Jechali niespiesznie, ciut wolniej a zaczęliby się cofać w czasie.
Lambo, New Hollandy, Kuboty wymieszane z John Deereami i Deutz Fahrami, za nimi Case z Zetorem swymi potężnymi oponami robiły asfaltowi powolny, relaksacyjny masaż.
Roboczosilne Konie Mechaniczne spracowaną ręką, wolą i cuglami momentu obrotowego hamowane do powolnego marszu.
Z frasunkiem, szturmówką i z góry patrzyli na chwilowo objęte we władanie miasta, miasteczka i drogi.
Tętniąc pragnieniem, rzetule prabudulca przepychają się spokojnie, usiłując odnaleźć właściwe im miejsca.
Ocierają się bokami, negując nicość i wyzywając zobowiązują do trwania.
Chłoną i są chłonięci.
Nadciągają wciąż i wciąż, grzmotliwie, nawadniając rzesze głośnym, ciężkim spojrzeniem, zdumionym i… rozchichotanym?
Kolebią się statecznie od przodu, rozpływają w dali.
Potem korekta, znowu korekta, następna korekta i zachłyst. I na nowo, bo upłynęło już kwinaście przędzeń.
Mateczność rozpływa się pajączkującym prądem po drogach.
Przedwczorajsze dziś, piątek czy sobota, jadę.
I oni jadą.
Jedziemy.
Z naprzeciwka, mierzymy się wzrokiem, przegrywam.
Patrząc z góry góry klimatyzowanej, dobrze giętych metali i najnowocześniejszych technologi fury.
Nie wiem, czy mają rację, ale jeśli nawet tak — nie jestem tu zadowolony.
Blokują, a zaburzając przepływ robią zatwardzenia, demonstrując nachalnie swe racje ograniczają moje, ale…
Gdybym był nieprzekonany.
Gdybym był przeciw.
Gdybym im nie dopingował i się pieklił…
Chybaby mnie przekonali, wszystko zniosę, ale nie „Trzeźwi”!


Dodaj komentarz