JoMi (w) English

Każdy doskonale wie, że jestem miłym (póki mnie co nie wkurwi), sympatycznym (jak śpię i nie zwracam d… dobra… wiadomo), no do rany (szczególnie tej przed chwilą zadanej, ale chyba coś za płytka) przyłóż.
Oczywiście o tym wiedzą ci, co to wiedzą (ale jak udało im się przeżyć?), bo ci, co tylko widzą, a nie wiedzą, mogą czasem reagować nerwowo na mój widok.
Dziwne to, no ale tak, jak mnie kto zobaczy pierwszy raz, szczególnie z zaskoczenia (przy pracy z „klientem”) – takiego głęboko i ponuro zamyślonego (no i gdzie to zakopać), łypiącego z ukosa skośnym okiem (nikt nie widzi plam?), z krzywym grymasem (uśmiech to czy rana?) – od razu sobie myśli — Jeżu, Ludziska! Gangsta je w mieście!
Nawet w złotych łańcuchach, czapce z daszkiem na bok, krokiem w kolanach, „klamką” wystającą zza gumy od majtów i z „joł ziom łocap?” na ustach nie wyglądałbym na bardziej Zajebiści Groźnego Gangsta Mena!
Jak taki idzie to lepiej przejść na drugą stronę ulicy, bo on sam a my tylko czterej!
Ale to tylko pozory! Naprawdę, jestem super i pokojowy! Spokojnie, ryli, jak komu złamię nogę to go tak samego na łaskę losu nie zostawię, całkowicie bez obaw (a… bo jeszcze co zezna i będzie problem).
I w takich to okolicznościach mej aparycji, po przeżyciu wielu przygód i niemal wpław kanału Lamansza przebyciu, jakoś przybyłem, można powiedzieć — spłukany — z wizytą do King-domu Królowej Anglii.
Królowa chwilowo nie miała dla mnie czasu.
Ok, nie to nie, jej strata.
Poszedłem więc na tradycyjnego angielskiego pakistańskiego kebaba na bazie oleju sojowego niepierwszego tłoczenia, z dziwnymi dodatkami udającymi mięso, a po spożyciu tego co nie uciekło i przeliczeniu fun(t)duszy wyszło mi jedno — No bez sensu, po co mam wydawać (szczególnie że nie bardzo mam) na hotele setki funtów, skoro mogę spać pod mostem za miliony?
Tam się prześpię — ciepło przecież jest — jak bogacz, a jutro zobaczymy…
Kto wie, może uda się zamustrować na herbaciany kuter, albo na zamorski fracht do dzikich krain jako majtek za wikt i opierunek jeno?
I wtedy, jak grom z jasnego nieba, spadła na mnie esemesem wiadomość od Królowej… od znajomego Królowej… no dobra — po prostu od znajomego:
„Przybywaj.do. Ascot. Stop. Będę jutro.na.wyścigach. Stop. Potrzebujemy pomocy. Stop. Płacimy!”
Taka oferta wykwalifikowanej pomocy w trudnym technicznie przedsięwzięciu na skalę globalną.
Cóż… Kelnera potrzebowali.
Zgodziłem się natychmiast, gdyż Królowej się nie odmawia!
Szczególnie w mojej sytuacji nieposiadacza majętności ziemskich, ani żadnych innych.
Zerwałem się z samego rana, kiedy to skowronki raźno wskazywały mi drogę cudnym darcia ryjem.
Porzuciłem swój ciepły karton, odwinąłem się z gazet i już o 5.30 zapakowany do przytulnego dostawczaka typu skrzynia, razem z resztą wykwalifikowanej afrykańsko bałkańskiej brygady pojechaliśmy na spotkanie z Królową. A jeśli Ona nie da rady to na pewno z robotą.
Przyodziałem doskonale skrojony, idealnie niepasujący wypożyczony kelneruniform (to z niemieckiego).
Przygładziłem niesforne włosie, przymaskowałem plamy po poprzedniku i keczupie szminką na kształt odbitych namiętnie ust — i szlus: Mi stawia się na rozkaz!
Przećwiczyłem jeszcze raz, na wszelki wypadek potrzebne frazy:
-Łudź ju lajk som Kofi? „Życzysz sobie Wielmożny Panie odrobinkę wyśmienitej tej kawy?”
-Som ti ser? „herbatki dolać Ci o Murgrabio?
-This pis of czis ju lajk? „Kawałeczek sera do kawusi o Maharadżo?”
-Somfing els meters mem? „Coś jeszcze o Królowo Pernambuco?”
I takie tam potrzebne frazy i trudne wyrazy.
Przy okazji okazało się, że do kolekcji wszelkich innych talentów dochodzi mi też doskonale podrabiane operowanie językiem, którego perfekcyjnie nie znam.
Zatarłem rączki, naplułem w garść, rozciągnąłem barki, przyczesałem baki, kilka przysiadów, szpagat, i raźno wziąłem się do pracy.
Perfekcyjny uśmiech? Yes!
Srebrna taca ze złotymi widelcami w stalowym uścisku? Yes!
Dygniecie i pokłon? Yes!
Może kawy ser? No, thank you very much!
Może sera sir? No, no, I still have it!
Odrobinę herbaty do mleka? I’ts fine thank you!
Czymś jeszcze mogę służyć? No, no, everything is very good!
No… I tak cały dzień.
Ja do nich miło i z ukłonem, a oni, ci lordzi i lordówy, serki i deserki, hrabie i haberzie… Oni wszyscy do mnie: że nie i senkju!
Że no nesesery (nie mają bagażu?), nie trzeba, dat is okej, wszystko u nich w porządku i w filiżance i w życiu, i żebym sobie nie zaprzątał głowy!
Totalne, całkowicie pozabawione etykiety i etyki, bezkompromisowe, chamskie i nieludzkie utrudnianie Mi pracy.
W pewnym momencie przeraziłem się, że co ja tam zarobię, jak oni nic ode mnie nie chcą?
Ba, jeszcze uprzejmie z drogi mi schodzą, jak podchodzę to się odsuwają, żebym miał więcej miejsca
Dyskretnie głowami kiwają i nic, kurwa no, nie zamawiają!
Poszedłem na zaplecze sprawdzić czym śmierdzę, sprawdziłem, okazało się, że jadę jakimś perfumem i wyglądam gitowo!
No to co jest? Przecież za dosłownie chwilę ktoś z hierarchii się domyśli, i z buta, bez grosza i drugiego śniadania (nie mówiąc już o pierwszym) będę wracał!
Nadszedł wieczór, skończyły się wyścigi, a Królowa dalej nie znalazła dla mnie czasu.
Towarzystwo się rozeszło do swoich skromnych rolsów, jaguarów i bentleyów, ja zdjąłem swój pingwini przyodziewek, i czekam od losu kolejnego ciosu.
Przychodzi moja kolej, podchodzi do mnie manager z kopertą, wręcza mi ją, a tam…
Pieniądze!
I mówi, że doskonale wykonałem swoją pracę!
No nie!
No tak! To prawda, faktycznie nikt nic ode mnie nie chciał, ale za to każdy myślał, że jestem jakimś ochroniarzem z tajnych służb, nie chcieli mi przeszkadzać w pełnieniu czynności, i czuli się wyjątkowo bezpiecznie oraz dobrze zaopiekowani!
… Jest też spora szansa, że oni nie bardzo rozumieli mnie, a ja źle zrozumiałem jego.
Ech, tak to bywa jak się jest słabym w english.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑