Mojito

#szosopasta na 1050 słów, 6 minut czasu czytania.

W wakacje, na południe Europy — po upały, plus 40, do wytrzymania tylko pod klimą na kwaterze.
Nieprzebrane tłumy mówiące w znanych nam językach typu słowiański;
przebrane w gwiazdkowane apartamenta, dziwnie znajome z akustyki pokomunistyczne domy na każdą kieszeń;
starożytne budowle, na których za skromną opłatą — w tysiącach euro z tytułu „panie władzo, ja nie wiedziałem, że to zabytek” — można wyrzeźbić: „Ziuta tu byłem i aj low ju”;
zapisy do kolejki w celu zwiedzania kolejnej bocznej alejki;
chroniczny brak miejsc i puste parkingi kosztujące fortunę;
oraz kawa jak marzenie — wiodą różne drogi.

Można pojechać „Wariatem Wschodnim” przez Barwinek – Koszyce – Jakbyś nie wbijał na tę obwodnicę, i tak polecisz przez centrum Budapesztu – I dalej prosto.
Jest tu trochę górek do pokonania drogami niepierwszej jakości i wiecznie remontowaną pseudodrogą szybkiego ruchu z dziurami jak leje po ostrzale artyleryjskim, do Miszkolca.
Można śmignąć „Na Sobieskiego” przez Gliwice – Ostrawę – Brno – Jedź potem jak chcesz lub sam już nie wiem, a i tak trafisz pod Wiedeń – I dalej w dół.
Opcja „Husyta Style” rozpieszcza zorganizowane tabory zbrojonych wozów, atakując południe od północy — jazdą przez Pragę – Potem dowolnie.

To tylko wybrane warianty, lecz bez względu na to, który wybierzemy, jest jedno, co łączy je wszystkie — odległość 1000 plus.
Są to trasy średniego zasięgu, przez wielu traktowane jako imprezka „na raz”.
Takie — wsiadam wieczorem, wysiadam rano — ma swoje zalety:

1. Wieczorem jesteś zalany… deszczem w przykładowej Warszawie, a już rano możesz być zalany (100% gwarancji) czym innym i zupełnie gdzie indziej. No… słońcem południowych krain zalany, a czym niby?

2. Młodzież — od 0,5 do 27 roku życia — łatwiej opanować bez pomocy rękoczynów, wulgaryzmów i gróźb karanych. Pokłóci się to z pół godziny o nic, pomarudzi drugie pół na coś, lecz potem — długie godziny chrapania, mruczenia i, co gwarantuje spanie w pozycji siedzącej z głową opadniętą na ramię lub okno — kapania śliny przez otwarte gęby.

3. Spora oszczędność czasourlopogodzin i winiet autostradowych — jeśli jedziesz na tydzień.

Wszystkie te opłaty są tak sprytnie pomyślane, że mają ważność max dni 10 lub 30 — gdyż, jak wiadomo, na urlop przeważnie wbija się na 14.

4. …Tu każdy może dopisać coś swojego.

Oczywiście, wszystkie te powyższe udogodnienia nie dotyczą pojazdów elektrycznych.
One objęte są zupełnie innymi strategiami, opartymi na pomnożeniu zasięgu pojazdu przez siłę i kierunek wiatru razy ilość ciężarówek na trasie, za które można się schować, plus przewyższenia, dodać średnie temperatury powietrza z uwzględnieniem ciężaru spalinowego generatora w bagażniku, wymiennie z rozmieszczeniem punktów ładowania.

W skrócie: 3 dni planowania wersji przejazdu + 3 doby (w jedną stronę) postojów na ładowanie, przerywanych krótkimi epizodami ecojazdy + 3 dni na wszelki wypadek + to, co zostanie z urlopu.

Zostawmy tę szyderę — ja do elektryki nic nie mam, każdy jest panem swej kierownicy, i ktoś te trudne szlaki musi przecierać.
Mnie trafiłby szlak, więc szanuję entuzjastów.
Jeśli jednak jedziesz dieslem, a nawet i V12, możesz ogarnąć temat „na raz” — łatwo i przyjemnie, w kilka godzin, pod pewnymi oczywiście warunkami.

Jeśli nie… to zamiast na południe Europy możesz dojechać — nie wiadomo nawet kiedy i jak — jak ja kiedyś… na Karaiby.
Tak może być, kiedy po przepracowaniu całego dnia plus nadgodziny, nastaje w końcu ten upragniony wieczór. Lecisz na pysk, ale trzeba trzymać twarz, bo… „Ruszaj, szkoda dnia, ruszaj, szkoda dnia”.

Czas na urlop!
Jedyne, na co można teraz liczyć w ramach wsparcia, to szybka kawa typu „po turecku w szklance” — mocą i konsystencją dopasowana do mazutu, paliwa napędowego kontenerowców.
Wypite? Czas start.
W charakterze łóżka dzisiejszej nocy robi fotel kierowcy w eco-skórze, ale nie będzie się w nim spało, gdyż bywają takie dni, które kończą się — mimo że nad ranem to na trzeźwo — po całej nocy w trasie.
Umorduję się, ale szybciej wypocznę — myślisz — i już rano będę się pławił (w słońcu) i zalewał (wodą).
Zapinasz pas, bak pełen On, radio na ON, kolejna kawa „mazut like” w uchwyt — i jazda…

…I na tym przedłużeniu dnia roboczego w kierunku południowym, z orientacją na rekreację, minęła godzina 3 w nocy, a 6 za kierownicą.
Muzyczka z radia leci, przyjemne 21 stopni z klimatyzacji, fotel wygodny, doskonale się jedzie.
Się jedzie dosko.
A muzyczka w radio typu chillout — zero stresu.
Na drodze, o tej porze, już i jeszcze — nikt.
Elektryki pod ładowarkami, inni, jak ty PlanetoPsuje w swych Spalinopotworach, gdzieś tam przemykają szczątkowo, a zawodowcy śpią jeszcze.

Światła xenon pięknie, błękitnie jak na morzu Karaibskim, oświetlają drogę, amortyzatory amortyzują, muzyka łagodzi obyczaje, gdyż ci, co o tej porze nie śpią, najchętniej słuchają delikatnych brzdąknięć typu fletnia Pana… Zamfira, lub innej kojącej muzyki.
ZZ Top czy Metallica o tej porze, ze względu na dobre stosunki z pasażerami, są bezwzględnie zabronione.
Ma to swoje plusy dodatnie, ale ma też plusy ujemne — ich nie pobudzi, ale i ciebie też nie pobudza.

I tak, łagodnie i przyjemnie, płyniemy sobie na tych falach błękitnych, grynszpanowo-turkusowych z dodatkiem cyjanu, po morzu lazurowo niebieskim, bujani z lekka amortyzatorami oraz z eteru falami.
Jest cudownie i tak, oczywiście… bardzo chętnie, poproszę jeszcze jedno mojito…
i jasne, że możecie popływać, a ja tu sobie poleżę… miło tak z drinkiem pod ręką, kiedy przyjemnie szumią fale, przyjemnie i pełen relaks, leżeć w fotelu pod daszkiem.
Muzyczka tworzy dyskretne tło, fale masują trąbki twoje i Eustachiusza, łagodnie buja jachtem… i o, śmieszne… Scania na morzu!

Hmm… a cóż Scania tu robi?
Ha, ha, to teraz po morzach pływają jachty ciężarówkopodobne?
W dupach się tym milionerom przewraca?
Spoko, dla mnie luz, niech sobie pływa, tylko dlaczego ona płynie w moją stronę?
I „łaj” po moim pasie?
Zaraz… ale ten… jak po pasie?… to są na morzu pasy malowane?
Ona chyba nie płynie… ona zdaje się jedzie po moim pasie!
O Kur dwa naście!

Jeb mojitem w kąt, zryw z leżaka, rzut do sterów, błyskawiczny unik — jak przed sierpem — w prawo, automatycznie noga z gazu, skręt i kontra, wbicie na pobocze, hamulec i stać… Acha… i oddychać.
Oddychać, mówię!
Tętno? Jest! A ile? 200! I? Spada!
Dobra, żyjemy?
Ży je My!

Dlatego właśnie — jak nie masz zmiennika, to co dwie godziny zrób, jak w robocie: „przerwę na fajkę”.
A kiedy masz zmiennika, to niech nie gdera towarzysko, tylko śpi — i nie zawahaj się go użyć, zanim w charakterze pobudki zobaczysz przez ciężkie powieki, na gładkim morzu przed sobą, ciężarówkę wiezioną na lawecie — kabiną do tyłu!

To są jednak bardzo stresujące chwile — szczególnie kiedy się przed chwilą pływało z mojito na toplesie po jakimś Karaibie.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑