krew?! Nie dałoby się czasem być UWAŻNYM bardziej!?

Trzeba trochę udobruchać Agetoską Wife, bo — cholera zapomniałeś — znowu karabinek i cztery granaty nieogarnięte zostały w sypialni na łóżku. Jeden się sturlał pod komodę, koleżanki przyszły i dziecko jednej z nich zaczęło się tym bawić. Był ubaw! Można powiedzieć, że się rozerwały — no bombowo po prostu.

W domu, jak to w domu, młodzież się kłóci, kot znowu wyczuł arcywrogiego kota i fuczy. Wszystko cię boli po robocie, a trzeba jeszcze odkurzyć, śmieci posegregować, a pancerna szyba pękła w salonie, więc czas ją wymienić. Bo jak prawdziwy mężczyzna mówi, że wymieni, to mu co pół roku nie trzeba przypominać, a zdaje się, że właśnie minęło.

— Bo nie tylko ty, Agent z borzej gałęzi, w tym domu chodzisz do pracy! A kto ci zrobił dzisiaj obiad!?

A weź i się spóźnij na taki obiad! O właśnie! Raz taka była draka. Bodajże… w zeszłym roku. Budzisz się gdzieś (potem wyszło, że to Radom… albo Budapeszt), bez pamięci, po mocnym strzale w głowę. Nagła utrata przytomności nastąpiła, niby normalne, ale tym razem zonk — przytomniejesz i nie wiesz, kim jesteś!

Wstrząs mózgu i chwilowa utrata pamięci. No weź i zadzwoń do domu, że się spóźnisz, jak ani telefonu nie masz, ani numeru nie pamiętasz (kto teraz pamięta numery?), ba, nawet nie wiesz, że obiad o 16. Wyłazisz z tego bagażnika, cały obolały, wkoło masa obcych ludzi. Zanim dojdziesz do siebie, gdzie jesteś, kim jesteś i po co, nim wrócisz jakoś do domu ledwo żywy, to kilka dni minie.

I co? Może: „Cześć tato? Co słychać, kochanie? Jak fajnie, że już jesteś?” Nic z tych rzeczy! Spóźniony jak zwykle, była wywiadówka i pani się pytała, nieposprzątane w piwnicy, i że jeszcze raz taki numer, a przestaniesz się martwić o stan uzębienia, bo po co się martwić czymś, czego się nie ma!

Doprawdy, kto to widział, tak stresować człowieka po takiej delegacji? I jeszcze ten cholerny kamuflażing. Mieszkanie w bloku? Kto to, kurwa, wymyślił? Ciągle się sąsiedzi zmieniają, same z nimi problemy. Jak to tak? Ano jest tak — przychodzisz wieczorem skonany do domu, po „pracy w hucie”, a tam domówka czy inna impreza za ścianą. Martini już zmieszane z wódką i z wódką, i do tego wódka czeka. I piwo!

Chciałoby się po prostu odpocząć, wypić jednego cholernego drinka z żoną i z procentami! Raz(!) i pójść spokojnie spać! Czy to tak wiele?! To nie, hałas i śmiechy do późna!

Człowiek zmęczony, w stresie, czasem sobie zapomni, że „license to kill” to jedynie w pracy i z przyzwyczajenia, odruchowo… y… mniejsza! W każdym razie — sąsiedzi się zmienią dość często, ale na szczęście zawsze jakiś cmentarz (lub las) jest niedaleko.

I tak to właśnie jest być jakimś Agentem w live, poza kinem. Ta, chyba nieruchomości… Agentem.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑