Winkognicie

Wylądowałem kiedyś w Lubinie… e, Lublinie… y… też nie, w Lublanie?
Tak! W Lublanie, w Słowacji.

7 rano, sobota, piękny ciepły poranek. Wyszedłem żeby się przejść – trochę może; kawę wypić – szum borze; śniadanie zjeść – na dworze. Kiedy tak szedłem przez to jeszcze puste miasto typu „stolica”, spotkałem gościa z psem

– O heloł mister, jak ci tam leci?

-Ar ju toking tu Mi_?- pomyślałem do siebie zszokowany.

Czujność, dlaczego on mnie, obcego typa, tak ostentacyjnie zaczepia na ulicy, może bezdomny i na coś zbiera chociaż nie wygląda, a może nie? Uśmiechnąłem się wymuszonym, wyuczonym uśmiechem typu „ale ja nie wiem, ja nietutejszy” – i poszedłem szparko niczym sekretarka dalej.

Po chwili kolejny jakowyś Gościo, co zamiatał przed kamienicą, to samo – Czołem Waści i co tam u Szanownego, bo ranek piękny jużci azaliż? – Ja, ja, naturlich, of kors, ja wol, naturlamę -mówię i cierpko się uśmiecham, gdyż już wiem, nie ma przypadków, to jest wpadka!

Każdy agent, nawet ten od nieruchomosci by się kapnął. Zostałem spalony, ale na szczęście doskonale wyszkolony, dlatego – wdech – wydech – i akcja?

Tak, Jestem gotów!

Cały spięty, pod szyją zapięty, szykowałem się do konfrontacji… bo to. Zasadzka!

Kiedy przed kawiarnią spotkałem trzecią tego dnia osobę i ta też mnie zaczepiła z miłym uśmiechem, dłużej nie czekałem – zaatakowałem szybko jak Cobretti! „Zwinny jak jaszczurka i ostry jak przecinak!”.

Pokraczny (z pozoru) wypad z nogi wykrocznej, piruet, ugięcie kolan, z biodra strzał z piąchy w mostek.

Kiedy go zatkało, rzucam żartem – zatkało kakało? – przyduszenie, dociskam kolanem do ziemi za kwietnikiem i precyzyjnym, zimnym, wypranym z emocji głosem mówię mu jak będzie:

-Żywy już z tego nie wyjdziesz, ale jeszcze możesz nie cierpieć, mów więc bez łaski swojej, kto was wynajął? Jaki śmiertelny wróg się na mnie tu czai i skąd wiecie kim jestem, skoro w Incognicie przybyłem i nikt, absolutnie nikt nie wie, że ja to jestem ja w tym Lubi…Lubli… kurwa no… w Lublanie!

A on na to, że „nie wiem o co panu chodzi”, że uprzejmy być chciał, że tu wszyscy tak, że taki miły poranek. Ludzi jeszcze mało „na mieście” i można pogawędzić.

Tu to normalne, ale jakby co to przeprasza za swoje zachowanie…

Postanowiłem go oszczędzić – chociaż wiem, że kłamie! – na nogi postawiłem, pod kawiarnię odstawiłem i kawę postawiłem, a napiwek – chociaż wiem, że kłamie! – zostawiłem, i poszedłem w zadumie „Jacy głupi ci Rzymianie”, bo weź, kto by w to uwierzył?

No wyobraź sobie taką akcję w Polsce… 

-Heloł hał du ju du?

-A weź spierdalaj!

Kiedy indziej, już w Polsce, też właściwie była noc. Barbarzyńskie, nie do pomyślenia, gdzieś po 7, kiedy półprzytomny, po odwiezieniu młodzieży do szkół, wysiadłem zatankować.

W wóz – 30 litrów diesla, w siebie – 45 litrów kawy, na miejscu!

Nagle, z „piskiem opon” – przenośnia taka, by dodać tej akcji trochę dynamiki, bo żebym nie wiem o której wstał i tak budzę się w południe, i jestem jeszcze trochę śnięty – wysiada z wozu obok gość i do mnie – Przepraszam Pana! 

Wiem, że to zasadzka, przecież to Polska, a nie jakaś Słowenia!

Każdy inny tak napadnięty z samego rana, niemal nocy, w kraju białych niedźwiedzi wałęsających się po ulicach, zadrżałby pewnie w trwodze, ale ja mam już pewne doświadczenia, byłem szkolony, i w ZUSie przechodziłem praktyki, ja już się niczego nie boję.

Spokojnie gram na czas.

Aj know dis gejm.

Przyjmuję postawę defensywnie-ofensywną, a mruknąwszy „nie ma za co” idę sobie dalej.

Napastnik nie daje za wygraną, idzie za mną.

„Dobra, natręt” – rekapituluję i kapituluję, ale zanim go zdekapituję najpierw się zatrzymuję i replikuję – Hę?

Odwracam się na pięcie w napięciu, a dłoń ma jak struna napięta już gotuje się do zadania ciosu, gdy, po przetarciu oczu zauważam zupełnie mi nieznanego, całkiem normalnie i schludnie wyglądającego Gościa, uśmiechającego się do mnie przyjaźnie.

Fuck, ta zaraza dotarła już na północ od południa, w samo ranne przedpołudnie ?

Po chwili, gdy przedarłem się przez opary snu i mogę już zacząć używać trudniejszych słów, skonstatowałem, że nagle rozmnożyły Mi_ się auta.

Bo teraz… jak już patrzę uważniej to tak, dobrze widzę: stoją obok siebie dwa identyczne pojazdy.

Jedno jakby krzywo, z otwartymi drzwiami, i dużo schludniejsze niż ten drugi – niż ten mój, ale poza tym identyko.

Dobra, skoro atakujący mnie jednoosobowy oddział szturmowy jeszcze nie stwarza zagrożenia, to zobaczę co się wydarzy dalej – postanawiam, chwilowo, nie stosować tych wszystkich ciosów karate co to je tam teges z bratem.

Zamierzam usłyszeć tego miłego Pana i czekać, co powie.

A dalej padło że, on to od dawna mnie śledzi…

Tu wpadam w popłoch! Ale z ciebie Mi_ agent, JPRDL, jak z kozi dupy trąbka, od dawna jesteś śledzony, a dowiadujesz się o tym dopiero jak cię prawie przejechali!

W związku z tym śledzeniem to on ma sprawę (tego domyśliłem się już sam, bo cóż innego?).

Kawał na ławę – pewnie obcy wywiad chce mnie przepchnąć na swoją stronę!

Cóż, biedak zaraz się dowie, że nie jestem na sprzedaż…

…Odnośnie samochodu by się chciał coś dowiedzieć

Bo od dawna mnie śledzi, na jednym czy drugim forum dałem się poznać że się znam i rozpoznaje mnie od razu mimo, że hi hi Mi_ się wydaje że się skrzętnie ukrywam pod kryptonimami. 

Panie reżyserze kochany! Ja to pana widziałem we wszystkich filmach, i polskich, i zagranicznych, i amerykańskich!

Tu się wyciąga ściągę i się recytuje co lepsze tytuły oraz wpisy z najwyższą ilością bo aż ze 20 mających lajków!

Pewnie celem uwiarygodnienia, referencji i żebym się nie wykpił!

Następuje wymienianie miejsc, gdzie i co można było przeczytać „Made in Mi_” oraz użycie trudnego słownictwa typu Esej, Wpis, Post oraz Epistemologia.

Na chwile trochę mi się zrobiło żal że to jednak nie żaden Wywiad, ani obcy, ani do gazety, a przynajmniej do momentu, w którym dotarło do mnie, że ALE JAK TO, KURWA?!?

Wszystkie moje próby pozostania w Internecie w Incognicie były tak żałośnie amatorskie iż tak na ulicy, w biały dzień!?

Cały ten misterny plan bycia niewidocznym, jakby co to zwalenia na innych tego pisania, do winy się nie przyznawania i siedzenia w cieniu właśnie trafił szlag?

Właśnie legły w gruzach kamuflaże?

Nagle miliony pytań: cholera, i jak mnie tu znalazł? Skąd Wie, że ja to JA? Znowu się trzeba przeprowadzać? Rodzina mnie zabije czy będę mógł zrobić to sam? Czy młodzież jest już pełnoletnia i można ich porzucić? Czy da się komuś szybko wynająć działkę, spirytarmaturę i rowerowe miejsce parkingowe? Co jeszcze wiedzą? Jak przewieźć napełnione 200 litrowe akwarium w jednym kawałku, i gdzie jest kot?

Te strategicznie ważne myśli szybko pobudziły moje synapsy, oczyściły zatoki, a Morfeusz momentalnie obudzony mocnym kopem w dupę szybko odpłynął.

Po chwili dialogowania okazało się, że to przecież nie pierwsze moje auto tego typu, jestem tam i uwdzie jakby znany z tego że się znam, i adminem też utajnionym jestem (ale każdy i tak wie) więc coś na pewno wiem i to tu rozkminię.

Bo błędy mu wyskakują w pojedzie, i co to są za błędy, czy dalsza jazda z nimi grozi wybuchem, bo pewnie już je miałem i nie wybuchłem, i kto może pomóc? Per Fawor oraz Bitte!

Na koniec – ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu – okazało się, że faktycznie wiem!

Po kilku konsultacjach, telefonach, dialogach i pod nosem monologach – zaordynowałem:

– To jest taki a taki błąd, skutkuje tym a tym, pojedzie się tam i tam, zrobią to i to wtedy to a wtedy, za tyle a tyle. A teraz należy się 350 zł!

– Ale, no dobra, dzięki, ale kurde… 350?

– No, 350! Bo tak – wyliczam – nie jadąc do ASO (Automatyczne Strzyżenie Osiołków), a najbliższe ASO jest za 60 km w lewo + konsultacja i to fachowa + pora dnia niewymowna = no, jakby nie liczył, 700 zł.

Oszczędza Pan siedem stów, i kupę czasu. A my o czasie musimy myślec po gospodasku, ale ponieważ ja jestem spoko gość, to wezmę z tego tylko połowę!

Zdegustował się taką postawą – co od razu widać – bo myślał, że taki jestem spoko – a okazuje się, że typowy Janusz Cebula Miszcz Biznesu. Niechętnie, ale co ma zrobić(?) przecież sam mnie zaczepił, wyjmuje portfel… 

A ja, widząc jego minę, już całkiem obudzony, do cna ubawiony w te słowa do niego rzekę: – Żartowałem przecież Człowieku, chodź na kawę!
Tajnos Agentos na kawos


Jedna myśl na temat “Winkognicie

Dodaj własny

  1. Haha, rewelacyjny wpis! Przyjemnie i z humorem opisane doświadczenie z obcokrajowcami, z lekką nutką paranoi godną najlepszego szpiega. Zbudowana narracja prowadzi od podejrzliwości do komicznych zwrotów akcji, szczególnie w tych momentach, gdy zwykłe uprzejmości zamieniają się w mini scenariusz szpiegowski. Uwielbiam, jak wyobraźnia przeplata się tutaj z codziennymi obserwacjami, a absurd sytuacji potęguje jeszcze bardziej Twoją reakcję na „atakujących” – całkiem niewinnych przechodniów i klientów kawiarni.

    Szczególnie bawi moment, kiedy „przeciwnik” zostaje uśmiechnięty, a Ty z pełną powagą podchodzisz do sytuacji, tylko po to, by ostatecznie… skończyć z kolejną małą pogawędką. Wspomnienie o ZUSie jako praktyce przygotowującej do takich sytuacji było mistrzowskim dodatkiem. A już puenta – że w gruncie rzeczy ludzie mogą być po prostu mili – rozbraja i daje do myślenia.

    Polubienie

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑