Samolot był tak wysoko, że patrząc i w górę, i w dół, widziałem skrócone perspektywą kipiące zwały cumulonimbusów. Chmury wydobywały się z rozgrzanego oceanu, jakby był pełen wybuchających pancerników. Miały niesamowitą szybkość wzrostu i przybierały kształty tak dziwaczne i rozmaite jak ryby głębinowe.
Przełknąłem nerwowo ślinę i powiedziałem – Espresso – do stewardesy. Dziewczyna widzi lęk (a może niezdecydowanie) na mej twarzy i też lekko się waha.
– Espresso tiga kali – doprecyzowuję, a wtedy stewardesa promienieje.
Ona na pewno mówi po angielsku, ale jak wiadomo wszystkim oberżoświatom: dobrze jest władać językami. Po jakimś czasie stewardesa (inna) odzywa się przez interkom i też mówi coś w różnych językach. Po każdej zmianie języka po samolocie przebiega szmer dezorientacji.
Najpierw ci mówiący po angielsku pytają się nawzajem, co ona właściwie powiedziała, a kiedy stwierdzają, że trudno, przepadło, już rozbrzmiewa to samo po kantońsku – i zaraz Chińczycy pytają się nawzajem, co ona właściwie powiedziała. Wersja malajska nie budzi żadnych emocji – widocznie nikt tutaj nie mówi tym językiem, może oprócz mnie (to wtedy kiedy zamawiałem kawę).
Komunikat prawdopodobnie mówił coś o zbliżającym się lądowaniu. I faktycznie, podchodzimy do lądowania, a kiedy wysiadam, wszystkie dwie stewardesy Malaysian Air uśmiechają się od ucha do ucha – pracownicy branży usługowej uwielbiają (albo dobrze udają) ludzi, którzy przynajmniej próbują powiedzieć coś w języku innym niż angielski, i zapamiętują ich sobie.
Tak, dobrze jest znać choć kilka słów w obcej mowie, tak jak Egipcjanie – świetnie operujący słowiańskimi językami. Dokładnie tak, jak jeden Strażnik Miejski, na którego dawno temu natknąłem się w strefie zakazu ruchu pojazdów, kiedy dostarczałem hot fresz towar, w kultowym mieście Sosnowiec.
Fiat Ducato, którym się wtedy przemieszczałem – dla kogoś pracującego wcześniej na pełnych radości i improwizacji oraz luźnego podejścia do mechaniki i jakości socjalistycznej, wyrobach samochodopodobnych – był 8-metrową emanacją finezji, cudem techniki użytkowej i arcydziełem piękna myśli inżynierskiej. Och! Miał wspomaganie kierownicy, diesla 1.9 PSA pod maską, drzwi boczne przesuwne, skrzynię biegów obok kierownicy, radio które słychać, i szyby co można było opuszczać… A w zimie nie trzeba było palić pod nim (jak pod Żukiem) ogniska celem rozgrzania oleju w olejowej misce.
Hesus – przepraszam Sir – czy tak wygląda raj?
Tak, po wcześniejszych Żukach, Fiatach sPolskich i Nyskach, to było jak wsiąść do Pendolino z wagonu przedziałowego made in PRL. Ów Ducati Fiati był biały i wspaniały, a na boku miał przepiękny, olbrzymi i kolorowy rysunek z koszem świeżych owoców i napisem „Fruit of The Loom” pod nimi. Co oznacza – jak wiedzą nie tylko w Malezji, Chinach czy Egipcie – „Owoce Szwalni”.
Te „Szwalniane Owoce” były wtedy doskonałej jakości odzieżą typu koszulki i podkoszulki, bluzy oraz dresy, które wielu glam-entuzjastów i modnisiów-strojnisiów do teraz z uwielbieniem nosi nawet do kościoła. Był to towar typu „very hot stuff”, wery chodliwy, pożądany i powszechnie ceniony.
Tak – niczym ciepłe bułeczki z jedynej piekarni w mieście – schodził na pniu.
Dużo frajdy i jazdy ten nasz Ducato-Mi-Duet przy tej pracy miał. Lekki bawełniany towar nie wysilał Fiata-Ducata, który dzięki temu, rączo jak pies myśliwski za kaczkami z wywalonym jęzorem, pomykał na przepadło przed siebie. A ja, młody, ambitny i dopiero co (jak ten jęzor) wywalony ze studiów, też byłem szczęśliwy. Bo lubiłem jeździć, szlifować swój młodzieńczy – pełen zapału, ale czysto teoretyczny (chociaż uważałem inaczej) – styl jazdy.
Na szczęście, nie było wtedy jeszcze punktów premiujących nieuważną jazdę, oraz pilnych fotoradarów, które to skrzętnie uwieczniały, można było dość tanio popełniać błędy. Zgrany ten nasz duet pokonał wiele setek tysięcy kilometrów, dostarczając Szlachetne „Owoce Szwalni” łaknącym świeżych bawełnianych witamin obywatelom w całym kraju.
Aż pewnego dnia dotarliśmy w zaklęte rewiry Centrum Księstwa-Miasta Sosnowiec. Pod czujnym okiem luf dział szybkostrzelnych i granatników strzegących wjazdu do tej elitarnej strefy, zatrzymałem się przed zakazem wjazdu do centrum. Zakaz ten nie dotyczył wyjątkowo „jedynie i tylko dostaw towaru – od 3 do 5 rano”. I co w takiej sytuacji ma zrobić młody i przedsiębiorczy chwat, stojący bezradnie z towarem pierwszej jakości, który przybył tu w południe?
Przecież nie będę ciągnął tych hałd towaru niczym cenne bryły urobku przez tunele drążone w ceglanych fasadach kamienic miasta. A naród czeka na towar!
Przekalkulowałem i radośnie zignorowałem szybkostrzelny sprzęt masowego wrażenia, wrzuciłem „cegłę na gaz” i natychmiast wjechałem w ten wjazdu, parkowania, stania, przebywania i niemal nawet chyba oddychania… zakaz, jak w pełną tajemnic zasnuta mgła dżunglę.
Oj, dobra, żeby wyżyć w tym trudnym szoferskim fachu, nie takie numery się robiło przecież, a tego towaru jest w cholerę do rozładowania, i ktoś z moim wykształceniem nie będzie nosił kartonów na kilometrowe odległości! A co na to Ducato? To przecież Włoch, więc Forza Italia, Vamos i una cerveza, por favor.
W celu szybkiego rozładunku, władowaliśmy się w zakaz, rozpocząłem wyładunek mych „owoców”, kiedy nagle słyszę za plecami „Achtung, Hände hoch i gacie w dół a pieniądze na stół!”
Czyli mniej więcej – Dzień dobry, tu Strasz Miejski Księstwa-Miasta Sosnowiec. Jestem Straszny Aspiryn Jemioło i czy wiecie obywatelu, iż wjechaliście w SRU (Strefę Ruchu Unikania), pojazd wasz zatrzymał się na zakazie zatrzymywania się i w dodatku zastawia trawnik, chodnik, spodek i wychodek? Za to przewinienie będzie kara około 10 lat więzienia, zamiennie na 5 lat robót w kamieniołomach, lub mandat w wysokości miesięcznej pensji Księcia Brunei. I tu przypominam, iż to aktualnie najbogatszy człowiek świata. To co, wypisujemy?”
-I co tu zrobić mam, jak aktualnie nie mam 10 lat na zbyciu na w więzieniu bycie, w kamieniołomach już byłem i mi się nie podobało, i w dodatku… Czy ja wyglądam jak jakiś szejk, ksiądz… tfu… sory… książ, bądź właściciel ziemski? – Tak właśnie sobie pomyślałem, ale mówię:
– Panie Sierżancie Aspirujący Aspirancie, a może już Pułkowniku? Ale Wy tu macie ładnie, i jakie stroje szykowne, a ja tylko na chwilę, długa droga, do domu daleko, trzeba jakoś pracować, no… Zrozumcie człowieka? To co, zrozumiecie?
– Tak, tak, of kors, naturlich, że zrozumiemy. Na prawie nadanych mi praw zmieniam więc roboty w kamieniołomach na kopalnię.
– Zaraz, zaraz, już, moment, Szanowny Strażu, ale czy pan wie… – i tu nagle chyba zostałem tknięty jakimś Palcem Boga czy trącony tynkiem od kamienicy odpadłym, bo sam nie wiem jak, ale wypalam – Panie Strusiu, ale jaka kara jak ja tu ma Fruits! Ja tu OWOCE mam, a ten towar, jak mleko, łatwo psującym jest i musi mieć najprędszy transport, i dostarczać trzeba go natychmiast!
Strażnik na to dictum relanium, podrapał się z tyłu pod daszkiem, łypnął kontrolnym okiem na napis samochodowy boczny gdzie „Fruits of The Loom” („Owoce Szwalni” – w obcych językach) podkreślone jak byk wężykiem. A ponieważ wszystkie oba dotychczasowe wakacje spędzał we Władysławowie (a to prawie Hell), raz widział reklamówkę z Egiptu, i raz go niemiec zapytał o drogę nach Lidl, to i językami świata włada.
Natychmiast kiwa głową ze zrozumieniem w stylu „jes, aj knoł dis gejm” i nagle spokojny, na mocy nadanych mu praw, macha ręką „Tak, owoce i mleko muszą mieć najszybszy transport, kontynuujcie obywatelu wykonywane czynności!”
I poszedł. Uff… jak to dobrze, że poszedł i nie zobaczył, że te „owoce” wnoszę do odzieżowego.


Dodaj komentarz