さようなら Leszczu!


W naszym kraju, który nieustająco mnie zadziwia, kraju ludzi nieprzeciętnych… ech, aż łza się kręci w oku, gdy wspomnę tę konferencję wizjonerów mówiących, że jeszcze nie ma tych procesów, przeciwko którym my już podejmujemy działania (mistrz stand-up-u Glapiński, o inflacji której jeszcze nie było) – auto z przebiegiem powyżej 200 tys. jest „sprzedawalne” pod warunkiem, że ma cenę zbliżoną do ceny choinki zapachowej, plus oczywiście choinka gratis. 


Samochód gotowy do realnej sprzedaży musi mieć 186 tys. Powyżej 200 wyobraźnia niejednego klienta już nie sięga. Jak można robić tyle kilometrów autem! Strach pomyśleć, co tam – przy takiej hardcorowej eksploatacji – mogło się nim napsuć! I na bank nie był naprawiany przy takim bestialskim traktowaniu, ba, katowaniu, bo bez sensu inwestować w taki zajeżdżony, niesprzedajny (już) złom! Z jakich liczb niepierwszych musiał on być korygowany, skoro ma 201 tys. na liczniku? Borze Dębowy!


Ponieważ „Klient nasz pan”, to chętnie i często urealnia się pojazdy stosownie do wyobrażeń klienta. Nieważne, że stan techniczny takiego „ledwie dotartego” może być dużo gorszy niż tego „zajeżdżonego wraka”. Nieważne, że myśląc racjonalnie, dany przebieg w 10-letnim pojeździe jest często tak samo realny jak „Gwiezdne Wojny”. Nieważne, klient wymaga – klient dostanie.


Kiedyś nawet wystawiłem jeden samochód do sprzedaży z opisem „przebieg do uzgodnienia” – ot tak dla śmiechu i radości. Ale nikt się nie śmiał i nie radował, tylko sprawdzał, czy przypadkiem nie jest z tektury ta atrapa tego „czegoś” z 590 tys. km na liczniku, którą ja tu usiłuję wcisnąć naiwniakom jako pojazd mechaniczny z aktualnym badaniem technicznym. I ile dopłacam za jego litościwe Mi_ zabranie…


Ogólnie cenimy sobie bajki i opowieści z mchu i paproci. Nie patrzymy na realia, tylko próbujemy dopasować aspiracje do wyobrażeń i zasobności portfela. Nie ma sprawy, bo cóż mnie to obchodzi.


Wróćmy na ziemię. Podjechałem kiedyś do Salono-Serwisu Toyoto-Lexusa. Na podjeździe stoi piękny klasyk. Lexus LS 400 z lat 90-tych. Każdy kto wie, ten wie, że Lexus to taka lepsza Toyota. W mojej Toyocie przez 18 lat eksploatacji spaliły się 3 żarówki, więc coś jest na rzeczy.


Tak, prawda – Lexus – w naszym powszechnym wyobrażeniu, to jeszcze nie Mercedes, gdyż u nas Mercedes to marka sama w sobie (jak idziesz kupić buty sportowe to Adidasy nawet jak to Najki, a plastikowe klocki to zawsze jest Lego nawet jeśli nie jest). Jednak, jak dla mnie (jeździłem Mercedesem), Lexus to luxus, to klasa, to jakość, to… ech, aż miło popatrzeć na taki pojazd (było miło, puki nie zaczęły wyglądać jak glonojady lub części od maski Darth Vadera).


W dodatku tam, w tym salono-seriwsie spa, po serwisie pojazdu mycie i pa, dlatego jestem i widzę że: stoi i pachnie, mieni się, pyszni w słońcu stary ale krzepki „LS”. Krople, schnąc, odbiją promienie w popołudniowo-jesiennym świetle. I wcale im się nie dziwię, że nie chcą z niego spływać. Wspaniale utrzymany był ten wspaniały pojazd, a słońce jesienne ma tę niepowtarzalną barwę, która dodaje blasku i szyku – temu klasyku.

Nie podchodzę bliżej, nie chcę sobie psuć widoku, a komuś pojazdu. A weź, strach, jeszcze bym coś urwał! 


Ech, przed wojną, to dopiero robili Samochody.


– Piękna maszyna ta co tam stoi lexusowa luxusowa maszyna! – zagaduję w serwisie przy uiszczaniu.  

– Ano, piękna… – Lakoniczny dość ten gość.  

– Ma swoje lata, ktoś musi dbać…  

– Ano, musi…


Weź się mistrzu „walki bez walki”, coś postaraj, pochyl się nad spragnionym pogawędki utrudzonym petentem, bo ciął będę równo z trawą! – myślę – i ciągnę:

– To Lexus, a one się raczej mało psują.  

– Prawda, psują się one mało…  


Rany, no co za małoresponsywny mistrz ciętej riposty.  

– „Jak dbosz, tak mosz”?  

– O tak, właśnie! Jak dbAsz, tak mAsz! – lustruje mnie wzrokiem typu „Jeżu spod krzaka, co tu przywiało tego wieśniaka”  

– Ale jednak w serwisie był!  

– Był…


Nie no, nie zdzierżę… Weź się, Kendomistrzu, coś rozpędź, bo tydzień będziemy się tak konserwować w tej konwersacji!  

– Czyli jednak naprawa?  

– A nie, nie, taki ogólny serwis, oleje, filtry, klocki, tylko podstawowe sprawy.  

– Pewnie, klient dba, ale pewnie mało jeździ, gdyż szkoda takiej maszyny.


Tu, w końcu, zrzuca z nosa okulary (bo na łańcuszku miał), koncertuje na mnie soczewki plusminus 2 i pół, patrzy chwilę bystro jak Kendo wojownik przed decydującym ciosem. Szacuje szanse, i z lekka cedząc cynicznie, ciamkając brzeg okulara ciągnie płynnie:  

– Pewnie, że dba. Pewnie, że szkoda. Ale ja wiem, czy mało jeździ? To stały klient, zrobiliśmy mu właśnie przegląd na milion trzysta tysięcy km przebiegu… (słownie 1 300 000 km)


I spokojnie patrzy jak moja głowa, celnie ścięta, stacza się toczą za opadniętą szczęką.

(さようなら) Sayōnara, leszczu! Chciałeś, to masz! Przeciął mnie na pół bez wyjmowania miecza.


Opis obrazka

3 myśli na temat “さようなら Leszczu!

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑