uMarty

Jeśli podzieliłeś się ostatnio na głos uwagą, że jesteś u Marty i chwilę potem, ze zdziwieniem zaobserwowałeś w swoim telefonie nagły wysyp internetowych reklam zakładów pogrzebowych, to wiedz (jeśli jeszcze tego nie wiesz), że smartfony skrzętnie, niezmordowanie, niestrudzenie i nieustannie nas podsłuchują. Może nie zawsze mądrze, ale zawsze, i nie daj się nabrać, że „szanujemy twoją prywatności i poproś o nieśledzenie”.

Na później, do spokojnego samodzielnego przemyślenia, zostawiam związane z tym zagadnienie: dlaczego te doskonałej jakości smartphony z Chińskiej Demokracji Ludowej są takie tanie, skoro takie one dobre.
Jednak te nasze Smart-phon-Szpiegi są amatorami ligi podwórkowej w porównaniu z nowoczesnymi samochodami.
Te jadą po całości!
W najnowszych wozach naszpikowanych elektroniką jak szynka chemią – aby wszystkie systemy „wspomagania naszego niedomagania” mogły odpowiednio spełniać swą funkcję — szpieguje, analizuje i gromadzi dane niemal wszystko, nawet reflektory.
Pproducenci pakują w ten mobilny sprzęt na gumach co się tylko da.
Wóz musi mieć cały zestaw czujników do monitorowania drogi przed i za sobą, asystenta pasa ruchu, lidary, radary, podczerwienie, ultra i infra, czujniki ciśnienia w oponach, monitorowanie wnętrza, powietrza i czasu jazdy, szybkości, przeciążenia, obciążenia… 4K, 5G, ABS, BBC, UMTS, CHGW i JPRDL…
No i miotacz ognia połączony z laserami. Wszystko co się rusza w promieniu kilku metrów musi być ciągle sprawdzane, przecież nie można pozwolić żeby nam ten drogi obiekt westchnień i marzeń tak po prostu ukradli.
Rejestruje się wszystko (weź i spróbuj urealnić przebieg w taki aucie, bo je sprzedajesz i w ogłoszeniu napisałeś „przebieg do uzgodnienia” – no maskara), by już po milichwili, te skrzętnie i pokątnie zebrane dane, umieścić gdzieś tam, wysoko w chmurach, na bezdennie przepastnych serwerach.
Ależ oczywiście, że to tylko i wyłącznie po to „by zapewnić najwyższą jakość usług”, i tylko dla naszego bezpieczeństwa oraz dobra…
Dobra, dobra… w każdym razie, uprzedzam — jak udajesz się swym wymarzonym, najnowszym samochodem (bo w domu nie ma warunków; dzieci, rybki i kot) na szybkie bara-bara z żoną gdzieś na łonie, na wszelki wypadek upewnij się, że to jest właściwa żona.
W dodatku te naszpikowane elektroniką i sztucznymi inteligencjami pojazdy idą w jednym zunifikowanym kierunku.
W kierunku -> SUV jak ze snów.
Na stos z kombi, sedanem czy minivanem!
Już prawie każdy rozsądny, dojrzały emocjonalnie, myślący przyszłościowo i naciskany przez małżowinę obywatel, nie wyobraża sobie nic innego, i do salonu po SUVa zasuwa.
Do SUVa wsiada się łatwiej, bo wysoki, widać więcej, gdyż siedzi się wyżej, a jego masa daje błogie poczucie bezpieczeństwa.
Łatwiej pokonuje się w nim krawężniki, i dojedzie taki na działkę, zmieści się też pies, a machnąć nogą w celu otworzenia bagażnika na sobotnie zakupy, też łatwiej niż w innym. Plusy można by wymieniać godzinami.
No ideał, i to bez względu na to, do którego obozu należy właściciel (Biedronkołowca czy Lidllożerca).
Coś za coś jednak, w przyrodzie bilans zawsze musi być na zero.
SUV coś daje ale i zabiera.
Z powodu dużej masy SUVy są ociężale, bagażniki u nich krótkie, dachy tam wysoko tak jak i środek ciężkości.
Tak, nowoczesny ten samochód zabiera radość z jazdy!
Zresztą, w sumie, i tak nie tylko z powodu fizyki się nie da. Na straży naszego bezpieczeństwa stoi przecież sztab poważnej elektroniki i batalion systemów bezpieczeństwa.
Auto teraz samo włączy światła, wycieraczki, ustawi fotel, sprawdzi jakość powietrza, uruchomi „ręczny”, optymalnie zmieni biegi, szyby odpruje i zaparkuje.
I ja to szanuje…
A jak! W końcu człowiek nie musi myśleć o bzdurach, może się nie zajmować takimi pierdołami jak nadmierna koncentracja nad prowadzeniem i ogarnianiem rzeczywistości wkoło i za kółkiem, szczególnie, że wszędzie napakowali tyle pięknych i szerokokątnych full-hd wyświetlaczy dotykowych, a wszystkie atrakcyjnie podpięte pod internety.
Są przecież jakieś priorytety!
Ta permanentna inwigilacja, poręczne wyręczanie i całkowity brak charakteru, sprawiają, że póki co, nie chcę takiego przykładowego „suwa”.
Jestem starej daty, ale pamięć mam doskonałą i dobrze pamietam czasy kiedy to w aucie myślał człowiek i od niego zależały styl i jakość jazdy. W dodatku jestem urodzony kierowcą… dobra… bez talentu ale urodzonym(!) i zawsze, w miarę drogowych możliwości lubiłem i lubię sobie pojeździć, a nie tylko bezrefleksyjnie przeglądając tiktoki przemieszczać się z miejsca A do By.
Nie polegać tylko na krzemie, Pojeździć!
Nieortodoksyjnie, z lekkością, swadą, swobodą, eksperymentalnie.
Oj tak, aż się coś w oku kręci na wspomnienie, jak kiedyś, kiedy dzieci były małe, o – takie małe – robiło im się dla żartu nawrotkę na ręcznym („ręcznym” ręcznym, a nie elektrycznym ręcznym), czy wchodziło na śniegu w poślizgi.
Dla śmiechu, jak pusto i bezpiecznie „zrobić rondo” na anglika, powygłupiać się trochę na parkingu, kreatywniej podejść… ups… podjechać do techniki, mechaniki i fizyki prowadzenia pojazdów.
Tu coś ściąć, tam zaokrąglić, zdać się na swoje, nie pojazdu, umiejętności, a przy okazji się i podszlifować.
Sprawdzić na sucho, w kontrolowanych warunkach „co by było, gdyby”.
Dzieci zawsze miały ubaw, Jaśnie nam Panującą Żona może trochę mniejszy, ale też tam na pewno się w skrytości uśmiechnęła półgębkiem.
A ja za to i dzięki temu byłem gotów… no… bardziej gotów na rzeczy nieprzewidywalne.
Bo rzeczy nieprzewidywalnych, na drodze przewidzieć nie umiem.
Teraz, w tych nowych wozidłach już tak się nie da.
Nowe pojazdy, monitorując ciągle wszystko, wykluczają, jak tylko mogą nierozważne czyny ludzkiego czynnika.
Szkoda, tracimy umiejętności na rzecz maszyn i niedługo już nikt nie będzie wiedział, kiedy posiać ziemniaki.
Całe lata mej kreatywnej jazdy wyrobiły też i w towarzyszących mi osobach odpowiednie nawyki.
Ponieważ nigdy nie wiadomo czego się spodziewać, jaki to prank przyjdzie mi do głowy w tej nudnej jeździe, i co jeszcze nawywijam, przyzwyczaili się, że nigdy nie wiadomo, bo takie ze mnie za kółkiem, zawsze bezepiczne, ale — Homo Niewiadomo.
Dokładnie tak było ostatnio, kiedy jechałem sobie nie sam spokojnie (już dawno ciemno), przez las (gęsty, podszyty i mieszany), a z nieba lało się coś na kształt deszczu.
Trudno się i dziwić, że tak siąpi, skoro od pół roku mamy listopad.
Kiedy tak właśnie jechałem moim wysłużonym, ale wiernym, jeszcze mocno analogowym mobilem, na oponach nie dość, że wielosezonowych to w dodatku wielo już sezonowych, przy wchodzeniu w zakręt — który znam przecież doskonale i na pamięć — nagle okazało się, że muszę poważnie zrewidować moje zapatrywania na swe „wgłowne”, zapełnione danymi, dawno nie formatowane, pofragmentowane dyski z pamięcią.
W stosunku do moich wyobrażeń ten zakręt w prawo okazał się zbyt ostry, prędkość w nim za duża, przyczepność minimalna, a trzymanie boczne opon o wielu sezonach — niewystarczające.
Mimo że sprawy zaczęły się dziać dość szybko, ja zwolniłem… ale tylko w głowie.
Na drodze zwolnić zbyt drastycznie nie mogłem. Bałem się, instynktownie wiedziałem — wbicie teraz hamulca w podłogę, przy tej trajektorii ruchu pomnożonej przez kwadrat prędkości plus silnia podzielić przez aktualny kurs franka, da mi całkowitą utratę kontroli nad pojazdem i tym, co tu odpierdalam.
Dlatego tylko ująłem nogę z gazu, ale i tak, całą swą chudą dupa, poprzez fotel i układ kierowniczy, czułem, że opony w poślizgu bocznym — nie trzymają.
Kurde, zacząłem brać ten zakręt coraz obszerniej i wchodzić w nadsterowności.
A… no tak, szybki samouczek:
„Podsterowność jest wtedy, kiedy widzisz drzewo, w które zaraz uderzysz.
A nadsterowność wtedy, gdy tylko słyszysz to drzewo”.
Jak jakoś zapanowałem na nadsterownością, to zacząłem wpadać w podsterowności!
Prostuję, prostuję, ujmuję gazu, ciągle schodzę z prędkości, ale znosi mnie w rów… i czuję, że braknie mi szerokości tej drogi.
Może minimalnie braknie, ale i tak się zwalę, jak ten zawodnik, co celnie trafiony o jedną lufą za dużo, zwala się do rowu na swym dzielnym rowerze.
I już, już wchodzę bokiem w rów, kiedy czuję, że opony łapią przyczepność na poboczu, i nie myśl tu sobie, że na tym prawidłowym poboczu!
To jest zakręt w prawo, a mnie zniosło na lewy pas i jadę sobie pod prąd, ale luz, bo jest pusto.
Lewe kola złapały grunt utwardzonego pobocza, a ja delikatnie noga na gaz, przyspieszenie, wyprostowanie kół, powrót na swój pas i sprawdzenie jak bardzo popuściłem…
No ok, trochę popuściłem, ale jeszcze nie bardzo śmierdzi.
I kiedy tak sprawdzam, czy gdzieś na podorędzi jest defibrylator, czy dojadę w tych gaciach do domu, a ciśnienie podniesione do poziomu spotykanego tylko w podmorskich odwiertach roponośnych zaczyna mi bardzo powoli opadać, słyszę z boku, znudzone:
-Nie wygłupiaj się, normalnie jedź! 

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑