Kkamagwi-ga nal ttae bae-ga tteoreojigo to po koreańsku: kiedy wrona zrywa się do lotu, spada gruszka.
Ciągle powtarzam – czytanie to teatr wyobraźni… hmm… a może to o radio chodziło?
Nieważne! Czytanie rozwija wyobraźnię, zwiększa wiedzę, wyrabia wyrobienie i wygładza ogładę, powiększa słownictwo, pozwala łatwiej odnaleźć się w świecie i szybciej porozumieć z ludźmi którzy, nie tak jak my, czytają mniej i nie władają językami świata.
Ech… Jadało się pizzę garściami, i jak chleb – z niejednego pieca. W wielu miejscach świata się ją jadło, Hawajską na Islandii, Pepperoni w Portugalii, Neapolitanę w Mediolanum, Quattroformaggi w Quattroporte czy Margeritę… mrożoną.
Która najbardziej zapadła mi w pamięć, którą będę wspominał już po wieki, tak weszła Mi_ pod powieki?
Cóż, jest taka jedna.
Ta pierwsza, niezapomniana.
Kiedyś podstawowym środkiem transportu młodego człowieka, w krajach demokracji ludowej co z mozołem i w trudzie rozwiązują problemu które gdzie indziej nie występują, była Książeczka Autostopowicza.
Dla usprawnienia tego popularnego sposobu docierania do szkoły i na wagary przeprowadzono badania, wysłano wiele specekip w teren, poświęcono dużo czasu i zasobów żeby ustalić, zbadać, rozpoznać bardzo trudne do zdiagnozowania zagadnienie – dlaczego wszędzie to działa, a w Czecho i Słowacji nie. Nie biorą tam na stopa, możesz sobie stać godzinami, błagać, tańczyć, klękać i fajki fajczyć, i nie da to nic. Jesteś niewidoczną drobiną, leptonem lub kwarkiem, na czarnej patelni spalonym skwarkiem, Bozon Higgsa elementarnie niewidocznym elementem.
Bądź sobie czym tam chcesz a i tak Je-Steś-Kur-Wa-Nie-Wi-Do-Czny!
Pewnie jeździły tam nawet specjalne Czarne Wołgi i zbierały przydrożne trupy umartych autostopowiczów.
Dlaczego? Do dzisiaj nie wiadomo, ekipy wysłane na zbadanie tego zagadnienia nie wróciły… jeśli ich CzaWołga nie zabrała to pewnie jeszcze łapią tam stopa.
Dlatego, kiedy podróżujesz autostopem z Bratysławy do Wiednia, najłatwiej do celu dostaniesz się pociągiem.
Ale, jeśli przeżyjesz, uda ci się i dotrzesz – Pałac Schonbrunn, Katedra św. Szczepana, Belweder, Hofburg, Kanał Dunajski, Prater, Kościół Wotywny, Burggarten, tort Sachera, Apfelstrudel, Tafelspitz czy Sznycel po Wiedeńsku stają przed tobą otworem!
Pod warunkiem, że po morderczej przeprawie przez Czecho i Słowację najpierw coś zjesz. A co przeważnie zjada ledwie żywy po nocy przespanej w przytulnym rowie, posiadacz wielu (a w dwóch słowach?) nie wielu szylingów austriackich (niegdyś taki zamiennik euro) Młody Podróżnik za Jeden półUśmiech?
Teraz żywi się hot-dogami, kiedyś mlekiem i bułkami, ale jest pora obiadowa, pierwsza taka pora od 3 dni, więc pora na jakiś obiad.
Czas zaszaleć, człowiek czekał na to całe życie.
Czas na Pizze!
Szczególnie, że w czasach niesłusznie minionych (czasach kolejki na Gubałówkę i po papier toaletowy, czy się stoi czy się leży 5 tysięcy się należy, i tylko octu w całym sklepie, „tato, nie przesadzaj tylko ocet w całym Auchan?!”) pizzy, tego kontrrewolucyjnego, szatańskiego wytworu zgniłego zachodu, nie było.
Starannie, precyzyjnie, z pietyzmem, koronkowo w tym celu wybrana Restauracja była wizualnie i asortymentowo dopasowana do wizualnego i asortymentowo wyposażonych Podróżników Pierwszy raz Przybyłych za Żelazową, przeżartą rdzą, Kurtynę.
Nie ma wstydu, nie ma lipy, jest pizza!
Nie ma też i strachu, skoro w Wiedniu made in Austria władają niemieckim, skoro w Budapeszcie made in Węgry władają ugrofińskim, a w Brazylii gwarzą po portugalsku. Chociaż większość ludzi w Meksyku mówi po hiszpańsku, a język ten nie został oficjalnie uznany za urzędowy i uznaje się tam, oprócz hiszpańskiego, 68 języków narodowych, używanych przez rdzenną ludność, to my, z doskonałym 4 klasy kształconym rosyjskimi poradzimy sobie wszędzie!
Spoko luz, dobrze będzie.
Wchodzimy, siadamy przy stoliku przyozdobionym w gustowną ceratę. Pani kelnerka przyodziana w białe obszyte koronką fartuszki i koronę przynosi kartę z Speisekarte, a my po przeliczeniu funduszy, po otrzymaniu infomacji że „kredytu nie udziela się i nie można płacić blikiem”, odrzucamy każdą po kolei pozycję z menua jak niedostosowaną do funduszy.
Po odrzuceniu Maragaritany, Sycyliany, Neaopolitany, Peperooniany, QuatroFormadzijany, Wegetariany,… w końcu, na końcu, trafiamy na pozycję która odpowiada naszym budżetom. W zgodny rytmie kiwając głowami kelnerkę przyzywamy i – o to tu, gawarisz ty pa ruski? to mówię że chcę – zamawiamy!
Pani uniesieniem brwi się upewnia (ar ju siur?), tak wynika z jej mimika. Potakujemy grzecznie gdyż kiedy nie wiesz jak się zachować zachowuj się po prostu grzecznie kurwa c’nie?!
Pani znika, my czekamy, atmosfera senną jest, pora obiadowa ale dzień nietargowy, na miasta obrzeżach leży ta oberża, ale jakby gęstnieje?
Aż nadciąga ten moment upragniony, ten wyczekany moment degustacji.
Tyle lat!
Tyle czasu!
Tyle rewolucji i wojen o pokój!
I Już, stało się, pani stawia przed nami Gorące Talerze (Ostatnia najtańsza pozycja w menu z pizzami – heiße platte – 5 österreichische schilling), a cała kuchnia przychodzi nas oglądać jak jemy te puste talerze.
Ech… Kkamagwi-ga nal ttae bae-ga tteoreojigo!


Dodaj komentarz