Atleta

 -Przepraszam, czy pan jest homo sapiens?

-A gdzie tam! Skąd! Panie, a idź pan, w życiu!
No ale, mimo wszystko… kurde… gdy nadjechałem i zobaczyłem Go jak biegnie wzdłuż drogi, gdy ujrzałem tę sylwtkę, tak, no, aż spociłem się z wrażenia!
Go Ljat!
Otrzeźwiej Mi_ – skarciłem się w duchu – jesteś heterochłop czy nie?
Ale nie, nie dało się. Zwolniłem i z fascynacją patrzyłem jak pochłania przestrzeń równym, latami ćwiczonym rytmem, noga za nogą, noga za noga, jakby był urodzonym atletą.
Był niczym Schwarzenegger, w Commando.
Potężne mięśnie grały pod skórą, tworząc kształty, płaszczyzny, krzywizny, piękna których uwiecznienia nie powstydziłby się niejaki Tyc Jan czy inny ten…, cholera, jak mu tam…
-Kim jesteś?
-Jestem Anioł!
-Ty, „Blacha”, słyszałeś? Facet a mówi, że jest jakąś Anią!
-Michał ksywa „Anioł”!
Nie, nie dało się oderwać wzroku – przyciągał, hipnotyzował, i wciągał w swój wszechświat, odciągając… od drogi, od świata tego przyziemnego mego.
Ta harmonijna budowa, sylwetka jak młociarza mocarza co sierp swój wykuwa, cała ta galantnie cudowna maszyneria która w zgodnym – orkiestry symfonicznej pod batutą – rytmie, doskonałej synchronizacji – szwajcarskich przez skokiem stulecia – zegarków… wzbudzała respekt, szacunek… strach?
Nie miał na sobie najnowszych, nieodparzających w kroku, a podkreślających przedziałki, gaci z lycry, podkoszulka z kosmiczną technologią opinania i potu odprowadzania nie wdział, ni hiperbutów Brooks Ghost czy innych Asics Gel-Cumulus nie wzuł, a mimo to przemieszczał się tempem arcymistrza Runmageddonu, i gracją Manuela Legrisa.
Był żywym dowodem na to, że nie sprzęt a chęć szczera z ciebie też zrobi snaj… sprintera.
Sunąc tak, całemu światu pokazywał: nie potrzeba profi sprzętu, a jedynie pasji, by robić co się kocha, i do czego jest się stworzonym.
Sprzętu brak to jedynie wymówka dla leszczów barowych, usprawiedliwianie swych słabości, pretekst do odpuszczania.
– Kurde, może ten wegetarianizm to nie taki zły pomysł? – zadumałem się, i wiele takich oraz innych myśli kłębiło mi się pod maską, gdy tak patrzyłem na tego olbrzyma, który nie bacząc na nierówności terenu, na przeszkody, na wymówki, parł zawzięcie do przodu.
Ale drze!
Zniewolony zwolniłem, zrównałem tempo i kiedy tak biegł, a ja jechałem… Przez chwilę byliśmy parą, partnerami, teamem!
Duetem -jak Schwarzenegger i DeVito – tytanów, byliśmy.
Kiedy tak jechałem ostrożnie, by nie spłoszyć, by rytmu nie zgubił, nogi nie zwichnął, kontuzji nie złapał, nagle ocknął się, zdekoncentrował, wrócił na plantę Ziemia, odwrócił głowę, spojrzał na mnie i… Mrugnął?
Ej, czy on do mnie mrugnął?
Nie wiem, to było ułamek sekundy temu, ta chwila już minęła, a zaraz potem nagle skręcił mi przed maskę, dwoma potężnymi susami przesadził drogę…
I ten potężny, chyba 200 kilowy, jeleń zniknął w lesie po drugiej stronie drogi.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑