Kiedy zobaczyłem tę miejscówkę i jej oznaczenia, od razu pomyślałem: ale super, w końcu ktoś pomyślał!
Brawo! Trzeba zdać sobie sprawozdanie jak ważne, jak istotne jest, aby więcej takich miejsc postojowych powstawało w naszej przestrzeni.
Skoro są już pierwsze, znaczy się potrzebne były, to jak naszybciej róbmy ich więcej, póki jest okazja bo idzie zimne.
Tak, mnie to raczej nie dotyczy, ale wyobrażam sobie, jak takich ułatwień brak może być uciążliwy dla potrzebujących.
O, np. mamy początek maja. Nie ma już 4 pór roku, teraz jesienio-zimo-wiosna przechodzi od razu w lato.
Nagły upał na ziemie upadł, z nieba leje się żar.
Organizm momentalnie przeciążony tą pogodą, jeszcze po „zimowaniu” nieprzyzwyczajony do chodzenia, a z przodu „to coś”.
„Coś” co wyrosło, jakoś tak samo, przez te jesienio-zimo-wiosenne miesiące.
Wieczory były ciemne i długie, energia droga, świece romantyczne… Się siedziało, coś się tam podziało, się zdziałało, no i jest… dzieło.
Nogi niećwiczone do dodatkowego ciężaru, człowiek ogólnie delikatny od stylu życia XXI wiecznego obywatela świata pierwszego, i oczywiście weekend.
Ze wszystkim trzeba jak zwykle poradzić sobie samodzielnie.
Jakby było mało, do tego jeszcze ten wózek!
Sobota, z wyliczeń wychodzi że czasu na przygotowania ubywa w tempie TGV, więc nerwy, panika, stres, zmęczenie.
I co? Ano to, że brak TAK oznaczonych uprzywilejowanych miejsc gwarantuje nam, iż trzeba zasuwać przez cały ten przykładowy podBiedronkowy parking.
W dodatku przez obcy, bo naszą przydziałową, osiedlową remontują.
No tak, w maju sobie wymyślili remont i trzeba jechać do innej.
Podwójny stres. Na obcą ziemie, do sąsiedniej trzeba się udać dzielni!
A jak ktoś nas nie rozpozna? Jak złym okiem łypnie „hej, ale ty nie stąd jesteś! To co tu robisz, jak masz przecież swój sklep? Ale przepraszam bardzom, ja teraz mówię, przecież nie po to się je co kwartał buduje, co kilometr kwadratowy i kościół przydziałowy, żeby nam się tu obcy kręcili i wybierali towar i punkty na nagrody! Idź i jedź sobie do swojej!”
Dlatego przezornie i pokątnie parkujemy jeszcze dalej, gdzieś na skraju samego końca, na rubieżach. I chyłkiem przemykamy do wejścia.
Słabo wychodzi ten chyłek jak ten brzuch – nikt tu nie jest gruby! – i wózek do tego!
Nawet ja, mało sympatyczno-empatyczny, potrafię sobie wyobrazić tę udrękę.
Dobra, wpuścili, czas start przedzierać się przez ten sklep. Ludzi dużo, patrzą krzywo bo zajmujesz no… raczej sporo miejsca w przestrzeni tym całem osprzętowieniem.
Jedziemy, widzimy te wszystkie dobra na półkach, promocje, punktacje, nagrody, przeceny, superceny i… wiadomo.
W takim stanie no… powiedzmy… pojesienio-zimo-wiosennym chciałoby się to wszystko na miejscu złupić.
Nie da się, żeby zjeść trzeba kupić.
A, że nie wiadomo jak się ta sobota potoczy dalej, to się kupuje bez opamiętania.
Hałda rośnie, ciężar się zwiększa, objętości też.
Nogi obolałe zaczynają odmawiać współpracy, zaczynamy się dusić od ciśnienia, i coś tam się w środku dzieje, sklepu środku. Ludzie w koło już wiedzą, że wykupujesz im ich towar w ilościach hurtowych… a oni też go potrzebują.
Jest maj, początek!
Gapisz się na nich wzrokiem błagalnym „Nie, nie, nie patrzcie tak na mnie, to nie moja wina, ja to dla innych, nie dla siebie, dla innych!” i w nogi.
Koniec w końcu, jeszcze tylko kasy, zapłata „WTF ile?!?” I bierzesz ten ciężki wózek, siebie i co?
Tak, ruszasz przed siebie, w daleką tę drogę. Teraz z całym tym wszystkim trzeba, przez cały parking, w piguły, w gorąco, w pocie wracać.
Słońce pali, czas bezlitośnie tyka.
Przecież to jest bezpośrednie zagrożenie życia!
A takich jest wiele!
Dlatego zdecydowanie powinno być więcej specjalnie oznakowanych miejsc dla Obszerniejszego – nie żeby był gruby – Mistrza Grillowania!


Dodaj komentarz