„𝙈𝙤́𝙟 𝙯𝙞𝙤𝙢 𝙢𝙖 𝙙𝙯𝙞𝙚𝙘𝙠𝙤, 𝙙𝙯𝙞𝙚𝙘𝙠𝙤 𝙢𝙖 𝙯𝙖𝙗𝙖𝙬𝙠𝙞, 𝙖 𝙬𝙨́𝙧𝙤́𝙙 𝙯𝙖𝙗𝙖𝙬𝙚𝙠 𝙟𝙚𝙨𝙩
𝙂𝙖̨𝙨𝙞𝙚𝙣𝙞𝙘𝙖, 𝙠𝙩𝙤́𝙧𝙖 𝙧𝙚𝙘𝙮𝙩𝙪𝙟𝙚 𝙖𝙡𝙛𝙖𝙗𝙚𝙩, 𝙖𝙪𝙩𝙚𝙣𝙩𝙮𝙠
𝙅𝙖𝙠 𝙟𝙖̨ 𝙬𝙘𝙞𝙨𝙣𝙖̨𝙘́ 𝙬 𝙗𝙧𝙯𝙪𝙘𝙝 𝙩𝙤 𝙜𝙧𝙖 𝙥𝙞𝙤𝙨𝙚𝙣𝙠𝙞
𝙒 𝙠𝙩𝙤́𝙧𝙮𝙘𝙝 𝙨ł𝙤𝙬𝙖 𝙢𝙖𝙟𝙖̨ 𝙥𝙤𝙥𝙧𝙯𝙚𝙨𝙩𝙖𝙬𝙞𝙖𝙣𝙚 𝙖𝙠𝙘𝙚𝙣𝙩𝙮
𝘾𝙤 𝙩𝙤 𝙯𝙖 𝙞𝙙𝙞𝙤𝙩𝙖, 𝙘𝙯𝙮 𝙞𝙙𝙞𝙤𝙘𝙞 𝙩𝙖𝙠 𝙩𝙚̨𝙥𝙞
𝙕̇𝙚 𝙨𝙥𝙧𝙯𝙚𝙙𝙖𝙟𝙖̨ 𝙘𝙤𝙨́ 𝙘𝙤 𝙪𝙘𝙯𝙮 𝙙𝙯𝙞𝙚𝙘𝙠𝙤, 𝙯̇𝙚 𝙣𝙞𝙚𝙗𝙤 𝙟𝙚𝙨𝙩 𝙗ł𝙚̨𝙠𝙞 𝙩𝙣𝙚?!
𝘽ł𝙚̨𝙠𝙞 𝙩𝙣𝙚! 𝘿𝙤𝙗𝙧𝙖 – 𝙢𝙮𝙨́𝙡𝙚̨ – 𝙨𝙠𝙤𝙣́𝙘𝙯 𝙩𝙚𝙣 𝙩𝙚𝙖𝙩𝙧𝙯𝙮𝙠
𝙏𝙤 𝙣𝙞𝙘 𝙣𝙞𝙚 𝙯𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮, 𝙩𝙤 𝙤 𝙣𝙞𝙘𝙯𝙮𝙢 𝙣𝙞𝙚 𝙨́𝙬𝙞𝙖𝙙𝙘𝙯𝙮”
Dzieciom trzeba pokazywać świat, tłumaczyć go i objaśniać.
Ale… żebyś nie wiem ile sobie pogadał, jak piękne snuł przypowieści, z morałem i perfekcyjnym akcentem, one najpierw patrzą, co robisz widzą.
I swoje wiedzą.
„𝙄𝙣𝙣𝙮𝙢 𝙧𝙖𝙯𝙚𝙢 𝙯𝙣𝙤𝙬𝙪 𝙘𝙤𝙨́ 𝙣𝙖 𝙥𝙚𝙬𝙣𝙤 𝙣𝙞𝙚 𝙩𝙖𝙠
𝙊𝙩𝙤́𝙯̇ 𝙤𝙙 𝙥𝙤́ł 𝙜𝙤𝙙𝙯𝙞𝙣𝙮 𝙬𝙡𝙚𝙘𝙯𝙚 𝙨𝙞𝙚̨ 𝙥𝙧𝙯𝙚𝙙𝙚 𝙢𝙣𝙖̨ 𝙩𝙚𝙣 𝙙𝙯𝙞𝙖𝙙
𝙄 𝙣𝙞𝙚 𝙢𝙖𝙢 𝙟𝙖𝙠 𝙜𝙤 𝙬𝙯𝙞𝙖̨𝙘́, 𝙯𝙖𝙟𝙖̨ł 𝙘𝙖ł𝙖̨ 𝙙𝙧𝙤𝙜𝙚̨
𝙈𝙤𝙜𝙚̨ 𝙩𝙮𝙡𝙠𝙤 𝙩𝙧𝙖̨𝙗𝙞𝙘́ 𝙞 𝙨𝙯𝙠𝙖𝙧𝙖𝙙𝙣𝙞𝙚 𝙠𝙡𝙖̨𝙘́ – 𝙙𝙯𝙞𝙖𝙙 𝙟𝙚𝙨𝙩 𝙜ł𝙪𝙘𝙝𝙮 𝙟𝙖𝙠 𝘽𝙚𝙚𝙩𝙝𝙤𝙫𝙚𝙣
𝙈𝙮𝙨́𝙡𝙚̨ „𝙠𝙪𝙧𝙬𝙖, 𝙘𝙤 𝙯𝙖 𝙗𝙖𝙧𝙖𝙣!”, 𝙖𝙡𝙚 𝙯 𝙙𝙧𝙪𝙜𝙞𝙚𝙟 𝙨𝙩𝙧𝙤𝙣𝙮
𝙈𝙖𝙢 𝙩𝙪 𝙙𝙧𝙪𝙜𝙖̨ 𝙥ł𝙮𝙩𝙚̨ 𝙏𝙧𝙞𝙗𝙚’𝙤́𝙬, 𝙬𝙞𝙚̨𝙘 𝙬ł𝙖̨𝙘𝙯𝙖𝙢 𝙟𝙖̨ 𝙯𝙖𝙧𝙖𝙯 𝙞 𝙘𝙝𝙤𝙬𝙖𝙢 𝙜𝙣𝙞𝙚𝙬
𝙉𝙞𝙚 𝙢𝙖 𝙜𝙤 𝙧𝙤𝙯𝙥𝙤𝙨́𝙘𝙞𝙚𝙧𝙖𝙘́ 𝙣𝙖𝙙 𝙘𝙯𝙮𝙢
𝘽𝙤 𝙩𝙤 𝙣𝙞𝙘 𝙣𝙞𝙚 𝙯𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮, 𝙩𝙤 𝙤 𝙣𝙞𝙘𝙯𝙮𝙢 𝙣𝙞𝙚 𝙨́𝙬𝙞𝙖𝙙𝙘𝙯𝙮.”
Chodnik szeroki był na trzy metry. Z jednej strony, jak to w miastach starożytnych bywa, flankowany murem tajnego zakonu, 4 piętra w górę. Z drugiej zaś ulicą, w centrum słynnego miasta, ruchliwą do granic.
Szedłem nieśpiesznie. Spacer z małymi dziećmi, czy chcesz, czy nie, ogólnie ma to w założeniach. Zainteresowanie młodzieży w wieku przedszkolnym, zdechłą dżdżownicą, kawałkiem kwiatka, wystającą cegłą i miliardem innych przez dorosłych niezauważonych rzeczy jest gwarantem nieśpieszności.
Niech to nikogo nie złości.
„𝙋𝙤́𝙯́𝙣𝙞𝙚𝙟 𝙯𝙖𝙢𝙖𝙬𝙞𝙖𝙢 𝙠𝙖𝙬𝙚̨, 𝙞 𝙩𝙤 𝙘𝙯𝙖𝙧𝙣𝙖̨ 𝙠𝙖𝙬𝙚̨
𝙄 𝙙𝙤𝙙𝙖𝙟𝙚̨ 𝙣𝙖𝙬𝙚𝙩, 𝙯̇𝙚 𝙗𝙚𝙯 𝙢𝙡𝙚𝙠𝙖 𝙞 𝙨́𝙢𝙞𝙚𝙩𝙖𝙣𝙠𝙞, 𝙞 𝙗𝙚𝙯 𝙯̇𝙖𝙙𝙣𝙮𝙘𝙝 𝙜𝙖𝙙𝙚𝙠
𝙋𝙖𝙩𝙧𝙯𝙚̨ 𝙣𝙖 𝙩𝙮𝙥𝙖, 𝙬𝙞𝙙𝙯𝙚̨ 𝙜𝙖𝙧 𝙢𝙖 𝙨ł𝙖𝙗𝙮
𝘼𝙡𝙚 𝙪𝙥𝙚𝙬𝙣𝙞𝙖𝙢 𝙨𝙞𝙚̨, 𝙯̇𝙚 𝙪𝙨ł𝙮𝙨𝙯𝙖ł, 𝙯̇𝙚 𝙘𝙯𝙖𝙧𝙣𝙖 𝙢𝙖 𝙗𝙮𝙘́
𝙕 𝙩𝙮𝙢, 𝙯̇𝙚 𝙩𝙮𝙥 𝙨𝙩𝙖ł 𝙥𝙚𝙬𝙣𝙞𝙚 𝙩𝙖𝙢, 𝙜𝙙𝙯𝙞𝙚 𝙕𝙊𝙈𝙊, 𝙗𝙤
𝙉𝙞𝙚𝙨𝙞𝙚 𝙢𝙞 𝙥𝙖𝙙𝙖𝙠𝙚̨ 𝙬𝙮𝙗𝙞𝙚𝙡𝙤𝙣𝙖̨, 𝙢𝙮𝙨́𝙡𝙚̨ „𝙤, 𝙯𝙖𝙥ł𝙖𝙘𝙞𝙨𝙯 𝙯𝙖 𝙙𝙮𝙨𝙝𝙤𝙣𝙤𝙧!”
𝘼𝙡𝙚 𝙬 𝙠𝙤𝙣́𝙘𝙪 𝙢𝙖𝙘𝙝𝙖𝙢 𝙧𝙚̨𝙠𝙖̨, 𝙨𝙯𝙠𝙤𝙙𝙖 𝙩ł𝙪𝙢𝙖𝙘𝙯𝙮𝙘́
𝙕𝙧𝙚𝙨𝙯𝙩𝙖̨ 𝙩𝙤 𝙤 𝙣𝙞𝙘𝙯𝙮𝙢 𝙣𝙞𝙚 𝙨́𝙬𝙞𝙖𝙙𝙘𝙯𝙮, 𝙩𝙤 𝙣𝙞𝙘 𝙣𝙞𝙚 𝙯𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮.”
I nagle skręt, a za zakrętem staję, wymurowany jak ten monolit po lewej. Na całej, dosłownie – całej szerokości – chodnika, idealnie wpasowany między dwa stojące wzdłuż, przy krawężniku samochody, stoi trzeci. Zastawił przejście perfekcyjnie, pewnie ma czujniki parkowania, do mikrometra. Każdy dostępny centymetr chodnika, od muru aż hen… tam, na ulicę.
Żeby przejść, jeśliś nieuważny, musisz się cofnąć, wejść na ulicę, ominąć wszystkie trzy, przewrócone i koślawe tworzące „Ty”, i liczyć, że gdzieś tam z przodu, będzie miejsce żeby się ponownie wbić na chodnik.
Z wózkiem? Z drugą przedszkolną młodzieżą brykającą obok i zafascynowaną nawet przelatującym motylkiem „ja też tak chcę”? O nie.
NIE! NO KURWA NIE! Jest sobota, mam czas i na złość.
JUŻ KURWA DOŚĆ!
Zatrzymałem się przed tą przeszkodą, zadzwoniłem na policję, a oni – odebrali!
Przyjęli zgłoszenie i czekać kazali.
„𝙉𝙖𝙨𝙩𝙚̨𝙥𝙣𝙞𝙚 𝙨ł𝙮𝙨𝙯𝙚̨ 𝙩𝙖𝙠𝙞 𝙨𝙩𝙧𝙪𝙢𝙞𝙚𝙣́
𝙕̇𝙚 „𝙬 𝙙𝙬𝙪𝙩𝙮𝙨𝙞𝙚̨𝙘𝙯𝙣𝙮𝙢 𝙟𝙚𝙙𝙚𝙣𝙖𝙨𝙩𝙮𝙢 𝙥𝙖𝙙ł 𝙣𝙖𝙟𝙗𝙖𝙧𝙙𝙯𝙞𝙚𝙟 𝙥𝙧𝙯𝙚𝙠𝙤𝙣𝙮𝙬𝙪𝙟𝙖̨𝙘𝙮 𝙖𝙧𝙜𝙪𝙢𝙚𝙣𝙩
𝙄 𝙯̇𝙚 𝙯𝙬ł𝙖𝙨𝙯𝙘𝙯𝙖 𝙙𝙧𝙪𝙜𝙞 𝙢𝙖𝙟 𝙙𝙖ł 𝙖𝙨𝙪𝙢𝙥𝙩
𝙄 𝙯̇𝙚 𝙩𝙤 𝙬𝙮ł𝙖𝙣𝙘𝙯𝙖 𝙬𝙨𝙯𝙚𝙡𝙠𝙞𝙚 𝙙𝙮𝙨𝙠𝙪𝙨𝙟𝙚 𝙬 𝙩𝙮𝙢 𝙤𝙠𝙧𝙚𝙨𝙞𝙚 𝙘𝙯𝙖𝙨𝙪
𝙄 𝙯̇𝙚 𝙩𝙤 𝙬 𝙘𝙪𝙙𝙯𝙮𝙨ł𝙤𝙬𝙞𝙪 𝙠𝙞𝙡𝙡𝙚𝙧”
𝙎ł𝙪𝙘𝙝𝙖𝙢 𝙞 𝙘𝙯𝙪𝙟𝙚̨, 𝙯̇𝙚 𝙟𝙚𝙨𝙯𝙘𝙯𝙚 𝙟𝙚𝙙𝙣𝙤 𝙯𝙙𝙖𝙣𝙞𝙚 𝙞 𝙗𝙚̨𝙙𝙚̨ 𝙢𝙞𝙖ł 𝙬𝙮𝙡𝙚𝙬
𝙍𝙯𝙪𝙘𝙞ł𝙗𝙮𝙢 𝙠𝙖𝙢𝙞𝙚𝙣𝙞𝙚𝙢, 𝙖𝙡𝙚 𝙧𝙯𝙪𝙘𝙖 𝙩𝙚𝙣, 𝙠𝙩𝙤 𝙧𝙯𝙪𝙘𝙖𝙘́ 𝙢𝙖 𝙘𝙯𝙮𝙢
𝙒𝙞𝙚̨𝙘 𝙩𝙤 𝙣𝙞𝙘 𝙣𝙞𝙚 𝙨́𝙬𝙞𝙖𝙙𝙘𝙯𝙮, 𝙩𝙤 𝙤 𝙣𝙞𝙘𝙯𝙮𝙢 𝙣𝙞𝙚 𝙯𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮.”
Po 15 minutach przyszedł właściciel zawalidroga. Cóż za niefart, że z mojej strony wypadła mu ta akcja, wsiada, a ja mówię do tego gada:
-Zastawiłeś perfekcyjnie całe przejście. Ludzie potulnie cię książę omijają, bo „to nic nie znaczy, o niczym nie świadczy”, ale masz pecha: nie dzisiaj i nie ja.
Nawet odpowiedzieć nie raczył, wsiadł i odpala.
Hmm… Złoczyńca jest, ale policji nie, jeszcze nie. Jak policja będzie, a złoczyńcy już nie…
To nie dość, że mu się upiecze, a ja zmarnowałem czas, to jeszcze będzie nieuzasadnione wezwanie.
Bywa, czasem tak w życiu, żeby dotrzeć do celu, trzeba się cofnąć.
Cofnąłem się więc, obszedłem te pojazdy, stanąłem mu za zadkiem i stoję.
Cóż za idiotyzm z mojej strony: mogłem od razu tak zrobić, a potem po prostu pójść dalej.
A nie wydurniać się światopoglądów ideałem.
„𝙋𝙤𝙩𝙚𝙢 𝙟𝙖𝙙𝙚̨ 𝙩𝙧𝙖𝙢𝙬𝙖𝙟𝙚𝙢 𝙞 𝙥𝙤𝙣𝙤𝙬𝙣𝙞𝙚 𝙧𝙤𝙯𝙥𝙖𝙘𝙯
𝘽𝙤 𝙥𝙧𝙤́𝙗𝙪𝙟𝙚̨ 𝙘𝙯𝙮𝙩𝙖𝙘́, 𝙖𝙡𝙚 𝙧𝙯𝙪𝙘𝙖 𝙩𝙮𝙢 𝙜𝙧𝙪𝙘𝙝𝙤𝙩𝙚𝙢 𝙟𝙖𝙠𝙗𝙮 𝙢𝙞𝙖ł 𝙨𝙞𝙚̨ 𝙧𝙤𝙯𝙥𝙖𝙨́𝙘́
𝙋𝙧𝙯𝙮𝙨𝙯ł𝙤 𝙢𝙞 𝙬 𝙧𝙤́𝙯̇𝙣𝙮𝙘𝙝 𝙖𝙗𝙨𝙪𝙧𝙙𝙖𝙘𝙝 𝙜𝙧𝙖𝙘́
𝘼𝙡𝙚 𝙣𝙞𝙚 𝙠𝙞𝙚𝙙𝙮 𝙡𝙞𝙩𝙚𝙧𝙠𝙞 𝙯𝙡𝙚𝙬𝙖𝙟𝙖̨ 𝙨𝙞𝙚̨ 𝙬 𝙬𝙞𝙚𝙡𝙠𝙞 𝙣𝙖𝙥𝙞𝙨 „𝙆𝙐𝙍𝙒𝘼 𝙈𝘼𝘾́”
𝙎𝙯𝙖𝙡𝙚𝙣𝙞𝙚𝙘 𝙧𝙤𝙗𝙞 𝙨𝙤𝙗𝙞𝙚 𝙧𝙖𝙟𝙙 𝙥𝙤 𝙩𝙮𝙘𝙝 𝙩𝙤𝙧𝙖𝙘𝙝 𝙠𝙧𝙯𝙮𝙬𝙮𝙘𝙝
𝘼 𝙟𝙖 𝙢𝙮𝙨́𝙡𝙚̨ „𝙩𝙧𝙪𝙙𝙣𝙤, 𝙯𝙣𝙖𝙟𝙙𝙯́ 𝙟𝙖𝙠𝙞𝙚𝙨́ 𝙥𝙤𝙯𝙮𝙩𝙮𝙬𝙮
𝙄 𝙥𝙤𝙘𝙯𝙚𝙠𝙖𝙟 𝙣𝙖 𝙠𝙖𝙬𝙖ł𝙚𝙠 𝙩𝙤𝙧𝙤́𝙬 𝙜ł𝙖𝙙𝙨𝙯𝙮𝙘𝙝”
𝘽𝙤 𝙩𝙤 𝙣𝙞𝙘 𝙣𝙞𝙚 𝙯𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮, 𝙩𝙤 𝙤 𝙣𝙞𝙘𝙯𝙮𝙢 𝙣𝙞𝙚 𝙨́𝙬𝙞𝙖𝙙𝙘𝙯𝙮.”
Nie ruszył, wysiadł, spojrzał na mur, spojrzał na mnie, i już jakby przytomniej na rzeczywistość.
Nie zaczął Mi_ wymyślać, ale to nic nowego, to tylko dlatego że mnie, jak jestem na pełnym wkurwie, ciężko jest zwymyślać, bo może oddam.
Ale wymyślił, że wymyślam:
-Panie, aleś pan jest upierdliwy, nie było mnie tylko chwilę, czepiasz się pan pierdół, to jest szczegół, wszyscy tak robią, no coś się pan tak zawziął…
Jak jakiś osioł!
„𝘼 𝙩𝙤 𝙙𝙯𝙞𝙚𝙬𝙘𝙯𝙚̨ 𝙬 𝙏𝙑? 𝙅𝙖 𝙟𝙚𝙟 𝙣𝙞𝙚 𝙯𝙣𝙖𝙢, 𝙖𝙡𝙚 𝙯𝙣𝙖 𝙟𝙖̨ 𝙣𝙖𝙧𝙤́𝙙
𝙏𝙖𝙠 𝙬𝙙𝙯𝙞𝙚̨𝙘𝙯𝙣𝙞𝙚 𝙤𝙥𝙤𝙬𝙞𝙖𝙙𝙖 𝙤 𝙩𝙧𝙪𝙙𝙖𝙘𝙝 𝙥𝙧𝙖𝙘𝙮 𝙬 𝙨𝙚𝙧𝙞𝙖𝙡𝙪
𝙅𝙚𝙨𝙩 𝙨́𝙡𝙞𝙘𝙯𝙣𝙖 𝙠𝙞𝙚𝙙𝙮 𝙩𝙖𝙠 𝙪𝙧𝙤𝙘𝙯𝙤 𝙥𝙡𝙚𝙘𝙞𝙚
𝙊 𝙥𝙤𝙥𝙧𝙯𝙚𝙙𝙣𝙞𝙢 𝙢𝙚̨𝙯̇𝙪, 𝙞 𝙣𝙖𝙨𝙩𝙚̨𝙥𝙣𝙮𝙢 𝙛𝙞𝙡𝙢𝙞𝙚, 𝙞 𝙤𝙗𝙚𝙘𝙣𝙚𝙟 𝙙𝙞𝙚𝙘𝙞𝙚
𝙄 𝙯̇𝙚 𝙬 𝙯𝙖𝙨𝙖𝙙𝙯𝙞𝙚 𝙟𝙚𝙨𝙩 𝙨𝙯𝙖𝙩𝙮𝙣𝙠𝙖̨ 𝙘𝙝𝙤𝙘𝙞𝙖𝙯̇ 𝙬 𝙨𝙪𝙢𝙞𝙚 𝙡𝙚𝙠𝙠𝙤 𝙗𝙡𝙤𝙣𝙙
𝙒𝙮ł𝙖̨𝙘𝙯𝙮ł𝙗𝙮𝙢 𝙩𝙤, 𝙖𝙡𝙚 𝙥𝙞𝙡𝙤𝙩 𝙩𝙖𝙠 𝙙𝙖𝙡𝙚𝙠𝙤 𝙨𝙩𝙖̨𝙙
𝙒𝙞𝙚̨𝙘 𝙥𝙤𝙨ł𝙪𝙘𝙝𝙖𝙢 𝙟𝙖𝙠𝙞𝙘𝙝 𝙬 𝙠𝙪𝙘𝙝𝙣𝙞 𝙪𝙯̇𝙮𝙬𝙖 𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮𝙣́
𝙏𝙤 𝙤 𝙣𝙞𝙘𝙯𝙮𝙢 𝙣𝙞𝙚 𝙨́𝙬𝙞𝙖𝙙𝙘𝙯𝙮, 𝙩𝙤 𝙣𝙞𝙘 𝙣𝙞𝙚 𝙯𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮.”
Cholera jasna, stoję na tej drodze i dumam: wychodzi na to, że to ja jestem zły, po uj się czepiam, co osiągnę taką postawą, tak ludziom utrudniać życie, przecież się zdarza, kto bez winy niech rzuci kamieniem.
Zamiast iść, pójść, zawrócić, obejść i odejść, to stoję.
Ależ ja jestem gnojem!
„𝘽𝙤 𝙩𝙤 𝙙𝙯𝙞𝙚𝙘𝙠𝙤, 𝙣𝙖𝙬𝙚𝙩 𝙯 𝙘𝙝𝙤𝙧𝙮𝙢 𝙖𝙠𝙘𝙚𝙣𝙩𝙚𝙢, 𝙢𝙤𝙯̇𝙚 𝙗𝙮𝙘́ 𝙯𝙙𝙧𝙤𝙬𝙚
𝘼 𝙩𝙚𝙣 𝙙𝙯𝙞𝙖𝙙 𝙠𝙞𝙚𝙧𝙤𝙬𝙘𝙖 𝙧𝙯𝙪𝙘𝙞 𝙟𝙖𝙯𝙙𝙚̨ 𝙛𝙪𝙧𝙖̨ 𝙞 𝙬𝙨𝙠𝙤𝙘𝙯𝙮 𝙣𝙖 𝙧𝙤𝙬𝙚𝙧
𝙆𝙚𝙡𝙣𝙚𝙧 𝙙𝙖 𝙢𝙞 𝙘𝙯𝙖𝙧𝙣𝙖̨ 𝙠𝙖𝙬𝙚̨ – 𝙩𝙖𝙠 𝙯𝙬𝙮𝙘𝙯𝙖𝙟𝙣𝙞𝙚
𝙒 𝙠𝙖𝙯̇𝙙𝙮𝙢 𝙗𝙖̨𝙙𝙯́ 𝙧𝙖𝙯𝙞𝙚 𝙩𝙖𝙠𝙖̨ 𝙢𝙖𝙢 𝙣𝙖𝙙𝙯𝙞𝙚𝙟𝙚̨ 𝙗𝙮𝙣𝙖𝙟𝙢𝙣𝙞𝙚𝙟
𝙏𝙤𝙧𝙮 𝙗𝙚̨𝙙𝙖̨ 𝙜ł𝙖𝙙𝙠𝙞𝙚 𝙖 𝙥𝙧𝙤𝙨𝙩𝙚
𝙄 𝙬𝙮𝙟𝙙𝙯𝙞𝙚, 𝙯̇𝙚 𝙩𝙖 𝙘𝙚𝙡𝙚𝙗𝙧𝙮𝙩𝙠𝙖 𝙬𝙤𝙡𝙣𝙚 𝙘𝙝𝙬𝙞𝙡𝙚 𝙯𝙖𝙘𝙯𝙮𝙩𝙪𝙟𝙚… 𝙣𝙞𝙚 𝙬𝙞𝙚𝙢 – 𝙈𝙧𝙤𝙯̇𝙠𝙞𝙚𝙢
𝙏𝙤 𝙬𝙨𝙯𝙮𝙨𝙩𝙠𝙤 𝙥𝙧𝙯𝙮𝙟𝙙𝙯𝙞𝙚 𝙢𝙞 𝙯𝙤𝙗𝙖𝙘𝙯𝙮𝙘́
𝘼 𝙯̇𝙚 𝙟𝙚𝙨𝙯𝙘𝙯𝙚 𝙣𝙞𝙚 𝙙𝙯𝙞𝙨́ – 𝙩𝙤 𝙟𝙚𝙨𝙯𝙘𝙯𝙚 𝙣𝙞𝙘 𝙣𝙞𝙚 𝙯𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮.”
𝙊 𝙥𝙤𝙥𝙧𝙯𝙚𝙙𝙣𝙞𝙢 𝙢𝙚̨𝙯̇𝙪, 𝙞 𝙣𝙖𝙨𝙩𝙚̨𝙥𝙣𝙮𝙢 𝙛𝙞𝙡𝙢𝙞𝙚, 𝙞 𝙤𝙗𝙚𝙘𝙣𝙚𝙟 𝙙𝙞𝙚𝙘𝙞𝙚
𝙄 𝙯̇𝙚 𝙬 𝙯𝙖𝙨𝙖𝙙𝙯𝙞𝙚 𝙟𝙚𝙨𝙩 𝙨𝙯𝙖𝙩𝙮𝙣𝙠𝙖̨ 𝙘𝙝𝙤𝙘𝙞𝙖𝙯̇ 𝙬 𝙨𝙪𝙢𝙞𝙚 𝙡𝙚𝙠𝙠𝙤 𝙗𝙡𝙤𝙣𝙙
𝙒𝙮ł𝙖̨𝙘𝙯𝙮ł𝙗𝙮𝙢 𝙩𝙤, 𝙖𝙡𝙚 𝙥𝙞𝙡𝙤𝙩 𝙩𝙖𝙠 𝙙𝙖𝙡𝙚𝙠𝙤 𝙨𝙩𝙖̨𝙙
𝙒𝙞𝙚̨𝙘 𝙥𝙤𝙨ł𝙪𝙘𝙝𝙖𝙢 𝙟𝙖𝙠𝙞𝙘𝙝 𝙬 𝙠𝙪𝙘𝙝𝙣𝙞 𝙪𝙯̇𝙮𝙬𝙖 𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮𝙣́
𝙏𝙤 𝙤 𝙣𝙞𝙘𝙯𝙮𝙢 𝙣𝙞𝙚 𝙨́𝙬𝙞𝙖𝙙𝙘𝙯𝙮, 𝙩𝙤 𝙣𝙞𝙘 𝙣𝙞𝙚 𝙯𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮.”
W czasie kiedy tak rozmyślam na sobą, nadeszła jakaś rodzina. Stanęli koło mnie i wzięli rozbrykaną Mi_młodzież w opiekę, tak, żebym mógł spokojnie dokończyć swe zadanie – stanie.
Powiedzieli też, że oni również staną za mną i ze mną, murem pod tym murem!
Po chwili przyjechała i policja. Podrapała się po głowie „no, panie, chyba żeś pan przesadził” z tym parkowaniem. Facet spokorniał. Dostał mandat, a kiedy go przyjął – odjechał.
Otaczani takimi właśnie, jak powyższa próbka, małymi okruszkami chamstwa, nawet nie zauważymy kiedy zwycięży bylejakość, samolubstwo, i znieczulica na naszym, ludzkim świecie.
Chyba, że nie braknie odwagi,
Zrobienia im przeciwwagi.
I jak Tamci,
za kimś murem Ktoś stanie.
I, że w temacie, jasne mieć będzie zdanie.
A, że jeszcze nie dziś,
włosów nie rwij przynajmniej.
Bo to nic jeszcze nie znaczy,
tak sądzę… Hmm… no cóż…
Bynajmniej.
𝙒𝙮𝙠𝙤𝙧𝙯𝙮𝙨𝙩𝙖ł𝙤 𝙨𝙞𝙚̨ 𝙪𝙩𝙬𝙤́𝙧: 𝙒𝙚𝙗𝙗𝙚𝙧 𝙞 Ł𝙤𝙣𝙖 „𝙏𝙤 𝙉𝙞𝙘 𝙉𝙞𝙚 𝙕𝙣𝙖𝙘𝙯𝙮”.

Dodaj komentarz