Zanim Maximus Decimus Meridius zwany dla niepoznaki „Hiszpanem”, dla ziomali z areny „Gladiator”, przeszedł przez Nieuchronne Wrota (Pierwsze) by spotkać się ze swoją rodziną w zaświatach, musiał dokończyć co na ziemi robić zaczął.
A, że dobry był w robieniu mieczem…
Dość powiedzieć, że z głową rąbał, w dodatku kumplował się z Markiem Aureliuszem (Cezar, Imperator, August, Władca Połowy Świata, Filozof, Prekursor Diet w Delegacji i na Placówkach Zagranicznych) i coś tam knuli z demos kracją!
Wyszło że robił to wszystko na tyle dobrze, iż… musiał umrzeć.
Nie zginął jednak – mróz czasem mrozi ostrze – ale i tak, z rycerza został niewolnikiem.
Niektóre znajomości bywają, tak czy owak, kłopotliwe.
Potem, kiedy już wyszło jak dobrze nasz Gladi się naparza, w dodatku musi żyć, i to w niewoli, wnerwił się (teraz to by mu zdiagnozowali lekką depresję i dysleksję) gdyż nie pasował mu ten układ, a zerwać go nie mógł.
Dlatego, w ramach terapii i upustu, jeszcze lepiej wycinał w trójząb – swym wiernym gladiusem – dowolne ilości arenowych przeciwników.
A wszystko to ku uciesze gawiedzi (masowe gusta nigdy nie były zbyt wyrafinowane), i gdy on chciał sobie tylko spokojnie zejść, odejść, przez wrota do wieczności przejść, to nie! przeznaczenie nie pozwala, gdyż ma jakieś swoje plany!
Kiedy, po jednej z takich nierównych walk – całkowicie niesportowo i bez fair play, bo on był Aż jeden a ich Jedynie sześciu – podczas odbierania premii, dowiedział się iż jego aktualny właściciel również znał Cesarza Marka A., aż parsknął śmiechem.
Całe lata kumplował się z Markiem Aureliuszem, gulasz z jednego kotła jedli, po różnych barach mlecznych na rubieżach Cesarstwa pierogi ruskie wsuwali, a jakoś nie przypomina sobie imprezy z tym tu jegomościem. Kręcąc głową, zaśmiał się gromko i z niedowierzaniem zapytał – znałeś Marka Aureliusza?
-Nie mówię, że znałem! Raz go spotkałem kiedy wręczał mi Rudis, symbol wolności gladiatora.
Tak sobie o tym, pozornie bez sensu, przypomniałem kiedy tak tu stoję – niby stare są to dzieje, pewnie gdzieś nawet ze średniowiecza – ale ciut się nudzę, a takoż stoję przed wrotami (Drugie) przez które przejść Mi_ fortuna nie pozwala.
A raczej brak fortuny, a nawet i zdolności kredytowej.
Jest to rok pański 1999 naszej ery i nigdy nie było problemu z wchodzeniem, a teraz, jak na złość – jest, i wejść do wnętrza nie mogę, a zawracać nie zamierzam!
Ja, z raz powziętej decyzji kulturalnej się nie wycofuję!
Wszystko przez przeżycia z młodości. Doświadczonym wtedy bardzo, przez Biletery które nie wpuściły mnie przez wrota (Trzecie) na Brusa Li, zostałem już tak na całe życie z odciśniętym piętnem i traumą (w gladiatorskim średniowieczu by powiedzieli, że się wkurwiłem).
Z tych to właśnie powodów zacząłem stosować technikę tajnych uników i tajemnych przeników, którą w ciągu wielu lat doprowadziłem do perfekcji. Jednakowoż, cóż to za perfekcja skoro stoję tu na zewnątrz, kiedy wszyscy już przez wrota (Czwarte) przeszli, a Biletery – chyba ze cztery – pilnując wejścia, mają na mnie oka?
Cholera no! Nie mam dojścia do wejścia, jak tak dalej pójdzie to nie wejdę?
Co zrobiłem nie tak – dumam i patrzę po sobie – bo przecież wyglądam normalnie.
Ok, jest to Big Premiera Nowego Filmu pana na P.
Ok, ludzi się naschodziło sporo w tych swoich żakietach i frakach, garsonkach i garnituropodobnych wdziankach, ale przecież… aż tak chyba nie odbiegam?
Beż-bojówki, Na-błysk-lakierki, Pikowana-navi-kufajka, do tego torbo-reporterka – przecież taki jestem w tym nijaki taki, od razu widać, tak z twarzy podobny zupełnie do nikogo, że już dawno powinienem być, po przeniknięciu w tłumie, po drugiej stronie tych wrót!
A tam, w oczekiwaniu, spożywać darmowe (jutro przeterminowane) piwo i zajadać kanapeczki (jak na studiach – posmarowane nożem). Przegryzając krakersy, gryźć się jedynie myślą: gdzie usiądę jak biletu nie mam, a narodu tu jak na stadionie Narodowym kiedy jeszcze służył do tego do czego został stworzony i był bazarem.
Wieczór już dawno, w środku pełno, a ja zewnętrznie stojąc wciąż kombinuję i chyba już trochę desperuję, bo z braku dostępnych opcji zaczynam rozważać wykorzystanie Gwiezdnych wrót (Piąte).
Wrota te, ustawione gdzieś dyskretnie na prawo od wejścia, o choćby tam, za tą budą z papierosami, doskonale by się teraz przydały. Służą one przecież do transportu ludzi i przedmiotów na duże (międzyplanetarne lub międzygalaktyczne) odległości, a ich działanie jest oparte na tworzeniu stabilnych tuneli czasoprzestrzennych „wormholi” .
Na małą kilkumetrową odległość byłby więc jak znalazł.
Jasne, nie są dwukierunkowe, ale to nic, po seansie wyjdę już normalnie zu fuß, razem z resztą publiki, Wrotami Wyjściowymi (Szóste).
Niestety, mimo że odnalezione już w 28 w Gizie, a odpalone w 94 – są zajęte. Jak zwykle, oczywiście, łapę na nich położyli Amerykańcy, i tu w głębi Europy nie mam szans na ten transport.
Godzina projekcji zbliża się nieuchronnie niczym koniec urlopu.
Kiedy tak stoję, głupkowato dość, bo wiem, że biletery wiedzą, że ja wiem, że One wiedzą, że ja nie mam wejściówki, nagle, prawie po nogach przejeżdża Mi_ volvo S80 – samochód osobowy klasy średnio-wyższej produkowany przez szwedzką markę w Volvo latach. Srebrny jest i niespodziewany dość, bo przecież stoję z 10 metrów od ulicy – conajmniej!
„Helo, co gościu odpierdalasz?” – mógłbym zapytać – gdyby nie to, że ten „gościu” wyskakuje zza kierownicy zwinnie jak baletnica, mimo że łatwiej go przeskoczyć niż obejść, i ma dziwnie dobrze uszyty garnitur, a jak wiadomo – jeśli nie widzisz broni to wcale nie znaczy, że jej tam nie ma!
Ja odskakuję od auta, on doskakuje do drzwi – właściwie do tylnych wrót (Siódmych) – taka duża to „gablota”, otwiera je a dywan się rozpościera.
Najpierw wysiada jakaś kobieta – chyba znana – nie znam, za nią zaś facet – coś kojarzę.
Ja jego chyba skądś znam, ja na pewno go znam!
Lecz nie czas teraz na zgadywanki bo jak każdy wie z Teorii bezwzględności Alberta Einsteina- czas jest nieciągły i nie zawsze ciągnie się nam tak samo, a teraz jest dla mnie bezwzględny i nagle przyśpieszył.
Biletery rozwierają wrota na oścież, publika zamiera, a „świeżoprzybyły” Facet z Towarzyszką walą w te wrota jak do Papieża.
A ja za nimi…
Bo co mi teraz Biletera zrobi? Przy Vip-ach burdy, a jak ja „służbowo, na statek?”
I tak właśnie wszedłem na premierę „Dziewiątych Wrót” z Polańskim!
-Co, to mówisz, że znasz Polańskiego?!?
-Nie twierdzę, że go znam. Ale na „krzywy ryj” w kinie byliśmy!
No cóż… Nie mógłbym, mając „na stanie” profesjonalną Filmoznawczynię, nie wspomnieć o tej przygodzie.
W końcu Polański obchodzi dzisiaj 90-kę.


Dodaj komentarz