W filmie „Zakładnik” z 2004, główny bohater, zdaje się, to trochę marzyciel, a trochę nieudacznik. Wyobraża sobie nie wiadomo co, „postawić” się szefowi niby nie umie, do mamy zapomina zaglądać. Pewnie nawet kwiatków nie podlewa! Koniec końców okazuje się, że to ściema jest.
Suma summarum, nie dość iż załatwia, z ręką w kieszeni, klasowego Szarego Zabójcę, z całej tej „wycieczki” – całonocnego clubbingu (od jazzowych po super-techno) wychodzi żywcem, to jeszcze zdobywa główną nagrodę – rękę prawniczki cud księżniczki. Znaczy się – jest szansa, że będą ze sobą chodzić.
Zanim jednak do tego dojedzie, nasz protagonista jeździ – jako taksówkarz. Jest precyzyjny jak „szwajcar”, wygadany niczym handlowiec, a cartopografię swego miasta zna jakby był po Geografii na UJ-ocie. L.A. [Los Angeles] tym to miastem jest – dlatego każdemu wiadomo – łatwo to tu nie jest. Przestępczość zorganizowana, niespodziewane korki, złe układy świateł, brak zielonej fali i wilki jakieś na ulicach, prawie Warszawa-Radom.
Czasem bywa „gorąco”, dlatego, kiedy nasz bohater przeżuwa lunch, lub chwile trudne i stresujące przeżywa – poprawia sobie nastrój, uspokaja ciśnienie i koi nerwy, wpatrując się w widokówkę. „Widokówka” – obrazek drukowany, kiedyś, w średniowieczu zwany też „pocztówką” i wysyłany z koloni (często karnych) do rodziny z opisem „kochane pieniążki przyślijcie rodzice”.
Na pocztówce tej (naszego Zakładnika) z widokami, co wpływa na niego z mocą psychoanalityka za tysiące dolców, uwidoczniona została wyspa oblana wszelkimi rodzajami morskich błękitów, sama z siebie aż beżowo-biała od piachu jest i zielona od palm, co się gną od kokosów i innych haberdzi. Drukowany raj na życzenie.
Tak, kiedy życie przyciśnie, gdy wszystko idzie tak jak trzeba – tylko nie po naszej myśli, i ujnia z planem ogólnym, którego sens nam umyka, albo zwyczajnie tylko się wkurwiłeś, ale wiesz, że w tym wieku to już nie wypada, bo do wyboru leczenie szybkie, ale drogie, lub NFZ… każdy powinien mieć jakąś odskocznię, enklawę. Coś, do czego może, do czego musi(!) się odwołać, zatrzymać na chwilę, zapatrzyć i policzyć do dziesięciu, załapać oddech, dokonać szybkiego resetu systemu białkowego… by dalej żyć. Inaczej NFZ.
Ja, jak każdy, również mam swoją widokówkę, ale póki co, jadę sobie spokojnie i nie muszę jej stosować. Co prawda już z daleka, we wstecznych, zobaczyłem tę zieloną żabkę, co zgrabnymi, szybkimi i precyzyjnymi skokami, ale zupełnie idiotycznie, przepycha się do przodu. No debil, bo – droga wąska, wakacji koniec, samochodów po horyzont – nic mu to nie da. Pozostaję jednak spokojny, zrelaksowany i przygotowany. Przecież nie będę się z takich powodów stresował i restartował, musiałbym, na tych naszych swojskich, country drogach, robić to ciągle. Gdzie bym wtedy dojechał? Na NFZ, a potem to już tylko Bytom.
„A jedź sobie, pa… jacu, do zobaczenia na najbliższych światach” – niefortunnie, kiedy był na mojej wysokości, układ kart na jezdni uległ lekkiej zmianie. Nikt, nawet najlepszy pogromca tylnonapędowej, 18-letniej acz gorącej Bawarki z podTescowych asfaltów, nie jest nieomylny. Gdy przyszła moja kolej „do golenia” (razem z trzema tymi za mną już łykniętymi), właśnie wtedy, kiedy brał nas zgrabnym bez-kierunkowskaz-owym manewrem, z naprzeciwka, na drodze, pojawił się Niespodziewany Nowy Gracz.
No kto by pomyślał, że od przodu też jeżdżą pojazdy, i jak jest lekko faliście to może nawet nie być ich widać. Cóż, tak czasem bywa na drogach typu jednojezdniowa-dwukierunkowa-pionowo-falista, czasem czegoś nie widać. Teraz jednak było już widać jedno – niestety to, że za chwilę będzie czołówka.
Przyhamowałem – bo cóż miałem zrobić(?) – tak żeby ten mistrz taniego wydechu zdążył się wbić przede mnie zamiast w pojazd z naprzeciwka. Siet, nasz pogromca upalonych parkingów w tym samym czasie, też na to wpadł – że ni uja, nie zdąży – i również przyhamował. Cóż za koincydencja, synchronizacja, no co za zgarnie! Niczym drift synchroniczny.
Dobra… bo czas na drodze się nie wlecze tak jak podczas pisania. Skoro on hamuje – to przyspieszam, w tym układzie niech się zmieści choć za maną, bo „kruca bomba mało casu”. A on na to… to samo! Nosz, że tak to delikatnie ujmę – kurwa!
Nic Mi_ już nie zostało innego – skoro synchron to synchron – ja w prawo, i on w prawo, Gracz z Naprzeciwka lekko w lewo, jakoś poszło! Zmieściliśmy się we trzech, gdyż nie ma takiej rury, której się nie da przetkać.
Kiedy zielona bawarka na charakterystycznie oryginalnych gumach, każda o różnym zużyciu i przeznaczeniu, niezrażona i zupełnie bezrefleksyjnie, zniknęła z przodu, ja uruchomiłem procedurę „widokówka” obniżającą wewnątrzorganowe ciśnienia do poziomu morza. Jak zawsze wyobraziłem sobie góry.
Nad nimi cudownie błękitne, przetykane gdzieniegdzie białymi cumulusami, niebo. Na skalnych, szpiczastych niczym iglice pałaców, szczytach, skrzy się w słońcu nieskazitelny śnieg. Niżej, oślepiająca biel przechodzi w szarości bazaltów, by po chwili wpaść w objęcia sosnowo-leśnej zieleni.
Stoję tu, nad brzegiem jeziora tak czystego, tak przejrzystego i tak spokojnego, że można w nim zobaczyć na własne oczy swą duszę. Nad głową szybują olbrzymie chyba orły (a, nie znam się), a ich krzyk tylko podkreśla tę ciszę i wszechobecny spokój! Atmosfera mi się udziela.
Odliczam, oddycham, uspokajam się… Zanurzam dłonie w spokojną jeziora toń i trzymam je pod wodą, która przyjemnie schładza też mi_umysł… Już jestem wyluzowany, zrelaksowany, uśmiecham się. Woda zawsze mnie uspokaja!
Dlatego z lubością patrzę, wpatruję się w jej bezmiar, i przez tę jak kryształ czystą, polodowcową wodę, dokładnie widzę swe dłonie… oraz twarz tego gnoja z bemki, którego nimi elegancko sobie podtapiam.


Dodaj komentarz