Jechałem onegdaj z jednym gościem. Jechałem i milczałem, co może wydawać się dziwne, ale czasami przychodzi mi z łatwością. Mam wtedy czasMi żeby wymyślać to co potem tu zrzucam na bezbronnych i niegotowych na wszystko czytelników.
Ja milczałem, on milczał i tak, ciche mijały nam kilometry, gdyż są ludzie z którymi wymowniej się milczy niż mówi. Kiedy dwóch takich się zejdzie to cisza, nawet godzinami – nie kłuje, nie przeszkadza i nie doskwiera.
Oczywiście pod warunkiem, że jest COŚ miedzy nimi.
Bo co to jest NIC? „Nic” to jest flaszka na dwóch!
Trasa długą była, ale połykaliśmy ją, kilometr za kilometrem sprawnie, konsekwentnie i ze swadą.
Znaczy się – ja połykałem, bo to ja wiozłem wiezionego.
W pewnym momencie, kiedy pochłaniałem przestrzeń łakomie jak Słowokomczuchy słowa, jadąc lewym pasem, nagle, bez refleksji i widocznego powodu – zwolniłem.
Wykorzystując 140 km na ha i związane z tym opory powietrza, korzystając z doskonałego układu hamulcowego, świetnie wentylowanego dzięki dziurom wyżartym w tarczach – przyhamowałem.
Po sekundochwili, ale nie takiej jak na filmach gdzie każdy ma swoją osobistą prędkości i dowolnie ją sobie zwalnia lub przyśpiesza, tu dla wszystkich jednakowo szybkiej – auto jadące prawym pasem zajechało mi drogę.
Dodam, że zajechało bez zbędnej refleksji, patrzenia, komunikacji, informacji i bez kierunkowskazu.
Zatrąbiłem ostrzegawczo, kiedy energia silnika poszła na produkcję decybeli pół-hiperboliczne łany zbóż w promieniu trzydziestu kilometrów położyły się na ziemi, a setki kilometrów dalej na północ, szwedzki rząd, wciąż z dzwonieniem z uszach, wystosował notę protestacyjną do ambasadora. Przez wiele dni na plaże Bornholmu fale wyrzucały martwe delfiny i wieloryby, a w przepływających nieopodal amerykańskich okrętach podwodnych trzeba było odesłać na rentę inwalidzką krwawiących z uszu operatorów sonaru.
Jednak, gdybym czymś wiedziony, bezwiednie wcześniej nie zwolnił, byłby problem, może nawet duży.
Cała akcja sprowokowała lekkie uniesienie brwi i krótką wymianę zdań typu „skąd wiedziałeś, że tak zrobi?”
Zadumałem się nad tym… Bo… Skąd wiedziałem?
A skąd mam wiedzieć?
Ciemna materia i ciemna energia to trudne do pojęcia, niewidzialne formy, które wedle współczesnych założeń stanowią około 96 % masy Wszechświata, zostawiając ledwie 4 procenty dla „zwykłej”, rozpoznanej przez nas materii i energii która tworzy gwiazdy, planety i wszystko co możemy bezpośrednio obserwować, no i wiedzy o tym wszystkim.
Bazując na powyższym: w sumie… to co my tam wiemy?
Coś poinformowało moją podświadomość. Może to neurofotoreceptoreplotyka, praktyka, albo jakieś inne podprogowe bodźce z których nasz umysł nie zdaje sobie sprawy, lub, bo choć poprzez fotony i nerwy wzrokowe widzi, to jednak potrzeby już nie widzi ta nasza świadomości aby nas o tym informować?
Pijany zawsze wróci do domu, ale nie zawsze wie jak.
Jak wyjaśnić to, że zanim tamten gość z prawej wpadł na pomysł żeby bezpardonowo zajechać Mi_ drogę, ja już o tym wiedziałem? Z wiedzą o Wszechświecie na poziomie 4% cóż można wiedzieć i powiedzieć?
Może to była inteligencja jakaś emocjonalna, doświadczenie, lub tak zwany Uj Wi Co, Ciemna moja Masa albo Energia jakaś?
Po tej akcji, współpodróżnik zamilkł już permanentnie, a kiedy po wielu godzinach fizjologiczno-filozoficznego milczenia dojechaliśmy na miejsce, odezwał się na odchodnym: Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak jeździł. Pierwszy raz od wielu lat, jadąc jako pasażer nie kierowałem i nie wciskałem hamulca razem z kierowcą!
Ludzki mózg jest niezgłębionym kłębowiskiem energii. Strzelam z łuku z lewej ręki, rzucam nożem prawą, ale piszę obiema tak samo – równie krzywo, koślawo i z takimi błędami, że całe rzesze polonistek latami przechodziły za wcześnie na za długie zwolnienia lekarskie, a prokuratury całego świata prowadziły z tego tytułu śledztwa przeciw mnie, za znęcanie się i zbrodnie przeciw ludzkości. A imiona zapamiętuję kolorami (i nie ma się co śmiać, są tacy co potrafią tańczyć o architekturze).
Ciagle wychodzi przezabawnie, kiedy nie odróżniam Damiana od Daniela, a tego od Dawida. Dla odmiany doskonale mieszam w wazach… y… w wyrazach!
I kiedy trzeba, znaczy się ciągle, używam w pełni słownika niepoprawnej polszczyzny „Wersja druga, poprawiona, Kurwa!”
Ongiś miałem w pracy za „kolegę”, takiego oślizgłego typka. Mały, milczący i w nieładzie (wszelkie podobieństwa z kimkolwiek niezamierzone, pewnie wielu jest takich). Czułem podświadomie, że coś z nim jest nie tak. On nie lubił mnie, a ja go vice nie wersal.
Aż kiedyś, kiedy po raz kolejny niemilcząco, za to dobitnie i znacząco, używając pełni polskiego języka, mocno z akcentem na uj, dolę i bać coś skomentowałem, wyraził swoje niezadowolenie z mojego niezacnego zachowania.
Wtedy sobie przypomniałem… Nie, nie jego imię.
Kolor imienia, taki podobny do beżowego-łazienkowego, a przy tej okazji napis który ktoś – kto długo i zatwardziale robił okupację ubikacji – po sobie zostawił.
Chyba szło mu tam do dupy, skoro miał czas by wyryć na drzwiach swym wiernym karambitem napis: „Lepiej być człowiekiem, który głośno przeklina niż małym, cichym skurwysynem”.


Dodaj komentarz