Kanapka


„Każda wielka lawina zaczyna się od gnojka trafionego celną gałką”… Czy jakoś tak.
Zell am See to urocze, działające nasennie na robotniczo-proletariacką czujność miasteczko w Austrii, co to leży sobie niby niepozornie obok Salzburga (miasteczko, nie czujność). Cudowne okolice przyrody nad lazurowo modrym malachitowo lapisowym jeziorem Zeller See i jakby tego było mało, to tylko 30 km na północ od najwyższego szczytu Austrii – Großglockner (3798 m n.p.m.), na którym nartami śmiga się doskonale.
Otoczone niczym hitlerowskie dywizje przez aliantów: na zachodzie przez Alpy Kitzbühelskie, Alpy Salzburskie na północnym wschodzie oraz Wysokie Taury na południu — jak widać Zell am See (w wolnym tłumaczeniu: cela z widokiem) nie ma stąd wyjścia ni ucieczki: jest niezwykle urokliwym, idealnym dla podatnych na zbytki i nicnierobienie nierobów, miejscem.
Dlatego nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że właśnie tam, gdzie szczyty Alpy skrzą się śniegiem w słońcu, a tor lodowy na niewielkim lotnisku, tuż obok pięknego Zell am See, odbyła się niedawno (po raz kolejny) jedna z legendarnych imprez motoryzacyjnych. Tam właśnie, w tym zimowym czasie, zamiast ciszy śnieżnych czap i dzięciołów główkująco wykluwających swe śniadania, słychać hałas silników na węglowodory i wiwaty w odpowiedzi na niebezpieczną jazdę poślizgiem po torze, oraz bardzo rzadkie pojazdy za miliony.
„F.A.T. Ice Race”, bo o niej mowa, jest imprezą z bardzo dużą tradycją. Swoje początki miała jeszcze w 1937 r. a wyścigi oraz pokazy odbywały się na zamarzniętym jeziorze Zell, w otoczeniu tych jakże nudnych, bezsensownie pięknie białych, do wyrzygania malowniczo ośnieżonych alpejskich gór.
To tu, zamiast do fabryk, przybywały gęste tłumy widzów chcących zobaczyć szybkie samochody i prawdziwą rywalizację. Jarmarcznym zgiełkiem, watą cukrową i ciastkami z cukrem w kształcie kwiatków, bajecznymi samochodami i kuglarskimi sztuczkami skutecznie przyciągani, a od obowiązków w pracujące soboty i niedziele czynu społecznego co weekend odciągani.
Dziś już impreza nie odbywa się na lodzie, i to wcale nie przez przepisy BHP. Żeby burżuazja poszła po rozum do głowy i zrezygnowała z nonsensownie niebezpiecznych praktyk, jeden Proletariacki Towarzysz musiał oddać życie. Dopiero kiedy utonął za sprawę, odśnieżając im tę najeziorną trasę, w swym wiernym pługu śnieżnym (i jeziorze), niechętnie przenieśli się na niewielkie lotnisko położone obok jeziora Zell.
Oczywiście, że niechętnie, od teraz bogacze nie mogli swymi prywatnymi dżetami łatwo staczać Planetę na krawędź i szybko (przy okazji imprezy) odwiedzać okoliczne kurorty i dziwki w swych mufkach.
Cóż, nie było jednak wyjścia, globalne ocieplenie, którego nie ma, ma swoje prawa, lód robi się cienki, dlatego tam właśnie (na lotnisku) utworzono specjalny tor ze śniegu, na którym do teraz odbywa się ta F.A.T. impreza.
Wielka to gratka dla fanów motoryzacji — ale oczywiście dla tych super bogatych, co nie muszą ciemną nocą — już od 7 – spać przy swych wiernych frezarkach. Reszta, by być, nasza robotnicza brać, musi lewe L4 brać.
To, przeważnie leniwe miejsce, w tych dniach ożywa i tętni energią z historią w tle. Zbierając fanów motoryzacji, jednoczy ich, by mogli świętować to, czego udało się dokonać przez ponad 100 lat historii samochodów, a przy okazji umożliwia zobaczenie w akcji fascynujących maszyn. Ściera się tu ze sobą stare i nowe, dziwne i jedyne w swoim rodzaju.
W Zell am See na F.A.T. Ice Race nie ma nudy, jest za to prawdziwa i żywa motoryzacja, a ładowarki do elektryków wyrastają jak grzyby po deszczu przed przybyciem Grzybieńców…
Także ja, jak wielu innych, nieświadom zagrożeń, dawno dawno temu, również przybyłem do Zell Am See!
I przeklęta niech będzie ta godzina!
Wcześniej, przez lata całe, kiedy wszystko było prostsze i piękniejsze, spokojnie, ufnie i z wiarą, pomagałem przekuwać sierpy w młoty. Jeszcze młody i gorliwie chodzący na pochody, w pierwszomajowych tłumach manifestowałem swoje dla klasy robotniczej pełne poparcie.
Na pytania „czy pomożecie?” odpowiedziałbym „że a jakże!”.
Na meblościanki do kolejkowych zeszytów komisyjnie się zapisywałem, bo nie mogłem w nich stać, musiałem szybko lecieć, odstać swoje za rolki papieru toaletowego zwojem — i wsuwałem (szczęśliwy, że w ogóle mam, bo inni mają przecież gorzej!) wyroby czekoladopodobne w opakowaniach zastępczych.
Robiłem swoje, i spokojnie czekałem aż walka o pokój w końcu zwycięży! I być może żyłbym sobie dalej, w codziennym znoju i trudzie wykuwając swój los, oczekując na małolitrażowo-samochodo-osobowy talon oraz mieszkanie w wielkiej płycie (a muszę tu dodać, że zostało mi już tylko 30 lat czekania!), gdyby nagle nie nadeszła jakaś dziwna odwilż.
Po cudnej, przyprószonej szarym pośniegowym błotem komunistycznej zimie, nie wiadomo skąd i jak, przylazła ta gówniana odwilż i zawaliła mi cały 30-letni plan.
Oddali paszporty i otwarli „niepolskę”. Na zagraniczne, kapitalistyczne, zakazane pokusy przymknęli oko.
A wiadomo jak to jest z tymi młodymi podatnymi na podszepty umysłami, takim jak nasze.
Po dobrym, tanim winie „Kwiat Jabłoni” (dobrym, bo tanim i dobrym) wpadła nam z nagła do durnych młodych nieukształtowanych, ale pełnych włosia głów — skoro można, to jedźmy stopem na Zachód i zobaczmy od środka jak bardzo jest zdegenerowany. Potem wróćmy i zdajmy naoczne świadectwo z tego wszeteczeństwa, upadku moralnego, i krzywdy mas pracujących.
Ku chwale socjalistycznego czynu to uczyńmy! Pomysł był bardzo dobry. W dodatku trzeba, skoro jest okazja, nieść kaganiec oświaty uciemiężonym przez kapitalistów ludom robotniczym, że może nie wiedzą, ale są tam (znaczy się: tu) ludzie, którzy wierzą!
Dlatego, już pół godziny później, we dwóch udaliśmy się na Zachód atakując go od północy, i jakoś tak w samo południe ruszyliśmy na południe. Kiedy po pół nocnym przelocie samochodowym przez całą Austrię, uprzejmi, młodzi i uśmiechnięci (na pewno ciągle najarani, ale nie poczęstowali) Niemcy, wracający do Monachium ciemiężyć robotników, wysadzili nas życząc Bon Voyage, zwiększyliśmy czujność.
Uwaga, teraz wbijamy na wrogi teren!
Wcześniej był luz, swojska Polska, potem czuła Czechosłowacja, wszystko tam znane nam. Siermiężnie szare, cudownie nijakie takie, pełne niczego specjalnego i ponurych łypiących czujnie min. Następnie nastała ciemna noc w podejrzanie wygodnym samochodzie, w którym zamiast smrodu paliwa i luzu na kierownicy, czuć było luz młodości i jakiś Top Ten Radio Luksemburg z głośników…
Aż w końcu przyszedł czas konfrontacji Wschody z Zachodem.
Wschodził na Zachodzie nowy dzień, a świat już nigdy nie miał być taki, jakim był!
Wysiedliśmy w ten letni poranek właśnie tam, w Austriackim Zell am See. Miasteczku luksusowym nad jeziorem turkusowym, a zatopionym w butelkowej zieleni i ścieżkach rowerowych.
Co za rozpusta — pomyślałem — robić z asfaltu drogi rowerom! W Afryce dzieci głodują a wy tu… ścieżki? Rowerowe?!?
Ale to nie to poruszyło mnie aż do mitochondriów w trzewiach, w tym miasteczku czystym, bezpiecznym i porządnie utrzymanym, o jakości alpejskiego powietrza tak wyśmienitej, że nawet w zimie nie trzeba informować, iż jest doskonałe.
Otóż kiedy szedłem poboczem w myślach zatopiony, zobaczyłem również zatopiony, ale w jasnych, ciepłych letnich promieniach słońca i kwitnącym kwieciu (jeśli kwiecie kwitnie w lecie), utrzymane schudnie i estetycznie, z ludźmi uśmiechniętymi i zadowolonymi, gdzie grającą cicho, ale radośnie muzyką, – sklep spożywczy. Przypomniałem sobie, że zgłodniałem, i wtedy zrobiłem ten błąd: wszedł.
Nie wiem czego się tam spodziewałem. Może jak u nas: tradycyjnie pustej „półki dnia”, lub owiniętej w poliester i siatkę na włosiech sprzedawczyni co obgryzionym ołówkiem gryzmoli na papierze „cztery pięćdziesiąt za kilogram”? Może w całym sklepie tylko octu, albo herbaty na bazie witek wierzbowych?
Nie wiem, wiem tylko, że nie zachowałem czujności.
Przecież gdybym wiedział, gdybym był uprzedzony i doinformowany, jakoś przeszkolony, dałbym radę. Gdybym był przygotowany, wiedziałbym, jak walczyć…
A tak?
A tu!
KANAPKI Z SZYNKĄ I WĘDLINĄ sobie sprzedają! Gotowe, kanapki z serem, szynką i warzywem typu pomidor (może owoc).
A wszystko jeszcze ciepłe, chrupiące, schludnie i czysto na serwetkach, obok stosów wędlin, mięs i innych delikatesów poukładane.
Chyba doznałem jakiegoś mikrourazu, zaczynam dygotać na ten widok nigdy w życiu nie widziany, a nogi galareta.
W dodatku szybka retrospekcja tam, gdzie schyłek cywilizacji, narkomania, gangi i wszechogarniający wyzysk mas przez spasionych kapitalistociemiżców ludzie chodzą po równych i czystych chodnikach, uśmiechnięci, zadowoleni i nawet uprzejmie ze sobą rozmawiają!
To ja tu jadę autostopem nie szczędząc skromnych środków. Zasady BHP i higieny osobistej odkładam na później, by swoim młodzieńczym zapałem dać zaczyn, rozpalić iskrę, wspomóc lud ten, na pewno uciemiężony, w walce z kapitalizmem, tam, gdzie i nierówność społeczna, trusty, kartele i wszechobecna władza kapitału.
A tu tak wygląda różnica między zgniłym i zdegenerowanym chylącym się ku upadkowi kapitalizmem a proletariackim rajem co w trudzie i znoju walczy z problemami gdzie indziej niewystępującymi?
Ogarnia mnie nagła furia, która błyskawicznie przeradza się w bezwład, a potem ze łzami w oczach opadam już bez sił, by walczyć, załkałem:
– Jedną z szynką i jedną z serem, i pomidorem poproszę… 

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑