Kiedy Arnold S. pieszczotliwie i tylko przez najbliższych (tych, którym udało się przeżyć, czyli dwóch) nazwany Commando – przykładny ojciec, amatorsko entomolog, zawodowo komandos zabójca – został nagle wytrącony z wczesnej emerytury, po prostu się wkurwił.
Nie zaczął jednak, jak każdy inny, kwękając jąkać się w ZUSię, organizować składki dla się na siępomga, nadużywać trunków i nie chodzi tu o herbatę z dwóch torebek, czy standardowo skulić się w kąciku i ssać kciuk.
O nie, on wykorzystał swoje wrodzone walory (węch rekina), wypracowane latami przymioty (łatwiej przeskoczyć niż objeść) oraz różne podręczne przedmioty (a co tam wpadło pod rękę – skrzynka granatów, 16 karabinów maszynowych, 47 noży typu Ramboski, piły tarczowe, czy też jego ulubione podręczne średniowieczne topory dwuręczne, których używa jedną ręką), by odzyskać córkę i utracone świadczenia.
Facet nie po to został komandosem, żeby być dobry w elokwencję, czy prowadzić negocjacje i ugody.
Wytatuował sobie na bicepsie „kto idzie na kompromis, ten się kompromituje” ( i jeszcze miejsca zostało na całego „Pana Tadeusza”) dlatego, zamiast iść, wziął swój zepsuty samochód, zepchnął go z górki i pojechał na skróty.
Po drodze, nie rozkminiając zbyt wielu, bo po co gadać z trupami – no ok, może oni jeszcze o tym nie wiedzą, ale on już tak – zmieniając środki transportu i formy mordu, sukcesywnie, skutecznie, spokojnie, acz stanowczo eliminował wrogie armie, by osiągnąć zamierzony cel.
Owszem, żeby nie było iż to taki Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima – rycerz, niepokonany w licznych turniejach, symbol cnót rycerskich; delegat na Sobór i uczestnik wojen, nie obyło się bez odrobiny niekonsekwencji.
Jednemu kurduplowi, któremu na początku obiecał śmierć na końcu, nie udało się dotrzymać słowa.
Kiedy nasz Arni trzymał kolesia nad krawędzią przepaści (tak się łatwiej konwersuje) i potrząsał nim żeby słowa lepiej wypadały, nie wiadomo, czy zabolała go ręka (co jest niemożliwe) czy może zachwiała się jego silna wola albo noga, w każdym razie w trakcie dialogu „- Pamiętasz jak obiecałem ci, że umrzesz ostatni? – Tak, tak panie Arnoldzie kochany, oczywiście, że pamiętam, nie chciałem naciskać i się powoływać na świadków oraz odwoływać do pańskiego sum… – Kłamałem„ i go puszcza.
Tu zachodzi pewna niekonsekwencja, bo niby miał go najpierw zabić na końcu, potem chciał to zrobić tu na miejscu, a koniec końców po prostu go puścił.
Oj, dobra, nie ma się co czepiać, to że trzymał go za nogę nad krawędzią przepaści, to są techniczne szczegóły.
Puścił to puścił, tak?
Zaimponowała mi taka postawa proaktywna, a skuteczna.
Taka umiejętność wykorzystywania wrodzonych atutów i przymiotów nabytych, oraz przedmiotów „co pod ręką”, by działać ku dobru społecznemu, albo przynajmniej swojemu.
Takie całkowite zaangażowanie w zwalczanie zła i szerzenie dobra budzić może podziw.
Postanowiłem, kiedy nadarzy się okazja, też być jak Arni, być jak Commando – nieugięty, nieprzekupny, niezłomny, po prostu być na NIE.
Przecież już zostało kiedyś powiedziane: Wystarczy, żeby dobry nic nie robił, a zło zatryumfuje!
Zostało czy nie zostało?
I trafił się kiedyś ponury, mglisty poranek, idealny dla tryumfu zła, jakieś tysiąc kilometrów na północ od Zagrzebia.
Obok, po horyzont ciągnęła się popularna, wyłożona świeżą platyną, przecinająca kraj ze wschodu na zachód, Autostrada Milionerów, z przycupniętymi przy niej kantorami skupu złota, udzielania szybkich kredytów na lichwiarskim procent, lombardami, klinikami transplantologii oraz przedstawicielstw autokomisów.
Cóż, ekonomia nie znosi pustki, a Polacy to przedsiębiorczy naród.
Ceny za przejazd tą Trasą Bajońskich Sum po ostatnich podwyżkach coraz częściej zaskakują podróżnych na bramkach opłat, a zasieki, pola minowe, wyrzutnie rakiet i prywatna armia grzecznie, lecz skutecznie wymuszają sumienne rozliczenie się z przejazdu, a przecież bez nerki da się żyć.
Przezornie zasuwałem sobie obok tej Trasy Bahrajńskich Księży, kiedy żwawo, z kofeinowym animuszem wbiłem na rondo obokautostradowe, czym totalnie zaskoczyłem przechodzącą na przeprostki, centralnie po skosie, niezbyt poprawnie i jak popadnie, łasicę z małymi.
Kiedy zauważyłem, że to nie jeż, i nie będzie żadnej frajdy z jego przejechania, instynktownie zatrzymałem się przed nimi, na środku drogi, szachując rzeczywistość całkowicie i skutecznie.
Nie wiem, po co to zrobiłem.
Odruchowo chyba, aby towarzystwo sobie przeszło spokojnie, bo kto wie, może mają zaproszenie na komunię do rodziny, i już od tygodnia się przedzierają z zaskurniakami by komunista miał na dziecięcinę dla księża?
Nie wiem, jak to jest u łasić, ale pewnie tak samo jak u innych ssaków.
W każdym razie, teraz i tu,
jesteśmy na krawędzi dramatu,
nie ma komunikacji i nijak się nie da, wysłać komunikatu jej bratu,
że nie będą na komunii,
z powodu komórki braku.
I drogowego szachmatu.
Mimo wszystko szkoda by było, gdyby nie dotarli, szczególnie że facet jak zwykle olał sprawę i łasiocokobita idzie sama z tym drobiazgiem.
Kiedy zobaczyła jak wbijam niczym szatan swoim ecoboostem jeden litr pojemności plus szalona moc turbinki wielkości naparstka, łasicomama straciła wiarę w człowieka.
Rzuciła się do brzegu drogi, licząc pewnie, że umknie, ale dzieci, te biedne, nieopierzone dziatki, co jeszcze nic o życiu nie wiedzą, sparaliżowane, zahipnotyzowane moim wypalonymi xenonami, zostały na środku trasy – prosto przed kołami.
Zwinęły się tam w kłębki, a łasicomama przerażona tylko nerwowo i krzywo ziora przez pobocza pokrzywy.
Za mną z piskiem słabo smarownych tarcz hamulcowych zatrzymują się kolejne pojazdy, ta ziora, te leżą, ja dumam…
Co też zrobić mam, co zrobiłby Arnold, bo widać wyraźnie, że małe ułożyły się do katatonicznego snu na środku jezdni, i tak już raczej zostaną na wieki, bo jeśli ja ich nie przejadę, to ktoś z tyłu na pewno.
Nagle z transu wytracił mnie przeciągły jęk klaksonu.
Po latach na drodze łatwo jest się nauczyć kodów nadawanych klaksonami.
Są charakterystyczne i zależnie od sytuacji łatwo można się nimi porozumiewać.
Tylko lekko trąbiąc informacyjnie, informujesz, że było już czerwone, było zielone i znów czerwone i na jaki kolor szanowna pani czeka?
Można trąbić dla wiwatu kiedy ulubiony klub wygrał kupiony mecz Trąb trąb, Trąb trąb trąb, Trąb trąb trąb trąb, Trąb trąb!
Można trąbiąc dwa razy udrażniać ruch, a można też, siadając na kierownicy spasionym dupskiem, przeciągle, z pretensjami zajechać komuś klaksonem po nerkach.
Tak właśnie zajechał mi jakiś entuzjasta wieśmaka.
Zajechał i w nery i pobudził do głębi me mitochondria, aż poczułem uderzenie adrenaliny w końcówkach włosów.
Już nie myślałem – działałem.
Być jak Arni, wykorzystać swoje przymioty, dany przez los oraz rodziców wygląd, oraz wyrobione latami doświadczenie.
Wysiadam zamaszyście z pojazdu, lokalizuję otrąbienica i ruszam w jego kierunku.
Kiedy idę, 65 kilo furii, nieustępliwości, twardości oraz z uniesionymi włosami wkurwienia, ludzie kulą się za kierownicami, widać jak każdy błaga swojego boga, żebym to nie po niego szedł.
Dopadam szoferki, uchylam drzwi, wyciągam typa za nogę. Kiedy ciągnę go na wiadukt nad autostradą, już nie trąbił, już mu się nie śpieszy, zmienia mu się nagle perspektywa!
Ale ja nie znam litości! Kiedy pociągnąłem za klamkę ta zapadła, a nikomu nie obiecywałem śmieci na końcu! Zresztą, zobaczymy, może go puszczę.
Ale wcześniej poznasz śmieciu, co znaczy być nieuprzejmym na drodze!
Kiedy trzymam, wzorem Commanda, tego typa za nogę i potrząsała nim moralizatorsko nad krawędzią wiaduktu, i kiedy już już mam go upuścić na platynową nawierzchnię A4, by zajęły się nim odpowiednie służby ściągania należności za nieuprawnione korzystanie z ich złotonośnej drogi…
Kolejny klakson nagle mnie otrzeźwia… Ten jest bardziej uprzejmy, taki pytający „ej, ale wszystko tam ok?”
Otrząsam się nagle… Kuna… co ja tu wymyślam…
Na co czekam na środku drogi, wypiłem za dużo kawy i łapie mnie narkolepsja?
Potrząsałem głowa – bosz, co ja odpierdalam – i wysiadam, teraz już (chyba) naprawdę, unoszę rękę uspokajająco-przepraszająco, i co… i ten…
I wziąłem te zwinięte kłębki z ziemi, i zaniosłem je mamie.
Dzisiaj Dzień Praw Zwierząt, tych małych też.
A „zwierzęta” te duże, które mają to w dupie, obowiązuje dyspensa.
Przepaście czekają, i są przepastne.


Dodaj komentarz