„– Czyj to motor?
– To nie motor, to Chopper
– Czyj to Chopper?
– Zeda – Kto to jest Zed?
– Zed zszedł, kochanie, Zed zszedł”
Ostatnio miałem okazję jechać pojazdem w 100% elektrycznym.
Tak wypakowanym użytecznymi „musthawe” funkcjami, że o połowie z nich nigdy się nie dowiesz, a z większości nigdy nie skorzystasz.
Tak mądre mądrością swych systemów Si, przewidujące setkami czujników, w 100% poinformowane dzięki łączności z siecią, że tylko czekać aż lekceważąco przestaną słuchać głupiutkiego białka (pewnie jeszcze słuchają tylko dlatego, że ktoś musi im wsadzić wtyczkę).
Nowe samochody, wypakowane elektroniką po dach z perowskitów, oparte na niewidzianej magii elektryczności, krzemie, sztucznych inteligencjach, systemach operacyjnych i superECOmatreiałach wytworzonych z przetworzonych Ecomateriałów – 100% recycling, kojarzą mi się ze smartwachami.
Smartzegarek ubierasz na rękę, i już. Od ręki masz dostęp do wszelkiej wiedzy na temat swego zdrowa, jakości powietrza w Suchej, temperatury w Bogocie, pilnych wiadomości pogrupowanych w zgrabne stosy, możesz słuchać muzyki, płacić za drinki, rozmywać jak Agent… dyskretnymi wibracji informowany o wszelkich ultraważnych tu i teraz zmianach w Addis-Abebie.
Dziesiątki tarcz, w setkach opcji kolorystycznych do wyboru, pasek koniecznie z recyclingu…
Tylko naładuj wieczorem baterię, bo jak zapomnisz, pojutrze to wszystko to będzie na nic.
Fajne, użyteczne, funkcjonalne, przydatne – wiem, bo mam.
Kiedy nie działa jest tylko nieładnym, czarnym, zupełnie bezsensownym kawałkiem ciężkiej pracy połączonej z pierwiastkami ziem rzadkich plus wysokoenergetycznie odzyskane materiały z jemu podobnych.
Bezpłciowo bezcharakterne, bezprądowo bezużyteczne i bezsieciowo niepotrzebne – mam, to wiem.
Możesz takiego nienaładowanego jebnąć w kąt, w 5 minut zapomnisz, że kiedykolwiek miałeś.
Te nowe samochody wydaja się takie same. Póki jest prąd, naładowane, systemy informatyczne w nich aktualne, krzem nie zardzewiał, chipy się nie popaliły, a wiązki jeszcze przenoszą energię – można korzystać.
Posłuży, i to jak!
Są pięknie wyknonne, system Entertaimennt daje basem po nerach, masaże robią robotę, „dziesiątki tarcz, w setkach opcji kolorystycznych do wyboru, pasek koniecznie z recyclingu…
Tylko naładuj wieczorem baterię, bo jak zapomnisz, pojutrze to wszystko to będzie na nic.”
Tak właśnie kojarzą mi się nowoczesne smarty – bezpłciowo, bezcharakteru, stuprocentowo użytkowe.
Można, ba – trzeba korzystać.
Do czasu, dość krótkiego. Po zużyciu bez sentymentu przetworzyć.
Inaczej jest ze starszymi samochodami, zegarkami… Nie smart rzeczami.
Robionymi by służyły latami, by działały nawet bez magicznej łatki od informatyka i dawki życiodajnej energia układu ładunków elektrycznych.
Mechaniczne – oparte o proste prawa mechaniki – które jakimś cudem zadziałały nawet kiedy zapomniałeś naładować baterię.
Nie miały petryliarda funkcji skumulowanych w jednym uniwersalnym urządzeniu, ale do tego do czego je stworzono – służyły.
A jak już nie dawały rady, należało je zostawić, gdzieś postawić, i na nie patrząc, we wspomnieniach, tych dobrych, się pławić.
Po latach swej wiernej służy osiągały status sentymentalno-magiczny nośnika historii.
By nie zapomnieć.
Przedmiotów o które warto zadbać, należy szanować, które dobrze jest mieć, z szacunkiem i pietyzmem trzymać bo dostałeś je od ojca.
„Ten zegarek. Pierwszy kupił go twój pradziadek podczas pierwszej wojny światowej, w małym sklepiku w Knoxville, w stanie Tennessee. To był jeden z pierwszych zegarków na rękę. Przedtem używano zegarków kieszonkowych. […]. Twój pradziadek nosił go codziennie przez calutką wojnę. Kiedy zakończył służbę, wrócił do twojej prababci, zdjął zegarek i włożył do puszki po kawie i zegarek tam sobie leżał, aż pewnego dnia ojczyzna wezwała twego dziadka Dane’a, by jechał za morze i walczył z Niemcami. Tym razem była to druga wojna światowa. Twój pradziadek podarował swojemu synowi zegarek na szczęście. Ale Dane miał mniej szczęścia niż ojciec. Był w piechocie morskiej i poległ wraz z towarzyszami broni w bitwie o Wake Island. Twój dziadek stanął w obliczu śmierci, wiedział o tym. Żaden z tych dzielnych chłopców nie łudził się nadzieją. Na trzy dni przed atakiem Japończyków dziadek poprosił strzelca z samolotu transportowego, niejakiego Winockiego – człowieka, którego widział po raz pierwszy w życiu – poprosił go o zawiezienie złotego zegarka jego maleńkiemu synkowi, którego nie zdążył zobaczyć. Trzy dni później twój dziadek nie żył, ale Winocki dotrzymał słowa. Po wojnie pojechał do domu twojej babci i wręczył maleńkiemu chłopcu złoty zegarek po ojcu. […]Ten zegarek. Twój tata miał go na ręku, kiedy go zestrzelili nad Hanoi. Trafił do wietnamskiego obozu jenieckiego. Wiedział, że żółtki na pewno skonfiskują mu zegarek… że mu go odbiorą. Ale wiedział też, że to ty powinieneś go otrzymać. Nie mógł pozwolić, by żółte łapska tknęły dziedzictwo jego synka. Więc schował zegarek w jedynym pewnym schowku: we własnej dupie. Przez pięć długich lat nosił zegarek w dupie, a umierając na czerwonkę przekazał go mnie. I… przez dwa lata ukrywałem ten kawał metalu we własnej dupie. Wreszcie, po siedmiu latach, odesłano mnie do domu. Mały człowieczku, przywożę ci zegarek ojca”
Wszystko ładnie i dla ludzi, ale…Trzymałbyś smartwatch dla syna „we własnej dupie”?


Dodaj komentarz