Mistrzowskie Jeansy

Mistrz sztuk walki Jean-Claude Van Damme, w filmie dokumentalnym „Krwawy Sport”, o sobie samym, zaprezentował obłędną sztukę, technikę czy może umiejętność, szlifowany latami i przekazywany tylko z mistrza na syna tajemny cios Ubij-Te-CeGłe.
Polega on na tym, że uderzając miażdżysz nadgarstkiem cegłę. 
Niby nic takiego, co to jest zmiażdżyć cegłę, są o tym całe miliony filmików na tik-toku.
Lecz Van Damme nie byłby mistrzem i nie zostałby dopuszczony do zawodów „Krwawy Sport” gdzieś w starożytnych katakąbach Hąk-Kągu gdyby rozbijła cegły tak po prostu.
On musiał rozbić cegłę, tak, no pewnie, ale… tę na spodzie stosu!
-Ok, dobra, spoko, dalej to jest nic takiego – pomyśli ktoś sobie – rozbijam po kolei te z wierzchu aż odpadnę tę pod spodem, i o co to halo?
I tym właśnie odróżnia się Mistrza od amatorka.
Mistrz Van nie rozbija każdej po kolei cegły siłą swej dłoni, to jest dla tikotokowych leszczy barowych.
Nasz Mistrz rozbija cegłę – i tyko tę spodnią cegłę – swoją skumulowaną do wielkości mikro czarnej dziury, skoncentrowaną jak kot w kuwecie energią siły woli.
Nie ma ucieczki przed energią Dim-mach!
Tak, są tacy mistrzowie co po latach, dziesiątkach lat morderczego treningu, emanują wewnętrzną siłą, czymś nieuchwytnym i niezgłębialnym, czymś czego nie widać, a jest.
Tacy nie walczą z amatorami, gdyż ich jeden (mistrzów, nie amatorów!) nieostrożny ruch małego palca w bucie, wibracja powietrza spowodowana, jego przez mistrza, wciąganiem, mogła by być katastrofalaną, w skutkach śmiertelną dla zwykłego zjadacza suszi i bigosu.
Kiedy dwóch Mistrzów staje w szranki, co właściwie się nie zdarza, ale ok, załóżmy, że przy jakimś nieprawdopodobnym splocie wypadków spotykają się na jednej macie, by stoczyć pojedynek, zaczyna dziać się magia.
Pierwszy z Mistrzów już dawno temu osiągnął takie mistrzostwo, że jego czarny pas zrobił się biały.
Przeważnie danów jest 10, dlatego on musiał go sobie przyznać sam, bo ma 16.
Podobno potrafi zamieniać energię kosmiczną w standardowe pustaki, a budowane z nich budynki nie potrzebują zaprawy. Powstrzyma trzęsienie ziemi naciskiem stopy (dlatego trzęsienia czekają aż jedzie na urlop), a kiedy złapał w swoim ogrodzie Jasia co mu kradł jabłka, to tak go ścisnął za jajka, że Jaś na zadane pytanie: mów ktoś ty? przemówił, że jest Jasiem Niemową… No bo od urodzenia był niemową.
Drugi z naszych Mistrzów potrafi ładować akumulatory wzrokiem, w związku z czym prowadzi dobrze prosperującym kramik w cichej i spokojnej dzielnicy Jokohamy, a od czasu do czasu pomaga też elektronom w CERN osiągać prędkości relatywistyczne.
Kiedy tacy dwaj arcymistrzowie przystępują do walki, świat wokół nich zamiera.
Są tak skoncentrowani, że zapominają o publice i 60 tysiącach sprzedanych biletów. Są w innej galaktyce, już nie wiedzą co było ustalone w kontrakcie, i że na biletach zachęcano: „Dwóch Arcymistrzów stoczy Arcybój. Podwójne salta, potrójne aksle, ciosy z półobrotu, kopnięcia z wyskoku, techniki z filmów walki, walki jak z baletu i inne niesamowite balety gwarantowane. Popcorn dla drugiej osoby 50% taniej”.
Stojąc naprzeciw siebie, widzą tylko cel i wiedzą, że jednej nawet minimikroruch może przesądzić o przegranej.
Jeden zbyt głęboki oddech da przeciwnikowi pretekst do wyprowadzenia morderczego, kończącego walkę ciosu.
Są na tak odległym od naszego poziomie samoświadomości i zaawansowania, że jedyne czym odważają się ruszyć jest niewidoczny ruch brwią.
Stojąc niczym kamienni tytani, ci spiżowi wojownicy czekają na błąd przeciwnika…
Owszem, jest też szansa, że z powodu swego zaawansowanego wieku czekają któremu pierwszemu zachce się sikać.
Z tym przecież nikt nie wygra, a żaden z nich nie może sobie pozwolić na przegraną.
Ale o tym nigdy się nie dowiemy, bo z szacunku, po 3 runach po 3 minuty stania naprzeciwko siebie, sędzia zasądza remis.
Publika jest trochę zawiedziona, ale co ona tam wie!
Dano temu miałem zaszczyt i możliwość trenować z takim arcymistrzami, a cząsteczki ich zajebistoci poprzez dyfuzję przeniknęły też we mnie.
Było ich trzech: Nisza Jama, Fudżi Góra i Tom oBose.
Potem przez jakiś czas musiałem chodzić w pewnej odległości od ulicy, bo kierowcy w smochodach bali się przejeżdżać obok mnie z powodu, że jak nagle wtargnę na ulicę to szkoda całkowita nieunikniona.
W okolicach lotnisk nosiłem czapkę z daszkiem by piloci porażeni mą zajebistością nie zwalali się bez czucia i nieprzytomni na wolanty.
Wtedy też, w myśl zasady: albo masz kasę albo marsz pod post – po raz kolejny przyszło się Mi przeprowadzać. 
Na nowej chacie w której udzielono nam schronienia, też pełnej mistrzów ale trochę innych sztuk i kultury, jeden z mieszkańców, jakiś impresario/manager/dyrektor artystyczny (czy jak go tam zwać) Wielkiego Mistrza Kabareciarza, kiedy dowiedział się o moich arcymistrzowskich umiejętnościach walki, na chwilę z wrażenia stracił przytomność.
Kiedy jakoś doszedł do siebie, zaraz po podaniu mu soli, cytryny i tequili, poderwał się na równe nogi, gdyż…
On Intensywnie trenował karate, dlatego natychmiast poprosił mnie o sparing!
A ja, no cóż… Wiadomo jak jest – trzeba przecież pomagać maluczkim, pokazać się od dobrej strony na nowej miejscówce, jasno wskazać kto tu teraz rządzi, i zaproponował stówę – zgodziłem się. 
Kiedy stanęliśmy naprzeciwko siebie w ringu czyli w salonie, pozostałem wyluzowany, spokojny, pewny siebie… Bosz… Ileż tysięcy takich walki już się stoczyło!
Nawet nie muszę się rozgrzewać – miejsca tu mało, to będzie szybka i bolesna lekcja – no ale… chłopcze, jest takie góralskie przysłowie „jak się nie wydupcys, to się nie naucys”.
W dodatku zaczął śmiesznie podskakiwać – rany co za amator – robić dziwne nibyuniki, wypady z nogi na nogę, i w bok, rozgrzewka głowy, przeskok, zmiany jakieś tempa – no dobra, ale to bez sensu, on jest na tak niskim poziomie, że dobra, oszczędzę go.
Gdyż powiadał pan: Amatorów, być może przyszłych kolegów, współspaczy, współbiesiadników, wypożyczaczy pralek i stówki do pierwszego, nie można traktować zbyt brutalnie.
Postanowiłem zamiast 250% użyć jedynie 127% swej mocy. 
Stałem spokojnie kiedy on tańczył, stałem i czekałem na TEN moment.
A kiedy nadszedł wyprowadziłem – niby od niechcenia – ale kto się zna, ten wie, że mocarny, pierwszy, a jak się na tym znam, a znam się – finalny ruch.
Dostawienie nogi zakrocznej do wykrocznej, kolano w górę, lekki obrót na – osadzonej pewnie niczym kolumna wiaduktu – nodze, energia z biodra i wyprowadzenia kopnięcia w twarz.
Smagniecie niczym biczem.
Szybkie, potężne, śmiertelnie niebezpieczne.
Kiedy cała ta doskonale oliwna machina ruszyła usłyszałem jeszcze tylko gdzieś z publiki histeryczne „Boże, on go zabije!”
Dalej sprawy potoczyły się już same i bardzo szybko: nasz amator musiał się chyba na czymś poślizgnąć, gdyż nie ma inaczej możliwości żeby unikną „pocałunku śmierdzi” mej nogi.
Kiedy ma gibka i wygimnastykowana kończyna przechodziła mu nad głową, poczułem jak – moje kupione na kredyt hipotetyczny, sprowadzane z zagranicy, prosto z komisu, mało używane (tylko do kościoła), drugi właściciel, poszanowane (Niemiec płakał jak sprzedawał) jeansy – puszczają w kroku!
W dodatku, moja potworna siła w duecie z tą obrotową, po nienapotkaniu i niezmiażdżeniu twarzy przeciwnika, poniosła mnie dalej.
Na szczęście – uff! – meblościanka która stała obok okazała się solidną PRLowską produkcją. To nie jakieś importowane gówno – ta nie puściła!
Po nieuniknionym przywaleniu w nią nogą, kiedy nawet odrobina politury nie odprysła, upadałem na kolana i zdążyłem jeszcze wyprowadzić z głębi trzewi gromki okrzyk: OSZ KURWA! a sparingpartner, zupełnie niechcący, bo przecież nie mógł tego zrobić inaczej niż przypadkiem – cudownie prostym ciosem gyaku-tsuki, z podstawowej zenkutsu-dachi, prosto i idealnie, no, może trochę w dół, przysunął mi w nerkę.
Wbrew przewidywaniom publiki, jednak nie zabił!
Co za cienias, gdyby był Mistrzem a nie takim leszczem, to by przewidział, że podczas konfiguracji i produkcji przewidująco otrzymałem nerki dwie!
A tak, tylko tydzień płakałem jak sikałem. 
Ech ci amatorzy!

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑